Nie ma tygodnia, by ktoś nie wspomniał: „kiedyś w urzędzie to była służba, a dziś to zwykła prywata”. Może przesada, a może nie. Ale jeśli coś się sypie w samorządach, to nie tylko drogi i budżety – sypie się etos.
Kiedyś urząd był miejscem nauki, egzaminów i odpowiedzialności.
Trzeba było znać przepisy, rozumieć ludzi i umieć załatwić sprawę z głową, nie z łaski. Dziś coraz częściej wygląda to inaczej. Nie wiedza decyduje, a znajomości. Zamiast urzędnika z powołania – ktoś „od kogoś”.
I tak powstają małe folwarki: urzędowe, gminne, powiatowe.
Nie te z pól i stodół, ale z biurek i pieczątek. Zaufani zaufanych, „nowi” z woli „starych”. A w środku ludzie, którzy jeszcze pamiętają, że kiedyś na drzwiach gabinetu nie liczyło się nazwisko, tylko kompetencja.
🟥 Układ ważniejszy niż fach
Wielu samorządowców mówi wprost: „nie opłaca się mieć racji, opłaca się mieć znajomego”.
Na kierowniczych stanowiskach pojawiają się osoby z zupełnie innych branż, często bez doświadczenia. Ale za to z telefonem do właściwego biura.
Nie chodzi już o to, by coś zrobić dobrze – chodzi o to, by „swojemu” nie podpaść.
Kto pyta, ten przeszkadza.
Kto się nie zgadza, „nie pasuje do zespołu”.
A kto próbuje coś zmienić, szybko dostaje łatkę „problematycznego”.
🟨 Urząd jako teatr pozorów
Z zewnątrz wszystko wygląda jak trzeba: herby, flagi, raporty, sesje.
Ale wystarczy zajrzeć za kulisy, by zobaczyć coś innego –
niewidzialny teatr, w którym część aktorów boi się odezwać, a reszta gra pod dyrektora.
Wulgaryzmy? Zdarzają się.
Krzyk? Bywa.
Milczenie? Codzienność.
Najbardziej boli to, że nikt już nie reaguje, bo wszyscy wiedzą, że nic to nie da.
Czytaj dalej
Powiązany temat
🟩 Kto dziś jeszcze wierzy w służbę publiczną?
Urzędnicy z dłuższym stażem często mówią o wstydzie.
Nie za siebie — za to, że pozwolili, by urząd przestał być instytucją zaufania.
Niektórzy odchodzą, inni trwają z przyzwyczajenia. Jeszcze inni milkną, bo mają kredyt i dzieci na studiach.
I może właśnie dlatego nic się nie zmienia. Bo ci, którzy pamiętają sens słowa służba, odchodzą w ciszy.
A ci, którzy zostają, coraz częściej wierzą, że władza w urzędzie to przywilej – nie obowiązek.
🟦 Felieton zamiast donosu
Nie chodzi o nazwiska. Nie o jedną gminę czy powiat.
Chodzi o mechanizm, który powoli zabija samorząd od środka.
O biurka, przy których uczciwi czują się głupio, a bezczelni – jak u siebie.
I o to pytanie, które warto dziś zadać głośno:
👉 Czy urząd to jeszcze miejsce, które służy ludziom?
Czy raczej prywatne przedsiębiorstwo tych, którzy dobrze się ustawili?
Komentarz redakcyjny:
Nie trzeba nazw, by wiedzieć, o czym mowa.
Wystarczy spojrzeć na sposób, w jaki dziś mówi się o urzędach. Z goryczą, z bezsilnością, z ironią.
Ten felieton nie atakuje – on przypomina, że urząd to nie folwark, a samorząd to nie grupa znajomych przy władzy.
Bo jeśli o tym zapomnimy, to nikt już nie będzie chciał tej pracy — ani z dumy, ani z powołania.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.



