Heweliusz. Anatomia polskiego jakośtoizmu

heweliusz i jego katastrofa

Czy można było uratować tych ludzi?
Bałtyk nie jest winny. Fale tylko wykonały wyrok, który zapadł dużo wcześniej — w biurach, gabinetach i przy kawie. Jan Heweliusz, prom, który nigdy nie powinien wypłynąć, wyruszył w ostatni rejs 14 stycznia 1993 roku. Zginęło 55 osób. Została legenda o statku przeklętym i kraj, w którym winni zawsze mają czyste ręce.


Dlaczego Heweliusz w ogóle wypłynął?

To był zimowy poranek, kiedy wiatr osiągał 12 stopni w skali Beauforta. Sztorm, który przewracał ciężarówki, łamał maszty i unosił fale jak ściany.
A jednak — prom wypłynął. Bo „musi”. Bo grafik, bo ładunek, bo armator czeka, bo zawsze się udawało.

Statek już wcześniej był ranny — przewrócił się w porcie w 1986 roku, a jego kadłub został naprawiony byle jak. Na papierze – wszystko „w normie”. W praktyce – puszka po konserwie.
Ale kto by się tym przejmował, skoro Bałtyk zna swoich ludzi, a Polak nie takie sztormy widział?

Reklama

„Zły stan techniczny, błędne decyzje kapitana i dopuszczenie jednostki do eksploatacji mimo wad konstrukcyjnych” – orzekła Komisja Badania Wypadków Morskich.


Czy to naprawdę była siła natury?

Nie. To była siła przyzwyczajenia.
Prom nie zatonął z powodu morza, tylko przez coś znacznie starszego — naszą narodową chorobę: wiarę, że jakoś to będzie.
To samo, co potem poleciało do Smoleńska w 2010 roku.
Nie pogoda, nie los – tylko arogancja, rutyna i pycha wobec procedur.

Morze jest uczciwe. Nie wybacza błędów.
Kiedy Heweliusz przewracał się na bok, załoga walczyła z wodą o kilka minut życia.
Ci, którzy przeżyli, mówili, że słyszeli modlitwy, krzyki, a potem tylko ciszę.
Woda była lodowata, powietrze miało kilka stopni.
Nawet ratownicy mówili później, że nigdy nie widzieli morza tak wściekłego.
Tylko że morze nie było wściekłe.
Było po prostu konsekwentne.


Dlaczego nikt nie poniósł odpowiedzialności?

Bo w Polsce odpowiedzialność zawsze tonie pierwsza.
Proces ciągnął się latami.
Armator zwalał winę na kapitana, kapitan na sztorm, urzędnicy na „złe procedury”.
Ostatecznie nikt nie powiedział: to ja.
Wszyscy wyszli suchą stopą — choć morze miało inne zdanie.


Czy od tamtej pory coś się zmieniło?

Owszem — wygląd raportów.
Za to mentalność została ta sama.
„Jakoś to będzie”, „nie przesadzajmy z bezpieczeństwem”, „zdążymy przed burzą”.
Od statków po samoloty, od ministerstw po gminy.

Bo my wciąż mylimy odwagę z lekkomyślnością, a decyzyjność z brakiem refleksji.
Smoleńsk i Heweliusz to dwie różne tragedie, ale jeden wspólny mianownik: pogarda dla procedur i ślepa wiara w szczęście.
To nie przypadek, że oba słowa – katastrofa i niedbalstwo – w polszczyźnie odmieniają się razem.


Dlaczego wciąż o tym mówić?

Bo pamięć to też obowiązek.
Każde „jakoś to będzie” ma swój koszt — w pieniądzach, w wstydzie, czasem w życiu.
Nie chodzi o morze, samolot, czy urząd.
Chodzi o nasz system obojętności, który potrafi uświęcić każdą głupotę, jeśli stoi za nią pieczątka.

Heweliusz nie był ostatnim statkiem, który zatonął.
Był tylko najgłośniejszym przypomnieniem, że katastrofy nie zaczynają się na morzu ani w powietrzu — zaczynają się przy biurku.


✍️ Rafał Chwaliński
Radio DTR – niezależne medium lokalne i obywatelskie.
Portal Radio DTR jest dostępny także w Google News.

Obserwuj Radio DTR w Google News

📲 Znajdziesz nas także w Google News – kliknij i obserwuj Radio DTR, aby otrzymywać nasze najnowsze informacje prosto w aplikacji!

Przewijanie do góry