Inflacja głosu. Od obywatela do użytkownika

Oceń materiał

Platformy dały możliwość wypowiedzi niemal każdemu. Nie oznacza to jednak, że każdy został wysłuchany. Głosów przybyło, ale ich wartość zmalała. Obywatel coraz częściej staje się użytkownikiem: reaguje, komentuje i udostępnia, podczas gdy decyzje nadal zapadają poza jego ekranem.

Kiedyś obywatel szedł na zebranie, podpisywał petycję, wysyłał skargę, zadawał pytanie podczas sesji rady albo pukał do drzwi redakcji. Dziś klika rozgniewaną buźkę pod postem urzędu i przez chwilę ma poczucie, że uczestniczył w demokracji.

Platforma natychmiast potwierdza: „Twoja reakcja została dodana”.

Urząd nie potwierdza niczego.

Nie oznacza to, że dawna demokracja była doskonała. Nie była. Dostęp do debaty publicznej bywał ograniczony, media decydowały, komu udzielić głosu, a instytucje skutecznie broniły się przed niewygodnymi pytaniami. Internet przełamał część tych barier. Pozwolił mieszkańcom nagłaśniać lokalne problemy, dokumentować nadużycia, odnajdywać świadków i organizować się bez zgody partii, stowarzyszenia czy redakcji.

Czytaj dalej

Powiązany temat

Jednocześnie dokonała się zmiana, której długo nie chcieliśmy zauważyć. Obywatel zaczął być zastępowany przez użytkownika.

Obywatel posiada prawa. Użytkownik posiada konto.

Obywatel może żądać informacji, składać wnioski, uczestniczyć w konsultacjach, kontrolować władzę i odwoływać się od jej decyzji. Użytkownik może obserwować, polubić, skomentować, udostępnić albo przestać obserwować. Jego obecność nie jest regulowana konstytucją, lecz regulaminem prywatnej firmy, który większość zaakceptowała bez przeczytania.

Im więcej głosów, tym mniejsza wartość jednego

Platformy doprowadziły do inflacji głosu obywatelskiego.

Inflacja nie oznacza, że pieniędzy nie ma. Oznacza, że jest ich dużo, ale za tę samą kwotę można kupić coraz mniej. Podobnie jest z publiczną wypowiedzią. Komentarzy, postów, filmów, transmisji i reakcji powstaje więcej niż kiedykolwiek, lecz pojedynczy głos coraz trudniej zamienić w realną zmianę.

Można oznaczyć urząd, napisać komentarz, zebrać kilkaset reakcji i wywołać burzliwą dyskusję. Po dwóch dniach temat zostanie jednak przykryty przez pogodę, wypadek, polityczną awanturę, zabawne nagranie albo kolejne uroczyste przecięcie wstęgi nad inwestycją, która istniała już wcześniej, lecz najwyraźniej nie miała odpowiednio dużych nożyczek.

Platforma nie przechowuje społecznej pamięci. Platforma zarządza społeczną uwagą.

To zasadnicza różnica.

Komentarz może wyrażać sprzeciw, ale nie wszczyna postępowania. Emotikona nie zastępuje skargi. Udostępnienie nie zobowiązuje urzędu do odpowiedzi. Nawet tysiąc polubień nie ma takiej mocy jak prawidłowo złożony wniosek, petycja, odwołanie, udział w konsultacjach albo konsekwentna kontrola dokumentów.

Platforma daje poczucie działania bez gwarancji skutku.

Algorytm nie pyta, kto ma rację

W demokracji głos powinien być oceniany według argumentów. Na platformie jest oceniany według zdolności do zatrzymania uwagi.

Algorytm nie pyta, czy wypowiedź jest prawdziwa, uczciwa albo potrzebna. Sprawdza, czy wywołuje reakcję. Gniew, oburzenie, strach i pogarda są wyjątkowo skuteczne, ponieważ zatrzymują użytkownika przy ekranie. Spokojne wyjaśnienie przegrywa więc z oskarżeniem, dokument z memem, a wątpliwość z niezachwianą pewnością człowieka, który nie przeczytał artykułu, ale już wie, że autor się myli.

Nie wygrywa najlepszy argument. Wygrywa przekaz najbardziej angażujący.

Na platformie głos mieszkańca zostaje wrzucony do jednego strumienia z reklamą, autopromocją urzędu, filmem influencera, komentarzem anonimowego konta, wpisem trolla i treścią stworzoną automatycznie. Wszystko walczy o tę samą sekundę uwagi.

Formalnie każdy może mówić. W praktyce słychać przede wszystkim tych, których wypowiedzi zostały uznane za najbardziej przydatne dla mechanizmu zaangażowania.

Unijne przepisy nieprzypadkowo traktują wpływ największych platform na debatę obywatelską i procesy wyborcze jako ryzyko systemowe. Komisja Europejska wskazuje, że serwisy społecznościowe i wyszukiwarki stały się istotnymi miejscami kształtowania opinii publicznej oraz zachowań wyborców.

Skoro trzeba prawnie kontrolować, w jaki sposób algorytm wpływa na dyskurs obywatelski, trudno nadal utrzymywać, że jest on jedynie neutralnym narzędziem pokazującym to, co ludzie sami wybrali.

Wspólna rzeczywistość została podzielona na strumienie

Gazeta miała pierwszą stronę. Radio miało serwis informacyjny. Telewizja miała główne wydanie wiadomości. Można było się z nimi nie zgadzać, ale ludzie przynajmniej wiedzieli, o czym rozmawia reszta społeczeństwa.

Platforma nie ma jednej pierwszej strony. Każdy otrzymuje własną.

Według raportu Reuters Institute z 2026 roku media społecznościowe i platformy wideo po raz pierwszy stały się globalnie częściej wykorzystywanym źródłem wiadomości niż telewizja oraz własne strony i aplikacje redakcji. Korzysta z nich w tym celu 54 procent badanych. Dla 30 procent są główną drogą docierania do informacji, a 12 procent czerpie wiadomości wyłącznie z platform społecznościowych i wideo. W grupie osób w wieku od 18 do 24 lat ponad połowa wskazuje media społecznościowe, serwisy wideo i chatboty AI jako podstawowy sposób pozyskiwania informacji.

Oznacza to, że coraz częściej nie wybieramy już wiadomości. Wybieramy platformę, a platforma wybiera wiadomości za nas.

Każdy widzi inny fragment świata, ułożony według wcześniejszych kliknięć, obejrzanych filmów, znajomych, reakcji oraz przewidywań dotyczących tego, co zatrzyma go przy ekranie. Nigdy wcześniej tak wiele osób nie uczestniczyło jednocześnie w debacie publicznej. I nigdy wcześniej tak wiele osób nie uczestniczyło w zupełnie innych debatach.

Stąd bierze się przekonanie, że „wszyscy o tym mówią”, chociaż mówią głównie osoby znajdujące się w naszym cyfrowym otoczeniu. Stąd również zdziwienie po wyborach, konsultacjach czy lokalnym konflikcie: przecież w komentarzach wynik był zupełnie inny.

Głośna mniejszość udaje opinię publiczną

Dyskusja pod postem nie jest reprezentatywnym głosem mieszkańców. Jest głosem ludzi, którzy zdecydowali się publicznie zabrać głos.

Badanie CBOS pokazało, że połowa polskich użytkowników mediów społecznościowych wyłącznie odbiera treści i niczego nie publikuje. Kolejne 41 procent czasami coś zamieszcza lub komentuje, natomiast intensywniejszą aktywność deklaruje zaledwie 8 procent.

Oznacza to, że cyfrową debatę może zdominować niewielka, lecz wyjątkowo aktywna grupa. Pięćdziesiąt agresywnych komentarzy tworzy wrażenie społecznego buntu. Pięciuset ludzi, którzy przeczytali materiał, zastanowili się i niczego nie napisali, pozostaje niewidocznych.

Platforma przedstawia aktywną mniejszość jako opinię publiczną, ponieważ milczącej większości nie można pokazać w liczniku komentarzy.

Władza również nauczyła się wykorzystywać tę iluzję. Publikuje post i nazywa to informowaniem. Mieszkańcy komentują i nazywają to konsultacją. Urząd odpowiada serduszkiem albo zdawkowym „dziękujemy za opinię” i nazywa to dialogiem.

Decyzja została jednak podjęta wcześniej.

Powstaje demokracja pozornej obfitości. Głosów przybywa, lecz odpowiedzialności za ich wysłuchanie ubywa.

Czy platformy naprawdę uczą nas polityki?

Nie należy twierdzić, że internet nie prowadzi do żadnej aktywności. Badania wskazują, że korzystanie z mediów cyfrowych może wzmacniać uczestnictwo polityczne. Metaanaliza 38 badań panelowych obejmujących ponad 70 tysięcy respondentów wykazała, że większość analizowanych zależności między mediami cyfrowymi a partycypacją miała kierunek dodatni, choć statystycznie istotna była tylko część z nich.

Platformy potrafią więc mobilizować, szczególnie ludzi już zainteresowanych sprawami publicznymi. Nie oznacza to jednak, że samo przebywanie w strumieniu informacji tworzy świadomego obywatela.

Jeszcze większa metaanaliza, obejmująca 76 badań i ponad 442 tysiące osób, nie znalazła w badaniach obserwacyjnych dowodów na istotny wzrost wiedzy politycznej wynikający z korzystania z mediów społecznościowych. W eksperymentach wzrost wiedzy był widoczny, ale niewielki.

Można zatem nieustannie oglądać politykę i niewiele o niej wiedzieć. Znać awanturę, ale nie znać ustawy. Widzieć fragment sesji, ale nie przeczytać uchwały. Rozpoznawać twarze polityków, lecz nie rozumieć kompetencji urzędu.

Widzieć sto nagłówków nie oznacza znać jedną sprawę.

Samorząd również został platformą

Zmiana jest szczególnie widoczna lokalnie. Profil burmistrza, wójta czy starosty coraz częściej miesza informację publiczną, promocję urzędu, życie prywatne, kampanię polityczną i budowanie osobistej marki.

Mieszkaniec nie zawsze wie, czy obserwuje organ władzy, urząd, komitet wyborczy czy cyfrowy pamiętnik osoby pełniącej funkcję publiczną. Wszystko wygląda podobnie: zdjęcie, uśmiech, inwestycja, podziękowania, sukces i obowiązkowy komentarz, że „kolejne dobre wiadomości dla mieszkańców”.

W takim modelu obywatel staje się publicznością. Ma oglądać, reagować i wzmacniać przekaz. Pytanie krytyczne jest traktowane jak zakłócenie transmisji, a dziennikarz proszący o dokumenty bywa przedstawiany jako ktoś, kto „szuka problemu”.

Tymczasem dziennikarz nie musi szukać problemu. Wystarczy, że szuka dokumentów. Problem często znajduje się w nich sam.

Komentarz może rozpocząć sprawę

Platformy nie są wrogiem demokracji. Mogą być znakomitym narzędziem obywatelskim. Dzięki nim łatwiej ujawnić zaniedbanie, zebrać ludzi, znaleźć świadków i zainteresować media. Jeden post może rozpocząć sprawę, która bez internetu nigdy nie wyszłaby poza ulicę, osiedle albo wieś.

Nie powinien jednak tej sprawy kończyć.

Głos odzyskuje wartość, gdy zostaje zamieniony w działanie: wniosek o informację publiczną, petycję, skargę, obecność na sesji rady, kontrolę umów, udział w konsultacjach, referendum, organizację społeczną albo konsekwentne rozliczanie odpowiedzi.

Komentarz jest sygnałem. Nie jest procedurą.

Udostępnienie może pomóc. Nie zastępuje dokumentu.

Oburzenie może rozpocząć kontrolę. Nie powinno zastępować faktów.

Demokracja nie przegrywa dlatego, że obywatele korzystają z Facebooka, YouTube’a czy TikToka. Przegrywa wtedy, gdy uwierzą, że korzystanie z platform jest już pełnym uczestnictwem w życiu publicznym.

Użytkownik reaguje.

Obywatel sprawdza, pyta, żąda odpowiedzi, pamięta i rozlicza.

Pierwszego potrzebuje platforma.

Drugiego potrzebuje demokracja.

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry