Ponad 85 proc. Polaków uważa sprawy swojej gminy za własne. 81 proc. twierdzi, że warto się w nie angażować, a 82 proc. wierzy, że głos w wyborach samorządowych ma znaczenie. Brzmi jak obraz silnej lokalnej demokracji. Problem zaczyna się kilka pytań dalej. 68 proc. badanych nie wie, kto uchwala budżet gminy, niemal połowa nigdy nie sprawdza informacji publikowanych przez samorząd, a tylko 40 proc. mieszkańców uważa, że ma realny wpływ na sprawy swojej gminy.
Być może więc największym problemem polskiej samorządności nie jest to, że mieszkańców ich gmina nie interesuje.
Może problem polega na czymś zupełnie innym.
Gmina jest dla nas ważna, ale coraz częściej traktujemy ją jak instytucję, która ma dobrze działać, a nie wspólnotę, którą mamy współtworzyć.
I właśnie to pokazuje opublikowany Barometr Lokalnego Kapitału Obywatelskiego Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej im. Jerzego Regulskiego.
Chcemy się angażować. Tylko prawie tego nie robimy
Wyniki pozornie do siebie nie pasują.
Ponad 85 proc. badanych traktuje sprawy swojej gminy jako własne. 81 proc. uważa, że warto angażować się lokalnie.
Tymczasem aż 81 proc. respondentów nie działa w żadnej organizacji na terenie swojej gminy.
Barometr jeszcze mocniej pokazuje tę różnicę liczbowo.
Na skali od 0 do 100 normy obywatelskie uzyskały 66 punktów, a przywiązanie do miejsca zamieszkania 64 punkty.
Rzeczywista aktywność?
27 punktów.
Między przekonaniem, że obywatel powinien się angażować, a rzeczywistym działaniem powstała przepaść wynosząca 39 punktów.
To chyba najważniejsza liczba całego badania.
Bo mówi coś więcej niż „Polacy są bierni”.
Mówi:
Polacy wiedzą, jaki powinien być dobry obywatel. Tylko znacznie rzadziej sami nim zostają.
Budżet? Pewnie burmistrz
Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy badacze przestają pytać mieszkańców o opinie, a zaczynają sprawdzać ich wiedzę.
Aż 68 proc. respondentów nie wie, że budżet gminy uchwala rada gminy.
Najczęściej wskazywaną błędną odpowiedzią był wójt.
39 proc. mieszkańców nie potrafi wymienić nazwiska ani jednego radnego ze swojej gminy.
55 proc. nie wie, w jaki sposób można odwołać wójta przed upływem kadencji.
Jeszcze bardziej zastanawiający jest inny wynik.
Spośród osób przekonanych, że dobrze rozumieją funkcjonowanie samorządu, 48 proc. również błędnie wskazało organ uchwalający budżet.
To już nie jest tylko brak wiedzy.
To brak wiedzy połączony z przekonaniem, że wiedzę posiadamy.
A to dla demokracji znacznie poważniejszy problem.
Gmina stała się burmistrzem
Dlaczego tak wielu ludzi przypisuje uchwalanie budżetu wójtowi lub burmistrzowi?
Może dlatego, że właśnie w ten sposób od lat opowiadamy mieszkańcom o samorządzie.
„Burmistrz wybudował”.
„Wójt pozyskał”.
„Prezydent otworzył”.
„Burmistrz przekazał”.
„Wójt zdecydował”.
Tymczasem samorząd jest systemem znacznie bardziej skomplikowanym.
Rada uchwala budżet. Podejmuje uchwały. Ustanawia lokalne prawo. Kontroluje organ wykonawczy. Radni powinni reprezentować mieszkańców.
Wójt, burmistrz czy prezydent wykonuje uchwały, zarządza administracją i realizuje politykę gminy.
Jeżeli jednak przez lata całą lokalną politykę personalizuje się wokół jednego człowieka, trudno być zaskoczonym, że dla mieszkańca po pewnym czasie:
samorząd = burmistrz.
Rada gdzieś jest.
Komisje gdzieś obradują.
Uchwały gdzieś powstają.
Budżet jakoś się pojawia.
A na zdjęciu z przecięcia wstęgi stoi „gospodarz”.
„Dobry gospodarz” może mieć także drugą stronę
Jedno z najbardziej intrygujących ustaleń Barometru dotyczy zależności między oceną lokalnej władzy a wiedzą mieszkańców.
Badanie wykazało, że osoby lepiej oceniające wójta, burmistrza i radę przeciętnie wiedzą mniej o funkcjonowaniu swojej gminy, a pośrednio są również mniej aktywne.
Nie wolno jednak zrobić z tego prostego wniosku:
„dobry burmistrz ogłupia mieszkańców”.
Badanie tego nie dowodzi.
Nie wiadomo, co jest przyczyną, a co skutkiem.
Być może dobrze oceniany lider rzeczywiście powoduje, że mieszkańcy mniej interesują się mechanizmami podejmowania decyzji, bo zakładają: skoro wszystko działa, nie muszę się tym zajmować.
Ale możliwe jest również coś odwrotnego.
Osoby słabiej znające system samorządowy mogą po prostu częściej oceniać całą gminę poprzez jedną najbardziej rozpoznawalną osobę.
Nie wiemy.
Wiemy natomiast coś innego.
Samorząd oparty na jednym silnym liderze nie musi być tym samym co silna samorządność.
Można mieć piękny rynek i słabą demokrację
To właśnie tutaj obecne badanie spotyka się z wcześniejszymi analizami Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej.
Polski samorząd odniósł ogromny sukces modernizacyjny.
Drogi.
Kanalizacja.
Szkoły.
Hale sportowe.
Świetlice.
Parki.
Rynki.
Infrastruktura wodociągowa.
Pozyskiwanie środków europejskich.
Przez ponad trzy dekady nauczyliśmy się mierzyć skuteczność samorządu przede wszystkim tym, co zbudował.
I trudno ten sukces kwestionować.
Problem w tym, że można świetnie zarządzać inwestycjami, a znacznie gorzej budować wspólnotę obywatelską.
W jednej z wcześniejszych analiz FRDL aż 64 proc. mieszkańców wskazywało inwestycje infrastrukturalne jako ważne dla władz gminy, podczas gdy tylko 39 proc. podobne znaczenie przypisywało integracji i aktywizacji mieszkańców.
To niezwykle symboliczna różnica.
Bo można wyremontować rynek.
Można zbudować rondo.
Można wylać asfalt.
Nie można jednak wybudować koparką zaufania, kompetencji obywatelskich i poczucia wpływu.
Wybieramy władzę, ale nie czujemy, że mamy władzę
82 proc. respondentów uważa, że głos oddany w wyborach samorządowych ma znaczenie.
Jednocześnie tylko 40 proc. uważa, że mieszkańcy mają realny wpływ na sprawy swojej gminy.
To nie jest drobna różnica.
To pokazuje bardzo charakterystyczny model uczestnictwa:
mam wpływ wtedy, kiedy wrzucam kartę do urny.
A potem?
Przez pięć lat zarządzają inni.
Tak właśnie obywatel może stopniowo zamieniać się w klienta lokalnej administracji.
Płaci podatki.
Oczekuje usług.
Zgłasza dziurę w drodze.
Narzeka na śmieci.
Chce przedszkola.
Pyta o lampę.
Ocenia, czy burmistrz jest skuteczny.
Ale znacznie rzadziej pyta:
kto podjął decyzję, kto ją kontrolował, jak głosowali radni, jakie były alternatywy, ile to kosztuje i gdzie mogę wpłynąć na rozstrzygnięcie?
To już nie jest samorząd rozumiany jako wspólnota.
To przypomina lokalnego operatora usług publicznych.
Aktywność często zaczyna się dopiero za naszym płotem
Wcześniejsze analizy FRDL opisywały również zjawisko nazwane „zgorzkniałym aktywizmem”.
Mechanizm jest doskonale znany z życia lokalnego.
Przez lata ktoś nie interesuje się planem miejscowym, komisją rady, budżetem czy uchwałami.
Aż pewnego dnia dowiaduje się, że kilkadziesiąt metrów od jego domu powstanie inwestycja.
Wtedy zaczyna czytać BIP.
Poznaje nazwiska radnych.
Dowiedział się, czym jest komisja.
Pyta o protokoły.
Składa wniosek o informację publiczną.
Idzie na sesję.
Tylko często odkrywa przy tym, że decyzja zaczęła się rodzić wiele miesięcy wcześniej.
I właśnie wtedy może pojawić się najgorsze doświadczenie obywatelskie:
„próbowałem coś zrobić, ale wszystko było już zdecydowane”.
Po czym zainteresowanie samorządem ponownie znika.
Do następnej sprawy.
Jest jeszcze jeden problem: brak zaufania
Badanie pokazuje, że mieszkańcy nie tylko słabo uczestniczą.
Mają również problem z zaufaniem do swojej lokalnej wspólnoty.
51 proc. respondentów opisuje relacje w swojej gminie poprzez nieufność, ostrożność i interes prywatny.
Solidarność oraz troskę o dobro wspólne dostrzega 40 proc.
Jeszcze mocniej brzmi inna liczba:
tylko 38 proc. badanych uważa, że władze gminy kierują się dobrem mieszkańców.
To szczególnie ciekawe zestawienie.
Możemy pozytywnie oceniać konkretną inwestycję albo sprawność urzędu, a równocześnie nie być przekonani, że lokalna polityka rzeczywiście prowadzona jest przede wszystkim dla wspólnego dobra.
Te dwie oceny wcale nie muszą się wykluczać.
Informacja okazuje się jednym z fundamentów demokracji
Wyniki Barometru przynoszą jeszcze jedną bardzo ważną wskazówkę.
Tam, gdzie mieszkańcy uważają, że łatwo można dowiedzieć się, co dzieje się w gminie, mają większą wiedzę i częściej się angażują.
To oznacza, że przejrzystość nie jest ozdobnikiem administracji.
Nie jest uprzejmością wobec mieszkańca.
Nie jest dodatkową usługą urzędu.
Jest elementem infrastruktury lokalnej demokracji.
Czytelny BIP.
Projekty uchwał dostępne odpowiednio wcześnie.
Dokumenty komisji.
Transmisje.
Protokoły.
Zrozumiały budżet.
Dane o umowach.
Łatwy dostęp do informacji.
Odpowiedzi na pytania.
To wszystko może być dla jakości samorządu równie istotne jak kolejny odcinek chodnika.
Bo obywatel nie może uczestniczyć w decyzji, o której dowiaduje się wtedy, kiedy jest już wykonana.
A połowa mieszkańców nawet nie zagląda
Tymczasem 49 proc. respondentów nigdy nie sprawdzało informacji publikowanych przez lokalny samorząd.
I tutaj zaczyna się temat szczególnie ważny dla lokalnych mediów.
Skoro prawie połowa mieszkańców nie korzysta z oficjalnych informacji gminy, skąd właściwie dowiaduje się, co robi samorząd?
Z Facebooka burmistrza?
Z profilu urzędu?
Od znajomych?
Z lokalnych grup społecznościowych?
Z gazety samorządowej?
Z niezależnego lokalnego medium?
A może dopiero wtedy, kiedy pojawia się konflikt?
W epoce mediów społecznościowych to fundamentalne pytanie.
Bo ten, kto kontroluje kanał informacji, w dużej mierze kontroluje również sposób opowiadania o gminie.
Jeżeli mieszkaniec zna głównie informacje o otwarciach, podpisanych umowach, zdobytych dotacjach i kolejnych inwestycjach, otrzymuje obraz działalności lokalnego zarządu.
Niekoniecznie obraz lokalnej demokracji.
A to dwie różne rzeczy.
Rada bez mieszkańców, mieszkańcy bez rady
68 proc. niewiedzących, kto uchwala budżet, oraz 39 proc. nieznających ani jednego radnego powinno być także sygnałem ostrzegawczym dla samych rad.
Można oczywiście powiedzieć mieszkańcom:
„interesujcie się bardziej”.
Ale równie zasadne jest pytanie skierowane w przeciwną stronę:
co zrobiła rada, żeby mieszkańcy wiedzieli, po co ona istnieje?
Czy mieszkańcy wiedzą, kto reprezentuje ich okręg?
Czy potrafią łatwo znaleźć sposób głosowania poszczególnych radnych?
Czy wiedzą, kiedy obraduje komisja?
Czy rozumieją, czym różni się uchwała rady od decyzji burmistrza?
Czy radni tłumaczą mieszkańcom budżet?
Czy prowadzą rzeczywisty dialog poza kampanią wyborczą?
Bo demokracja nie działa w ten sposób, że obywatel ma obowiązek wszystko wiedzieć, a instytucja nie ma obowiązku niczego wyjaśniać.
Ważne zastrzeżenie: badanie nie zostało wykonane wczoraj
Jest jeszcze jeden szczegół, który przy prezentowaniu tych wyników powinien wybrzmieć.
Badanie „Polki i Polacy o samorządności” przeprowadzono metodą telefonicznych wywiadów CATI na reprezentatywnej próbie 1010 dorosłych mieszkańców Polski w kwietniu 2025 roku.
Wyniki Barometru zostały szerzej przedstawione dopiero teraz.
Nie należy więc pisać, że pokazują dokładnie, „co Polacy myślą w październiku 2026 roku”.
Pokazują stan postaw uchwycony półtora roku wcześniej i tworzą punkt odniesienia dla kolejnych pomiarów.
To ważne metodologicznie.
Nie zmienia jednak zasadniczego znaczenia diagnozy.
Tym bardziej że wiele podobnych problemów pojawiało się już we wcześniejszych badaniach FRDL.
Może więc nie mamy problemu z mieszkańcami
Najłatwiejszy wniosek z tego badania brzmiałby:
Polacy powinni bardziej interesować się samorządem.
Tylko że to zbyt wygodne.
Bo odpowiedzialność natychmiast przerzuca na mieszkańca.
Znacznie trudniej zapytać:
czy przez trzy dekady stworzyliśmy system, który naprawdę zachęca ludzi do współdecydowania?
Czy rady są wystarczająco silne?
Czy konsultacje odbywają się wtedy, gdy decyzję jeszcze można zmienić?
Czy urząd komunikuje również problemy i alternatywy, czy przede wszystkim sukcesy?
Czy lokalne media są wystarczająco niezależne?
Czy mieszkańcy otrzymują wiedzę potrzebną do kontrolowania władzy?
Czy szkoła uczy samorządności poprzez praktykę, czy tylko poprzez definicję?
I wreszcie:
czy wójt i burmistrz mają być „gospodarzami”, czy mieszkańcy są gospodarzami, a wybrana władza jedynie czasowo zarządza ich wspólnymi sprawami?
To zasadnicza różnica.
Samorząd zaczyna się wtedy, kiedy mieszkańcy wiedzą więcej niż nazwisko burmistrza
Można mieć bardzo sprawny urząd i słabą samorządność.
Można mieć świetnego burmistrza i biernych mieszkańców.
Można realizować milionowe inwestycje i jednocześnie mieć społeczność, która nie wie, kto uchwalił budżet.
Można wreszcie regularnie przeprowadzać wybory, a pomiędzy nimi ograniczać życie obywatelskie do obserwowania działalności władz.
Barometr FRDL daje wynik całego lokalnego kapitału obywatelskiego na poziomie 47,6 punktu na 100.
To nie jest katastrofa.
Ale zdecydowanie nie jest również wynik, po którym można powiedzieć: wszystko działa.
Najbardziej optymistyczna wiadomość znajduje się gdzie indziej.
Polacy nadal czują silny związek ze swoimi miejscowościami i zdecydowana większość uważa, że warto angażować się w ich sprawy.
A więc fundament istnieje.
Problemem nie jest brak poczucia wspólnoty.
Problemem jest zamiana tego poczucia w wiedzę, kontrolę, uczestnictwo i rzeczywisty wpływ.
Bo gmina nie jest urzędem.
Nie jest również burmistrzem.
Nie jest radą.
Gmina to mieszkańcy.
I być może właśnie o tej najprostszej zasadzie polskiej samorządności przez lata trochę zapomnieliśmy.
Słowa kluczowe: samorząd, gmina, mieszkańcy, demokracja lokalna, FRDL, Barometr Lokalnego Kapitału Obywatelskiego, aktywność obywatelska, rada gminy, burmistrz, wójt, budżet gminy, partycypacja, kapitał obywatelski, lokalna demokracja, przejrzystość samorządu Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy





