Przejdź do treści
piątek 9 października 2026
09/10/2026Dziennikarz i redaktor naczelny

Ponad trzy miliony złotych brakujących w systemie gospodarki odpadami, rosnące koszty wywozu śmieci i propozycja podwyższenia opłaty do 55 zł miesięcznie od mieszkańca. Obrady tzw. komisji śmieciowej 7 paździenika 2027 w Obornikach Śląskich pokazały coś więcej niż problem zbilansowania rachunków. Pokazały sposób myślenia o publicznych pieniądzach. Urząd przedstawił szczegółowe wyliczenia uzasadniające wzrost kosztów, radni zaczęli liczyć, ile podwyżka będzie kosztowała ich własne gospodarstwa domowe, a dyskusja o oszczędnościach nie przyniosła konkretnego planu ich uzyskania. Ostatecznie pojawiło się 55 złotych — kwota, która ma wyglądać na kompromis, choć nie rozwiązuje problemu finansowania systemu.

Miliony na stole. Urząd przyszedł przygotowany

Trzeba przyznać jedno: przedstawiciele gminy nie przyszli na komisję z pustymi rękami.

Zaprezentowano dane dotyczące ilości odbieranych odpadów, zmian cen ich zagospodarowania, kosztów funkcjonowania Punktu Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych oraz prognoz finansowych na 2026 rok.

Reklama

Z przedstawionych wyliczeń wynika, że system gospodarki odpadami może kosztować gminę około 14,34 mln zł, podczas gdy wpływy z opłat mieszkańców szacowane są na 10,91 mln zł.

Różnica wynosi około 3,43 mln zł.

To pieniądze, które trzeba znaleźć w budżecie. Pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na inne zadania samorządu.

Sytuacja nie jest jednak nowa. Podczas obrad przypominano o dopłatach do systemu w poprzednich latach. Wskazywano około 1,14 mln zł w 2023 roku, ponad 2,7 mln zł w 2024 roku i około 1,3 mln zł w 2025 roku.

System od lat wymaga więc dodatkowego finansowania.

Przedstawiciele urzędu tłumaczyli, skąd biorą się rosnące wydatki. Mieszkańcy produkują coraz więcej odpadów. Drożeje transport, energia, praca, zagospodarowanie poszczególnych frakcji. Szczególnie problematyczne stają się tekstylia, bioodpady i tworzywa sztuczne.

Mówiono również o konsekwencjach systemu kaucyjnego, ograniczonej liczbie instalacji przetwarzających odpady oraz braku odpowiedniej infrastruktury w regionie.

Argumenty były rozbudowane. Liczby — niepokojące.

Ale w tej prezentacji dominowała odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego jest coraz drożej?

Znacznie mniej miejsca zajęła odpowiedź na inne: co konkretnie można zrobić, żeby mieszkańcy płacili mniej?

Radni odkrywają, że podwyżka dotyczy również ich

Jednym z ciekawszych momentów obrad była dyskusja o skutkach podwyżki dla gospodarstw wieloosobowych.

Padł przykład sześcioosobowej rodziny.

Przy obecnej stawce 49 zł miesięczna opłata wynosi 294 zł. Gdyby przyjąć stawkę pozwalającą zbilansować system, czyli około 64–65 zł, rachunek wzrósłby do 384–390 zł.

I wtedy abstrakcyjne dotąd liczby zaczęły nabierać bardzo konkretnego znaczenia.

Bo sześćdziesiąt kilka złotych od osoby brzmi inaczej niż niemal czterysta złotych miesięcznie z rodzinnego budżetu.

W dyskusji zwracano uwagę na obciążenie rodzin z dziećmi, gospodarstw wielopokoleniowych oraz mieszkańców, którzy już dziś płacą znaczne kwoty za odbiór odpadów.

To były uzasadnione zastrzeżenia. Problem jednak w tym, że nie przerodziły się w równie zdecydowane poszukiwanie sposobów ograniczenia kosztów całego systemu.

Zamiast tego coraz wyraźniej zaczęło się wyłaniać rozwiązanie dobrze znane z samorządowej praktyki: podnieść opłatę, ale nie za bardzo.

Tak, żeby mieszkańcy odczuli podwyżkę, lecz żeby radni mogli jednocześnie powiedzieć, że nie zgodzili się na najwyższą proponowaną stawkę.

Tylko czy to rzeczywiście kompromis?

55 złotych, czyli kompromis, który nie bilansuje systemu

Podczas komisji przedstawiono kilka wariantów.

Przy stawce około 64–65 zł wpływy miałyby pokryć prognozowane koszty. Przy 55 zł gmina nadal musiałaby dopłacać do systemu około dwóch milionów złotych rocznie.

Mimo to właśnie 55 zł zaczęło funkcjonować jako propozycja, wokół której można budować porozumienie.

To podwyżka o sześć złotych miesięcznie od osoby, czyli ponad 12 procent względem obecnej stawki.

Dla czteroosobowej rodziny oznacza dodatkowe 288 zł rocznie. Dla sześcioosobowej — 432 zł.

A mimo tych dodatkowych pieniędzy problem finansowy pozostanie.

Można więc zapytać: na czym polega kompromis?

Jeżeli jego istotą jest wyłącznie ustalenie kwoty, która wydaje się politycznie i społecznie łatwiejsza do zaakceptowania, mamy raczej do czynienia z kompromisem wizerunkowym niż z rozwiązaniem ekonomicznym.

Mieszkańcy zapłacą więcej. Gmina nadal będzie dopłacać. A za rok radni mogą ponownie spotkać się przy tym samym stole, z podobnymi wykresami i jeszcze wyższymi kosztami.

Zresztą podczas obrad sami uczestnicy zwracali uwagę na ryzyko corocznego powtarzania tej dyskusji.

Nie przedstawiono przekonującego planu, który pokazywałby, w jaki sposób proponowana podwyżka miałaby powstrzymać dalszy wzrost kosztów.

A może najpierw sprawdzić, czy można płacić mniej wykonawcom?

To pytanie powinno znaleźć się w centrum debaty.

Gmina płaci za odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów. Wydatki wynikają z zawieranych umów, stawek za poszczególne frakcje oraz ilości odbieranych śmieci.

Przedstawiciele urzędu wielokrotnie podkreślali, że ceny wynikają z przetargów, a możliwości ich ograniczania są niewielkie.

Rzeczywiście, samorząd nie może dowolnie ustalić ceny, za jaką przedsiębiorca będzie świadczył usługę. Nie może też po prostu przestać odbierać odpadów.

Nie oznacza to jednak, że nie ma wpływu na organizację zamówień publicznych.

Może analizować rynek, przygotowywać różne warianty zamówienia, badać zainteresowanie potencjalnych wykonawców, porównywać koszty transportu i zagospodarowania oraz sprawdzać możliwości współpracy z innymi samorządami.

Co istotne, w dokumentacji zamówień publicznych z 2026 roku widać, że gmina prowadziła postępowania dotyczące różnych zakresów odbioru i zagospodarowania odpadów. Nie można zatem twierdzić, że nie stosowano żadnych rozwiązań przetargowych.

Jednak podczas komisji zabrakło wyraźnego przedstawienia analizy konkurencyjności obecnych umów.

Ilu wykonawców mogłoby świadczyć usługi na rzecz Obornik Śląskich? Czy badano zainteresowanie innych firm? Jak zmieniłyby się koszty przy innym podziale zamówienia? Czy transport i zagospodarowanie wszystkich frakcji muszą być organizowane w obecny sposób?

Nie chodzi o obietnicę, że gdzieś czeka tańsza firma gotowa natychmiast przejąć odbiór śmieci.

Chodzi o wykazanie mieszkańcom, że przed podniesieniem opłat sprawdzono dostępne możliwości uzyskania korzystniejszej ceny.

Podczas obrad takiego całościowego porównania nie zaprezentowano.

Radni mieli pomysły. Problem w tym, co z nimi zrobiono

Nie byłoby sprawiedliwe stwierdzenie, że podczas komisji nikt nie próbował szukać oszczędności.

Pojawiło się kilka propozycji.

Jedną z nich było ograniczenie częstotliwości odbioru szkła. Przywołano przykład Prusic, gdzie stosowany jest inny harmonogram.

Argument był prosty: skoro samochód musi objechać miejscowości, zużywa paliwo, a pracownicy poświęcają czas na odbiór, warto sprawdzić, czy niektóre kursy można ograniczyć.

Przedstawiciele urzędu odpowiadali, że Oborniki Śląskie odbierają znacznie więcej szkła, a rzadszy odbiór mógłby powodować problemy logistyczne. Wskazywano na 40–60 ton miesięcznie.

To istotny kontrargument.

Ale dyskusji zabrakło finansowej puenty.

Ile kosztuje pojedynczy odbiór? Jaka część ceny jednej tony przypada na transport? Ile można oszczędzić na zmianie harmonogramu, uwzględniając konieczność odbioru większej ilości odpadów podczas kolejnego kursu?

Bez takich wyliczeń trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, kto ma rację.

Podobnie było z bioodpadami.

Pytano, czy czterozłotowa ulga za kompostowanie jest wystarczająca. Rozważano jej zwiększenie. Pojawił się przykład Wiszni Małej, gdzie ulga jest wyższa.

W odpowiedzi wskazywano, że kompostowanie nie zawsze powoduje znaczący spadek ilości odbieranych odpadów oraz że większa ulga zmniejszyłaby dochody systemu.

Zapowiedziano porównanie danych z sąsiedniej gminy.

To dobry kierunek, ale również pokazuje, czego brakowało: gotowej analizy skuteczności dotychczasowych zachęt.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Skoro problem narasta od lat, dlaczego dopiero przy okazji kolejnej dyskusji o podwyżce trzeba ustalać, czy podstawowy mechanizm ograniczania bioodpadów rzeczywiście działa?

Gmina ma problem z odpadami. Czy ma również problem z ich mierzeniem?

Podczas obrad pojawił się temat elektronicznej identyfikacji pojemników.

Takie rozwiązanie pozwalałoby lepiej kontrolować odbiór odpadów z konkretnych nieruchomości, weryfikować deklaracje i analizować częstotliwość opróżniania pojemników.

Przedstawiciele gminy wskazywali, że system był rozważany, ale wiązałby się z kosztami wdrożenia i obsługi.

Jednocześnie przedstawiono dane świadczące o zmniejszaniu się różnicy między liczbą mieszkańców a liczbą osób ujętych w deklaracjach odpadowych.

Na koniec sierpnia różnica ta wynosiła około 898 osób.

Nie oznacza to automatycznie, że prawie dziewięćset osób unika płacenia. Część może faktycznie mieszkać gdzie indziej.

Jednak skuteczność systemu kontrolnego również powinna być przedmiotem ekonomicznej analizy.

Ile kosztuje kontrola deklaracji? Jakie dodatkowe wpływy przynosi? Czy technologie pozwoliłyby ograniczyć straty albo zwiększyć efektywność odbioru?

Podczas komisji nie przedstawiono kompletnego rachunku opłacalności takich rozwiązań.

Zamiast tego ponownie dominowało przekonanie, że system jest kosztowny, skomplikowany, a możliwości zmian ograniczone.

Trzynaście gmin, niezrealizowana instalacja i historia, do której trzeba wrócić

W dyskusji przypomniano również wcześniejszy projekt wspólnej infrastruktury odpadowej.

Miało w nim uczestniczyć trzynaście gmin. Według informacji przywołanych podczas komisji uzyskano około 17 mln zł dofinansowania, ale najtańsza oferta przetargowa wyniosła około 34 mln zł.

Projekt nie został zrealizowany.

Pojawiła się także możliwość budowy lokalnej instalacji do zagospodarowania bioodpadów, której koszt wstępnie szacowano na około 6 mln zł.

Przedstawiciele gminy zwracali uwagę na koszty inwestycyjne, konieczność zapewnienia odpowiedniego terenu, technologię oraz potencjalny sprzeciw mieszkańców.

To argumenty, których nie sposób lekceważyć.

Jednak właśnie takie przedsięwzięcia wymagają porównania kosztów wieloletnich.

Jeżeli gmina co roku płaci coraz więcej za zagospodarowanie odpadów, należy sprawdzić, czy inwestycja, współpraca międzygminna albo inna organizacja odbioru mogłyby w dłuższej perspektywie ograniczyć te wydatki.

Nie wystarczy powiedzieć, że instalacja kosztuje sześć milionów złotych.

Trzeba jeszcze ustalić, ile kosztuje jej brak.

Łatwo policzyć podwyżkę. Trudniej policzyć alternatywy

W tym miejscu ujawnia się zasadnicza słabość całej debaty.

Gmina potrafiła pokazać, ile pieniędzy zabraknie w systemie. Potrafiła oszacować, jaka stawka zbilansowałaby wydatki i ile nadal trzeba będzie dopłacać przy niższych opłatach.

Znacznie słabiej wypadła część dotycząca możliwych oszczędności.

Nie dlatego, że żaden uczestnik nie zgłosił pomysłu.

Wręcz przeciwnie — propozycje padały.

Problem polegał na tym, że nie zestawiono ich w jeden plan działań, z kosztami, terminami, odpowiedzialnymi osobami i przewidywanymi rezultatami.

Nie pokazano na przykład, ile można byłoby zaoszczędzić dzięki zmianie harmonogramu odbioru wybranych frakcji, zwiększeniu konkurencji wykonawców, efektywniejszemu zagospodarowaniu bioodpadów czy lepszej kontroli systemu.

Być może po policzeniu okazałoby się, że część rozwiązań nie daje oszczędności, a inne są nieopłacalne.

Ale właśnie po to przeprowadza się analizy ekonomiczne.

Żeby mieszkańcy nie musieli wybierać między podwyżką a przekonaniem urzędu, że inaczej się nie da.

Radni powinni kontrolować koszty, a nie tylko negocjować wysokość rachunku

Komisja rady miejskiej nie jest wyłącznie miejscem wysłuchania informacji przygotowanych przez urząd.

To również przestrzeń kontroli, zadawania trudnych pytań, żądania dokumentów i przedstawiania alternatywnych rozwiązań.

Radni nie muszą być specjalistami od technologii recyklingu ani transportu odpadów. Powinni jednak wymagać od administracji danych pozwalających ocenić, czy pieniądze publiczne są wydawane możliwie efektywnie.

Tymczasem przebieg obrad pozostawia wrażenie, że najwięcej energii poświęcono na ustalenie wysokości podwyżki, którą da się zaakceptować.

Dyskusja o oszczędnościach była obecna, ale nie stała się osią prac komisji.

Nie powstał przedstawiony mieszkańcom program ograniczania kosztów. Nie określono mierzalnych celów ani terminu rozliczenia proponowanych działań.

A przecież każde zmniejszenie wydatków systemu ma znaczenie. Przy takiej skali rocznych kosztów nawet kilkuprocentowa oszczędność oznaczałaby setki tysięcy złotych.

To nie znaczy, że taką oszczędność można dziś zagwarantować.

To znaczy, że warto przynajmniej sprawdzić, czy jest możliwa.

Kompromis na dziś, problem na jutro

Propozycja 55 zł ma jedną niewątpliwą zaletę z perspektywy uczestników procesu decyzyjnego: pozwala pokazać, że nie zdecydowano się na stawkę ponad 60 zł.

Ale z punktu widzenia mieszkańców bilans jest mniej korzystny.

Opłata wzrośnie, a system nadal będzie wymagał dopłaty z budżetu.

Nie wiadomo też, jak sytuacja zmieni się w kolejnym roku, jeżeli masa odpadów i koszty ich zagospodarowania będą nadal rosły.

Przyjęcie niższej stawki nie musi być błędem. Samorząd może świadomie uznać, że część kosztów powinna być pokrywana z innych dochodów gminy, jeżeli prawo na to pozwala, a budżet jest w stanie taki wydatek udźwignąć.

Ale taka decyzja powinna być elementem przemyślanej polityki finansowej.

Nie jedynie sposobem na zakończenie trudnej dyskusji.

Bo kompromis, który nie zmienia przyczyn problemu, może okazać się tylko odroczeniem kolejnego rachunku.

Kto zapłaci za brak rozwiązania?

W Obornikach Śląskich nikt nie musi przekonywać mieszkańców, że śmieci kosztują. Widzą to co miesiąc.

Nie trzeba również udowadniać, że gospodarka odpadami jest skomplikowana i podlega wielu regulacjom.

To wszystko prawda.

Jednak zadaniem samorządu nie jest wyłącznie tłumaczenie, dlaczego wydatki rosną.

Jego zadaniem jest również szukanie sposobów, aby rosły możliwie najwolniej.

Podczas komisji przedstawiono szczegółową diagnozę finansową systemu. Zabrakło równie konkretnego programu jego usprawnienia.

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy opłata powinna wynosić 55, 59 czy 65 zł.

Brzmi inaczej:

Czy radni i władze Obornik Śląskich potrafią przedstawić mieszkańcom choćby kilka policzonych działań, które w kolejnych latach rzeczywiście ograniczą koszty gospodarowania odpadami?

Jeżeli nie, następna komisja śmieciowa może rozpocząć się dokładnie tak samo.

Od prezentacji kolejnych milionów.

A zakończyć kolejnym kompromisem, za który zapłacą mieszkańcy.

Radio DTR — analiza obrad komisji poświęconej gospodarce odpadami w gminie Oborniki Śląskie.

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *