Dom kultury. Brzmi dumnie. Ciepło. Obywatelsko.
A teraz doprecyzujmy, bo w niektórych gminach zaszło tu drobne – naprawdę drobne – nieporozumienie semantyczne.
Dom kultury to nie jest dom kultu.
Nie świątynia władzy, nie kaplica samorządowego ego, nie boczna nawa urzędu z mikrofonem i banerem roll-up.
A jednak coraz częściej dokładnie tak to wygląda.
Kultura lokalna przypomina dziś teatr jednego aktora. Tyle że aktor zmienia tylko marynarki, a scenariusz pozostaje ten sam. Premiera co tydzień. Publiczność – obowiązkowa. Brawa – mile widziane, najlepiej na Facebooku.
Dyrektor? Oczywiście. Decydent? Broń Boże.
Dyrektor domu kultury to dziś stanowisko o niezwykłej konstrukcji: pełna odpowiedzialność, zerowa sprawczość.
Ma podpisywać, tłumaczyć się, świecić oczami.
Decyzje? One zapadają gdzie indziej. W gabinecie, gdzie kultura bywa mylona z kalendarzem wydarzeń promocyjnych.
Budżet? „Tu proszę, tu nie, a tu najlepiej wcale”.
Program? „Zróbmy coś ładnego. Takiego, żeby było widać, kto zaprosił”.
Partnerzy? „Ci nie, bo nie klaszczą w odpowiednim momencie”.
Efekt? Instytucja kultury zarządzana jak wypracowanie z epoki słusznie minionej.
Temat: Mój ideał i dlaczego to aktualny włodarz.
Gwoździem programu jest… zaproszenie
Kulminacja następuje zawsze na plakatach.
„Wójt/Burmistrz zaprasza na koncert”.
To zdanie powinno być wykute w marmurze absurdu.
Bo wygląda to tak:
mieszkańcy płacą – podatkami, opłatami, składkami.
Instytucja organizuje – pracą ludzi, logistyką, kompetencjami.
A zaprasza… władza. Jakby wyciągnęła z kieszeni prywatny portfel i powiedziała: „Chodźcie, stawiam”.
Nie stawia.
Podpisuje się pod cudzym rachunkiem.
Potem jeszcze zdjęcie. Wstęga. Uśmiech numer trzy.
Post: „Cieszę się, że mogłem zaprosić mieszkańców”.
My też się cieszymy. Szczególnie z tej szczerości.
Kultura jako rekwizyt
Jeśli dom kultury zaczyna służyć do autopromocji władzy, to nie jest to promocja kultury.
To kult władzy z elementami estradowymi.
Kultura przestaje być przestrzenią wolności, a staje się dekoracją. Ładną, kolorową, bezpieczną. Taką, która nie zadaje pytań, nie drażni, nie myśli samodzielnie.
Najlepiej, żeby była wdzięczna.
A kultura wdzięczna to kultura martwa. Tylko jeszcze tego nie wie.
Pytanie, które zawsze wraca
Po co w takim układzie dyrektor domu kultury?
Odpowiedź jest prosta, brutalna i boleśnie prawdziwa:
żeby był buforem.
Gdy coś się nie uda – to dyrektor.
Gdy budżet się rozjedzie – to dyrektor.
Gdy pojawi się krytyka – to dyrektor „źle zorganizował”.
Władza w tym czasie… zaprasza.
Na koniec, bez zaproszenia
Nie, to nie jest tekst „przeciw kulturze”.
To tekst w jej obronie.
Bo kultura nie jest od noszenia marynarki w pierwszym rzędzie.
Nie jest od zdjęć, lajków i logotypów.
Jest od ludzi, sensu, rozmowy i czasem – od niewygodnych pytań.
I warto to powtarzać, nawet jeśli komuś psuje humor:
kultura jest od kultury. Nie od kultu.
Bo gdy zostanie już tylko kult, to na scenie nadal będzie światło.
Tylko publiczność wyjdzie wcześniej.






