Jeszcze kilka lat temu rosyjski Dzień Zwycięstwa był demonstracją siły. Kolumny czołgów, rakiety strategiczne, nowoczesne systemy uzbrojenia i tysiące żołnierzy miały pokazywać światu militarną potęgę Kremla. Dziś obraz z Moskwa wyglądał zupełnie inaczej.
Tegoroczna defilada z okazji 81. rocznicy zakończenia II wojny światowej była jedną z najbardziej skromnych od niemal dwóch dekad. Oficjalnie – z powodu „sytuacji operacyjnej”. Nieoficjalnie? W cieniu wojny z Ukrainą, zagrożenia atakami dronów i coraz wyraźniejszego zmęczenia konfliktem.
Gdzie zniknęły rosyjskie czołgi?
Na Placu Czerwonym zabrakło tego, co przez lata było najważniejszym elementem rosyjskiego spektaklu militarnego – ciężkiego sprzętu.
Nie było kolumn czołgów, wyrzutni rakiet, transporterów opancerzonych ani nowoczesnych systemów wojskowych. Został marsz piechoty oraz przelot samolotów bojowych. W defiladzie uczestniczyło około 14 tysięcy żołnierzy.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony tłumaczyło ograniczenia „bieżącą sytuacją operacyjną”. To sformułowanie wielu analityków odczytuje jako przyznanie, że wojna w Ukrainie i zagrożenie atakami dalekiego zasięgu wymusiły ostrożność.
To właśnie brak sprzętu najbardziej rzucał się w oczy. Jeszcze kilka lat temu Kreml budował narrację o armii zdolnej rzucić wyzwanie NATO. Dzisiejszy obraz był bardziej ostrożny niż triumfalny.
ilustracja do artykułu 9 maja Dzień Zwycięstwa 2026
Korea Północna obok Rosjan
Najbardziej symboliczny moment? Po raz pierwszy w historii w defiladzie uczestniczyli żołnierze armii Korei Północnej.
Oddziały KPA maszerowały obok rosyjskich żołnierzy, co odebrano jako wyraźny sygnał polityczny. Rosja coraz mocniej zacieśnia współpracę z Korea Północna – państwem izolowanym przez Zachód, ale wspierającym Kreml politycznie i militarnie.
To obraz, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się trudny do wyobrażenia podczas rosyjskiego święta narodowego.
Putin porównał Ukrainę do „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”
Władimir Putin w swoim przemówieniu ponownie próbował połączyć obecną wojnę z pamięcią o II wojnie światowej.
Rosyjski przywódca mówił o „obronie ojczyzny”, oskarżał NATO o agresję i przekonywał, że Rosja „zawsze będzie zwyciężać”. Podkreślał też rolę żołnierzy walczących obecnie w Ukrainie.
To narracja budowana przez Kreml od początku inwazji – przedstawianie wojny jako historycznej kontynuacji walki z zagrożeniem zewnętrznym. Problem w tym, że coraz trudniej utrzymać atmosferę triumfu, gdy konflikt trwa już czwarty rok, a Rosja sama wzmacnia ochronę stolicy przed potencjalnymi atakami.
Moskwa pod ogromną ochroną
W czasie obchodów stolica Rosji przypominała twierdzę.
Pojawiły się checkpointy, ograniczenia internetu mobilnego i wzmożone kontrole bezpieczeństwa. Kreml mówił wprost o zagrożeniu terrorystycznym oraz możliwych działaniach ze strony Ukrainy.
Dodatkowo wielu zachodnim mediom ograniczono lub cofnięto akredytacje. Wśród nich znalazły się m.in. redakcje niemieckie i międzynarodowe agencje prasowe.
Równocześnie w wielu rosyjskich miastach parady zostały całkowicie odwołane albo mocno ograniczone. Nawet w Sankt Petersburg obchody miały znacznie skromniejszy charakter niż w poprzednich latach.
Defilada bardziej symboliczna niż triumfalna
Rosyjski Dzień Zwycięstwa od lat był jednym z najważniejszych narzędzi propagandowych Kremla. Tegoroczna odsłona pokazała jednak coś nowego – ostrożność.
Brak sprzętu wojskowego, ogromne środki bezpieczeństwa i ograniczone obchody w wielu regionach bardziej przypominały państwo działające pod presją niż pewne swojej siły mocarstwo.
W rosyjskiej telewizji nadal dominował patriotyczny przekaz. Ale obraz z Placu Czerwonego pokazał coś jeszcze: wojna z Ukrainą zmieniła nie tylko front, lecz także sposób, w jaki Rosja pokazuje samą siebie światu.
Czytaj dalej
Zostań przy sprawie
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


