Czy święta bez góry prezentów mogą smakować lepiej niż te z katalogu promocji? Dla Marioli Bojarskiej-Ferenc odpowiedź jest prosta – liczy się bliskość, spokój i sens.
Dom otwarty, serca jeszcze bardziej
Mariola Bojarska-Ferenc święta Bożego Narodzenia traktuje jak powrót do korzeni. Drzwi jej domu są otwarte dla najbliższych, a tegoroczna Wigilia ma wyjątkowy akcent – obecność najmłodszej wnuczki, która niedawno przyszła na świat.
„U mnie święta tradycyjnie są w moim domu, będą dzieciaki i wnuki. (…) Nasza wnuczka, która niedawno pojawiła się na świecie, będzie więc pod choinką naszym najwspanialszym prezentem” – mówi dziennikarka.
Trudno o bardziej wymowny symbol: zamiast gadżetów – obecność. Zamiast pośpiechu – czas.
Prezenty? Tak, ale z głową
W rodzinie Bojarskiej-Ferenc nie ma wyścigu na liczbę paczek pod choinką. Upominki dostają dzieci, dorośli – jeśli już – wymieniają się drobiazgami, które naprawdę się przydadzą. Bez „niespodzianek do szuflady”.
„Nie lubimy robić sobie niespodzianek, które będą rzucone w kąt. Wolimy mądrze wydawać pieniądze” – podkreśla.
To podejście brzmi jak świąteczna dieta cud: mniej kalorii, więcej sensu. I bez efektu jo-jo w styczniu.
Rok zamknięty na plus
Końcówkę 2025 roku Mariola Bojarska-Ferenc ocenia jako satysfakcjonującą. Zawodowo planuje konsekwentnie rozwijać swoją obecność w sieci, szczególnie na YouTubie, gdzie prowadzi autorski format rozmów.
„W nowym roku na pewno będę kontynuowała Viva! Bez Tabu (…) To są mocne rozmowy z gwiazdami, ale też rozmowy z wybitnymi lekarzami. Zawsze wspieram zdrowie” – zaznacza.
Program Viva! Bez Tabu łączy odwagę mówienia wprost z odpowiedzialnością – tematy trudne są tu omawiane bez sensacji, za to z realną wartością dla widzów. Dla kobiet, które szukają wsparcia, i dla tych, które chcą poczuć, że nie są same.
Bez tabu, za to z empatią
Otwartość to dla Bojarskiej-Ferenc nie slogan. Dzieli się własnymi doświadczeniami, także na łamach magazynu „Viva!”, bo – jak mówi – jeśli pomoże choć jednej osobie, to już jest wygrana.
Święta w jej wydaniu są więc jak dobry trening: bez fajerwerków, za to regularnie i z sensem. A najlepszym „sprzętem” okazuje się… rodzina.



