Zdjęcia, uśmiechy i place budowy. Wpis burmistrza Żmigrodu miał pokazać sprawczość, kontakty i polityczne zaplecze. Ale gdy odłożymy emocje na bok i spojrzymy na kalendarz polityczny, pojawia się pytanie bardziej zasadnicze: czy ten przekaz dotyczy wyłącznie gminy, czy także nadchodzących wyborów parlamentarnych?
Wpis burmistrza Robert Lewandowski opublikowany w mediach społecznościowych był prosty i czytelny. Spotkanie z posłanką Anna Sobolak, rozmowy o „bieżących sprawach gminy”, wizyty na placach budowy, a na końcu zdanie-klamra: „To konkretne działania, które realnie zmieniają naszą gminę”.
To komunikat idealnie skrojony pod Facebooka. Pytanie brzmi jednak: czy to, co uznano za najważniejsze w tym przekazie, rzeczywiście jest dziś najważniejsze dla Żmigrodu?
Co burmistrz chciał pokazać?
Z opublikowanego wpisu jasno wynikają trzy akcenty, które miały wybrzmieć najmocniej:
Obecność posłanki – sygnał politycznych kontaktów i „otwartych drzwi” na szczeblu centralnym.
Inwestycje w toku – rozbudowa żłobka i budowa nowej siedziby urzędu.
Narracja sprawczości – przekaz: działamy, dowozimy, zmieniamy.
To klasyczna konstrukcja wizerunkowa: osoba z Warszawy, lokalny gospodarz i konkret w tle. Tyle że między wizerunkiem a realnymi kompetencjami istnieje zasadnicza różnica.
Posłanka w Żmigrodzie – realna rola czy polityczny sygnał?
Anna Sobolak nie ma formalnego wpływu na budżet gminy. Nie głosuje nad uchwałami, nie odpowiada za zadłużenie, nie decyduje o priorytetach inwestycyjnych. Jej potencjalna rola może dotyczyć wsparcia politycznego, rozmów w ministerstwach czy pomocy przy programach rządowych.
Problem polega na tym, że w dokumentach budżetowych na 2026 rok nie ma żadnego śladu takiego wsparcia. Opinie Regionalnej Izby Obrachunkowej mówią jasno: finansowanie opiera się na dochodach własnych, sprzedaży mienia i pożyczce. Nie na efektach wizyt czy deklaracjach współpracy.
Na dziś obecność posłanki ma więc znaczenie wizerunkowe, nie finansowe.
Inwestycje jako argument zamykający debatę?
Rozbudowa żłobka i nowy urząd zostały pokazane jako dowód rozwoju. Nikt nie neguje, że to realne budowy. Ale w komentarzach mieszkańców szybko pojawiły się pytania:
Dlaczego rozbudowujemy żłobek przy spadającej liczbie urodzeń?
Czemu przy dużych inwestycjach brakuje pieniędzy na podstawowe potrzeby w szkołach?
To nie są pytania „przeciwko rozwojowi”. To pytania o hierarchię wydatków w roku, w którym gmina planuje deficyt i dalsze zadłużenie. Facebookowy wpis na te wątpliwości nie odpowiada – raczej je przykrywa obrazem.
A gdzie w tym wszystkim rada miejska?
Tu pojawia się najbardziej znaczący brak.
Budżet uchwala rada miejska. To radni głosują za deficytem, sprzedażą majątku i inwestycjami. To oni – razem z burmistrzem – ponoszą odpowiedzialność za skutki finansowe tych decyzji w kolejnych latach.
Tymczasem:
na zdjęciach ze spotkania nie ma żadnego radnego,
wydarzenie nie miało charakteru posiedzenia komisji ani rozmowy z radą,
w przekazie publicznym rada praktycznie nie istnieje.
To rodzi pytanie, czy mamy do czynienia z dialogiem instytucjonalnym, czy raczej z jednoosobową narracją polityczną.
I wreszcie pytanie, którego nie da się pominąć
Czy ta publikacja – jej forma, moment i akcenty – nie wpisuje się w budowanie przestrzeni politycznej przed wyborami parlamentarnymi?
Obecność posłanki, pokazanie inwestycji, podkreślanie „współpracy” i brak konkretów finansowych to schemat znany z wielu kampanii: najpierw obraz, potem emocja, na końcu hasło o rozwoju. Tyle że gmina to nie scena kampanijna, a budżet nie jest materiałem promocyjnym.
Co my pytamy – zamiast tego, co pokazano
Nie pytamy, czy burmistrz ma prawo spotykać się z posłanką. Ma.
Nie pytamy, czy inwestycje istnieją. Istnieją.
Pytamy:
jakie realne korzyści finansowe ma z tego gmina,
kto faktycznie decyduje o priorytetach budżetu 2026,
dlaczego rada miejska znika z przekazu w kluczowym momencie.
Bo między zarządzaniem gminą a budowaniem politycznej przestrzeni granica bywa cienka. A rolą lokalnych mediów nie jest jej przesuwać – tylko ją nazywać i sprawdzać.






