Czy radny ma prawo zobaczyć dokumenty inwestycji finansowanej z publicznych pieniędzy? W Zawoni spór o dziennik budowy świetlicy w Pęciszowie przerodził się w wielomiesięczny konflikt między radnym Pawłem Komorowskim a władzami gminy. Po serii pism, uchwał i odmów sprawa trafia do sądu. I to właśnie sąd ma odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończą się kompetencje władzy wykonawczej, a zaczyna prawo obywatela do kontroli samorządu.
Czy radny musi walczyć o dostęp do dokumentu?
Historia zaczęła się od próby wglądu w dziennik budowy inwestycji gminnej – świetlicy wiejskiej w Pęciszowie. Dokument ten jest jednym z podstawowych elementów dokumentacji budowlanej. Zawiera wpisy dotyczące przebiegu prac, decyzji technicznych i kontroli nad realizacją inwestycji.
Radny Paweł Komorowski – który jednocześnie jest sołtysem i mieszkańcem gminy – twierdzi, że mimo licznych prób nie uzyskał dostępu do tego dokumentu.
Z jego chronologii działań wynika, że w sprawie pojawiły się:
-
formalne wnioski o udostępnienie dokumentu,
-
ponaglenia,
-
interwencja policji,
-
skarga do Rady Gminy,
-
kolejne pisma do wójta i urzędu.
Według radnego dokument, który powinien być dostępny w ramach kontroli publicznej inwestycji, pozostawał poza jego zasięgiem.
Odpowiedź urzędu: dokument jest na budowie
W korespondencji urzędowej pojawiło się stanowisko, że dziennik budowy nie znajduje się w urzędzie, lecz na placu budowy u kierownika budowy.
To właśnie ten argument stał się osią sporu.
Radny twierdzi, że gmina jako inwestor ma obowiązek zapewnić dostęp do dokumentacji inwestycji. Urząd wskazuje natomiast, że dokument znajduje się w dyspozycji kierownika budowy i będzie udostępniony po zakończeniu inwestycji.
W praktyce oznacza to spór o interpretację prawa do informacji.
Rada gminy: najpierw przekazanie, potem oddalenie
Sprawa trafiła także na forum Rady Gminy Zawonia.
W marcu 2025 roku rada podjęła uchwałę o przekazaniu skargi według właściwości do wójta. W uzasadnieniu wskazano, że skarga dotyczy pracownika urzędu, a właściwym organem do jej rozpatrzenia jest właśnie wójt jako przełożony pracownika.
Kilka miesięcy później rada uznała jednak skargę na bezczynność wójta za bezzasadną.
To właśnie ten moment budzi największe kontrowersje.
Bo pojawia się pytanie: jeśli skarga została przekazana wójtowi jako organowi właściwemu, to czy sprawa została faktycznie rozwiązana, czy jedynie zamknięta formalnie?
Spór wchodzi na poziom karny
Radny Paweł Komorowski zdecydował się pójść dalej.
W swoim stanowisku wskazuje na możliwość naruszenia przepisów karnych dotyczących:
-
przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego (art. 231 kodeksu karnego),
-
ukrywania dokumentu (art. 276 kodeksu karnego).
Policja prowadziła postępowanie w tej sprawie, jednak zostało ono umorzone z powodu braku znamion przestępstwa.
Radny złożył zażalenie na tę decyzję.
Teraz decyzję podejmie sąd
Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Trzebnicy.
Na 16 marca 2026 roku wyznaczono posiedzenie dotyczące zażalenia na umorzenie postępowania.
Sąd ma zdecydować, czy sprawa powinna być dalej badana.
To moment istotny nie tylko dla samego sporu między radnym a władzami gminy. W praktyce sąd będzie musiał odpowiedzieć na pytanie znacznie szersze:
czy odmowa dostępu do dokumentu inwestycji publicznej może stanowić naruszenie prawa, czy jest jedynie sporem administracyjnym.
Spór o dokument czy o zasady samorządu?
Ta sprawa pokazuje napięcie, które od lat istnieje w wielu samorządach.
Z jednej strony mamy władzę wykonawczą – wójta i urząd gminy – odpowiedzialnych za prowadzenie inwestycji i zarządzanie administracją.
Z drugiej strony są radni, których rolą jest kontrola działań władzy wykonawczej.
Jeżeli radny nie ma dostępu do dokumentów, trudno mówić o realnej kontroli. Jeżeli natomiast każda próba kontroli kończy się sporem prawnym, system samorządowy zaczyna przypominać pole konfliktu, a nie mechanizm równowagi władz.
Dlaczego ta sprawa ma znaczenie
Dla mieszkańców Zawoni spór o dziennik budowy może wydawać się drobny.
Ale w rzeczywistości dotyczy jednego z fundamentów samorządu:
czy władza publiczna działa pod kontrolą obywateli i ich przedstawicieli, czy też sama decyduje, które informacje można zobaczyć, a które nie.
To właśnie dlatego sprawa, która zaczęła się od jednego dokumentu budowy świetlicy, kończy się w sądzie.
I to sąd będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, gdzie przebiega granica między prawem obywatela do informacji a autonomią urzędu.



