W Prawie i Sprawiedliwości nie pękła dziś tylko kolejna nitka partyjnej dyscypliny. Pękło coś ważniejszego: iluzja, że po latach rządów Jarosława Kaczyńskiego kwestia następstwa może jeszcze leżeć spokojnie pod dywanem. Stowarzyszenie Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego, ogłoszone 15 kwietnia 2026 roku, od początku nie wyglądało na niewinny klub dyskusyjny. Sam były premier mówił o „dodatkowej przestrzeni do dialogu, wymiany doświadczeń oraz inicjowania działań wspierających rozwój społeczny i gospodarczy Polski”, a wcześniej zapowiadał środowisko dla ludzi, którym „nie pasuje coś” w każdej partii po prawej stronie. Do projektu dołączyło około 38–40 polityków związanych z PiS.
I właśnie to jest sedno całej historii. Nie nazwa stowarzyszenia. Nie konferencje. Nie nawet publiczne uśmiechy po nocnych rozmowach. Sednem jest demonstracja siły. Morawiecki pokazał, że ma ludzi, zaplecze i ambicję, by nie być już wyłącznie „tym od delegacji”, „tym od gospodarki” albo „tym, którego prezes jeszcze toleruje”. Pokazał, że chce mieć własny organizm polityczny, choćby formalnie wszyty jeszcze w ciało PiS.
ilustracja do artykułu Wojna o PiS.
Reakcja kierownictwa partii była zbyt gwałtowna, by wierzyć, że chodziło o zwykły spór statutowy. Rzecznik PiS Rafał Bochenek mówił wprost, że działalność stowarzyszenia jest sprzeczna ze statutem partii, a Jarosław Kaczyński rzucił twarde ultimatum: kto będzie się angażował w ten projekt, ten nie znajdzie się na listach wyborczych PiS. To już nie była reprymenda. To był pokaz starej szkoły władzy: najpierw kij, potem rozmowa.
Potem przyszła nocna ugoda. Po spotkaniu Morawieckiego z Kaczyńskim ogłoszono porozumienie. Prezes PiS stwierdził, że partia będzie miała „dwa płuca”, a działalność Rozwoju Plus ma być prowadzona „jakby wewnątrz partii”, w formule Rady Ekspertów. Z pozoru wszyscy wygrali. Morawiecki ocalił projekt. Kaczyński ocalił twarz. Bochenek dostał wersję kompromisową do opowiadania w mediach. Tyle że w polityce takie kompromisy często przypominają zalepienie pękniętej rury plastrem. Na chwilę przestaje kapać. Rura nadal jest pęknięta.
Bo ten konflikt nie jest tylko o ambicję Morawieckiego. Jest też o odpowiedź na pytanie, czym PiS ma być po kolejnych porażkach i spadkach. Według najnowszych sondaży partia wyraźnie osłabła, a równocześnie rośnie presja z prawej strony sceny. To właśnie dlatego w PiS ścierają się dziś dwa odruchy. Pierwszy mówi: trzeba odbić centrum, wyborców umiarkowanych, tych od bezpieczeństwa ekonomicznego, stabilności, klasy średniej, ludzi z miast i przedmieść. To język Morawieckiego. Drugi mówi: trzeba odzyskać prawą flankę, zaostrzyć kurs, mówić mocniej o tożsamości, migracji, Unii i wojnie kulturowej, bo wyborcy odpływają do Konfederacji i innych formacji radykalnych. To logika twardego skrzydła.
Ryszard Terlecki w rozmowie z Radiem Kraków właściwie odsłonił ten spór bez opakowania. Przyznał, że część liderów PiS uważa dziś za najważniejsze odzyskanie wyborców, którzy odeszli bardziej na prawo, do Konfederacji i Brauna. Jeśli w jednej partii jedni chcą iść po centrum, a drudzy po skrajną flankę, to nie mamy do czynienia ze zwykłą różnicą zdań. Mamy do czynienia z konfliktem o duszę projektu politycznego. Tego nie da się załatwić jednym wspólnym zdjęciem.
W tym sensie Rozwój Plus jest politycznym testem DNA. Morawiecki sprawdza, czy w PiS jest jeszcze miejsce na prawicę menedżerską, technokratyczną, opowiadającą o gospodarce, inwestycjach, polskim kapitale i nowoczesnym państwie. Jego przeciwnicy sprawdzają zaś, czy partia ma wrócić do polityki okopowej: twardej, emocjonalnej, konfliktowej, karmiącej się wojną z elitami, Brukselą i „miękką” centroprawicą. Obie te wizje mogą współistnieć w jednym studiu telewizyjnym. W jednym sztabie wyborczym już znacznie trudniej.
Dlatego tak ważny jest dodatkowy wątek z Ryszardem Terleckim. Doniesienia o jego ostrych słowach pod adresem Kaczyńskiego podczas spotkania w Krakowie zostały przez niego zdementowane. Sam napisał, że nigdy nie kwestionował przywództwa prezesa. Ale sam fakt, że taka historia natychmiast obiegła media i stała się wiarygodna dla części opinii publicznej, mówi więcej niż oficjalne dementi. W PiS po raz pierwszy od dawna coraz łatwiej uwierzyć, że nawet starzy lojaliści zaczynają mierzyć czas po Kaczyńskim.
W tym wszystkim jest jeszcze jeden detal, który wygląda drobno, a jest bardzo duży. Morawiecki nie zakłada dziś partii. Zakłada strukturę pośrednią. To ruch ostrożny, wręcz chirurgiczny. Nie bierze na siebie kosztu otwartego rozłamu, ale buduje narzędzie, które może się przydać później: do zbierania ludzi, wzmacniania lojalności, produkowania programu, rozmów z rozczarowaną centroprawicą, a w razie potrzeby także do politycznej ewakuacji. Tak działa polityk, który jeszcze nie wywraca stołu, ale już sprawdza, czy stół stoi stabilnie.
Czy ten projekt ma realną siłę poza PiS? Pierwszy sondaż z udziałem hipotetycznego samodzielnego startu Rozwoju Plus pokazał około 5,1 proc. poparcia i 14 mandatów. To nie jest wynik powalający. Ale też nie jest śmieszny. W polityce taka liczba nie oznacza jeszcze triumfu. Oznacza coś bardziej niebezpiecznego: możliwość szantażu koalicyjnego, zdolność do psucia cudzych planów i udowodnienie, że nazwisko Morawieckiego samo w sobie nadal ma wartość rynkową.
Najuczciwiej więc powiedzieć tak: fundamentem tej awantury nie jest ani wyłącznie walka charakterów, ani wyłącznie spór programowy. Fundamentem jest walka o władzę w partii, która zestarzała się razem ze swoim przywódcą i nie potrafi już udawać, że temat sukcesji nie istnieje. Na to nakłada się realny spór o strategię: czy PiS ma być bardziej Morawieckim, czy bardziej Czarnkiem. A dopiero na końcu, jak pieprz dosypany do już gotującej się zupy, dochodzą osobiste urazy, ambicje, zazdrości i lęki.
Rozwój Plus nie wywrócił jeszcze PiS. Ale zrobił rzecz ważniejszą. Odsłonił, że partia nie kłóci się dziś o dekoracje. Kłóci się o to, kto będzie właścicielem prawej strony po Kaczyńskim. A to już nie jest drobna sprzeczka w rodzinie. To jest początek walki o spadek.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


