Na pierwszy rzut oka to urocza scena: jezioro otoczone lasem, dzieci pluskające się w wodzie, dorośli wypoczywający na piasku, wędkarze na pomoście, a nad tym wszystkim – wakacyjne niebo pełne spokoju. Polska klasyka. Tyle że… tu nie wolno się kąpać.
Ten zakątek – mimo że tłumnie okupowany przez rodziny z dziećmi – nie jest kąpieliskiem. To miejsce objęte wyraźnym zakazem kąpieli, wywieszonym przez zarządcę terenu. Strzeżone, bezpieczne kąpielisko znajduje się zaledwie 250 metrów dalej. Ale to za daleko, za niewygodnie, bez pomostu, bez tego „klimatu”.
To nie jest wyłącznie kwestia przepisów. To sprawa kultury i odpowiedzialności społecznej. Kiedy rodzic wprowadza dziecko do niestrzeżonej wody, ignorując zakaz i znaki ostrzegawcze, nie tylko ryzykuje życie swojego dziecka – daje też innym zły przykład. A potem, gdy wydarzy się tragedia, zawsze ktoś „nie wiedział”, „nie zauważył”, „to był tylko moment”.
W komentarzach często pojawia się obrona w stylu: „na własną odpowiedzialność”. Ale to nie jest odpowiedź. To wygodna ucieczka od wspólnoty, od zasad, które chronią nie tylko jednostkę, ale i tych, którzy mogliby rzucić się na pomoc, choć sami nie są ratownikami. Egoizm ubrany w luz i beztroskę.
Nie chodzi tu o nadgorliwe przestrzeganie każdej tabliczki, ale o zrozumienie, że prawo nie bierze urlopu tylko dlatego, że słońce świeci. A społeczeństwo obywatelskie zaczyna się tam, gdzie jednostka rezygnuje z wygody, by nie narażać innych.
Mazury są piękne. Ale bezpieczeństwo nie powinno być opcjonalne. I może warto, zanim rozłożymy ręcznik tam, gdzie „wszyscy się kąpią”, zapytać samych siebie: czy naprawdę „wszyscy” oznacza, że to mądre?

