Solidarność pamięta wybiórczo. Polska też

marsz gniewu czy hipokryzji
Oceń materiał
Radio DTR czyta:
Gotowy do czytania

Tłum ludzi, biało-czerwone flagi, hasła o zdradzie elit, Zielonym Ładzie, Brukseli i „ratowaniu Polski”. Warszawa po raz kolejny stała się sceną politycznego spektaklu, który jedni nazwali buntem zwykłych ludzi, a inni – dobrze wyreżyserowaną demonstracją gniewu. Marsz NSZZ „Solidarność” pod hasłem „Razem dla Polski i Polaków” miał być protestem przeciwko unijnej polityce klimatycznej i rządowi Donalda Tuska. Ale pod powierzchnią transparentów buzowało coś znacznie głębszego – emocjonalna wojna plemion, w której rozsądek coraz częściej przegrywa z polityczną nienawiścią.

Bo dziś w Polsce nie chodzi już wyłącznie o Zielony Ład, ETS czy ceny energii. Chodzi o to, że „tamci” mają być źli. Z definicji. Bez dyskusji. Bez niuansów. Bez pamięci.

„Polska jest niszczona”

Na marszu dominowały emocje. Padały mocne słowa. Dla wielu uczestników był to autentyczny krzyk lęku – o pracę, przyszłość dzieci, rachunki i poczucie bezpieczeństwa.

Reklama

Jeden ze związkowców mówił:

„Jesteśmy tu dlatego, że Polska jest niszczona, rozsprzedawana”.

Inny dodawał:

„Nie możemy być uzależnieni od innych państw”.

W tłumie słychać było także opowieści o likwidowanych zmianach w fabrykach, strachu przed zamykaniem kopalń i przekonaniu, że Polska staje się gospodarczą kolonią silniejszych państw UE.

To nie są emocje wyssane z palca. Transformacja energetyczna rzeczywiście kosztuje. Polska, oparta nadal mocno na węglu, odczuwa Zielony Ład bardziej niż wiele zachodnich państw. Droższa energia, presja na przemysł, problemy rolników – to fakty, nie propaganda.

Ale problem zaczyna się tam, gdzie kończą się fakty, a zaczyna polityczna religia. ilustracja do artykulu marsz gniewu czy hipokryzji ilustracja do artykułu Marsz gniewu czy hipokryzji?

Wczoraj popierali, dziś krzyczą

Największy paradoks tego protestu? Wielu polityków stojących dziś na scenie przez lata współtworzyło lub akceptowało rozwiązania, przeciw którym teraz protestują.

PiS nie wyprowadził Polski z Unii Europejskiej. Nie zablokował wszystkich elementów polityki klimatycznej. Korzystał z unijnych pieniędzy, negocjował fundusze, uczestniczył w europejskich kompromisach.

Dziś jednak część tej samej sceny politycznej przedstawia Zielony Ład niemal jako okupację Polski.

Przemysław Czarnek mówił podczas protestu:

„My nie akceptujemy waszej religii klimatycznej, która niszczy Europę”.

Brzmi mocno. Tylko że polityka rzadko bywa czarno-biała. Jeszcze kilka lat temu ten sam obóz polityczny funkcjonował w europejskim systemie bez podobnej retorycznej wojny totalnej.

To właśnie tutaj pojawia się hipokryzja, której coraz więcej ludzi zwyczajnie nie chce już zauważać.

„Tuskowe plemię”

W Polsce coraz mniej rozmawia się o rozwiązaniach, a coraz częściej o plemionach.

Reklama
Reklama
Reklama

Nie chodzi już o to, czy ktoś ma rację w sprawie energetyki, migracji czy gospodarki. Wystarczy, że jest „od Tuska” albo „od Kaczyńskiego”. To wystarcza, by uznać go za wroga.

I wtedy wszystko staje się proste:

  • jeśli „nasi” robią czystki – to naprawiają państwo,
  • jeśli „oni” robią to samo – niszczą demokrację,
  • jeśli „nasi” korzystają z propagandy – to patriotyzm,
  • jeśli „oni” – manipulacja.

Ta selektywna pamięć działa po obu stronach.

Jedni pamiętają tylko Amber Gold i „reset z Rosją”. Drudzy wyłącznie Pegasusa, TVP i afery PiS. Każdy wycina z historii wygodne fragmenty, budując własny moralny teatr.

W efekcie Polska coraz bardziej przypomina kraj, w którym polityka działa jak kibicowska wojna. Nie liczy się prawda. Liczy się lojalność wobec własnego obozu.

Solidarność, która zmieniła twarz

Jest jeszcze jeden symboliczny wymiar tego marszu.

Oryginalna Solidarność z 1980 roku była ruchem bardzo szerokim – robotniczym, społecznym, częściowo lewicowym, częściowo konserwatywnym. Łączyła ludzi o różnych poglądach przeciwko autorytarnej władzy.

Dzisiejsza Solidarność jest już czymś innym. Mocno związanym z konkretnym obozem politycznym. Bardziej partyjnym niż obywatelskim. Bardziej ideologicznym niż wspólnotowym.

I może właśnie dlatego tak łatwo dziś podsycać emocje hasłami o „zdrajcach”, „Brukseli”, „niemieckim dyktacie” czy „Tusku niszczącym Polskę”.

Bo polityczny gniew świetnie mobilizuje ludzi. Znacznie lepiej niż spokojna rozmowa o kosztach transformacji, błędach kolejnych rządów czy realnych rozwiązaniach.

Polska zmęczona wojną plemion

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego.

Coraz więcej ludzi nie szuka już odpowiedzi. Szuka potwierdzenia własnej nienawiści.

Jeśli „tamci” coś proponują – trzeba to odrzucić. Jeśli „nasi” robią dokładnie to samo – trzeba to usprawiedliwić.

I wtedy nie ma miejsca na zdrowy rozsądek, wspólne dobro czy uczciwe spojrzenie na własne błędy. Zostaje tylko emocjonalne „my kontra oni”.

A przecież prawdziwy problem Polski nie polega dziś wyłącznie na Zielonym Ładzie czy Donaldzie Tusku.

Problem polega na tym, że coraz mniej ludzi potrafi powiedzieć:
„Moi też czasem kłamią.”
„Moi też popełniają błędy.”
„Moi też bywają hipokrytami.”

Bez tego każda kolejna manifestacja będzie już tylko kolejnym rytuałem politycznej wojny. Głośnej, efektownej i coraz bardziej oderwanej od rzeczywistości.

Ten artykuł jest częścią
Magazynu Radio DTR 5/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →

📰 Śledź nas w
Google News, bądź na bieżąco z regionem

☕ Postaw kawę
Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Zostań przy sprawie

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry