Od zabójstwa Gabriela Narutowicza przez krwawy przewrót Józefa Piłsudskiego po współczesne oskarżenia o „zamach stanu”, „dyktaturę” i „reżim”. Polska polityka od ponad wieku zmaga się z radykalnym językiem, który potrafi zmienić przeciwnika w rzekomego wroga państwa. W stulecie zamachu majowego warto sprawdzić, co naprawdę znaczą słowa używane dziś przez polityków.
Sto lat temu na ulicach Warszawy naprawdę ginęli ludzie
12 maja 1926 roku oddziały wojskowe podporządkowane Józefowi Piłsudskiemu ruszyły przeciwko legalnym władzom Rzeczypospolitej. W Warszawie rozpoczęły się walki, które trwały trzy dni. Naprzeciw siebie stanęli żołnierze tego samego państwa, zobowiązani do służby Polsce, ale wykonujący rozkazy przeciwnych dowódców.
Bilans był tragiczny: 379 zabitych, w tym 164 cywilów, oraz około 920 rannych.
Nie był to spór o interpretację konstytucji, sposób powołania urzędnika ani decyzję ministra. Był to zbrojny przewrót przeciwko konstytucyjnym władzom państwa.
Prezydent Stanisław Wojciechowski i rząd Wincentego Witosa ustąpili. Piłsudski osiągnął cel polityczny, a Polska wkroczyła na drogę rządów sanacyjnych, w których mechanizmy demokracji parlamentarnej stopniowo traciły znaczenie.
Zamach majowy nie zakończył się wyłącznie zmianą gabinetu. Jego konsekwencje były znacznie głębsze: przebudowa układu władzy, osłabienie parlamentu, rosnąca dominacja obozu sanacyjnego, a w kolejnych latach również represje wobec opozycji.
Proces brzeski, uwięzienie polityków opozycyjnych czy utworzenie obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej nie były wydarzeniami z maja 1926 roku, ale należały do późniejszej historii systemu politycznego, którego powstanie umożliwił przewrót.
Sto lat później słowo „zamach stanu” nadal pojawia się w polskiej polityce. Tyle że jego użycie coraz częściej nie wiąże się z wydarzeniami przypominającymi maj 1926 roku.
Zanim padły strzały w maju, zamordowano prezydenta
16 grudnia 1922 roku, zaledwie kilka dni po objęciu urzędu, pierwszy prezydent odrodzonej Polski Gabriel Narutowicz został zastrzelony w warszawskiej Zachęcie.
Zabójcą był Eligiusz Niewiadomski, malarz i człowiek związany ideowo ze środowiskami skrajnie nacjonalistycznymi.
Narutowicz został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe zgodnie z obowiązującą procedurą. Jego przeciwnicy polityczni podważali jednak nie tylko trafność tego wyboru, lecz także jego moralną i narodową legitymację.
Szczególne oburzenie środowisk narodowych wywołał fakt, że do wyboru przyczyniły się głosy przedstawicieli mniejszości narodowych.
W kampanii przeciwko prezydentowi pojawiały się oskarżenia o reprezentowanie obcych interesów. Towarzyszyły im demonstracje, agresja oraz atmosfera politycznego napięcia.
Nie oznacza to, że cała ówczesna prawica odpowiadała za zabójstwo. Odpowiedzialność karną ponosił Niewiadomski, który został skazany na śmierć i stracony w styczniu 1923 roku.
Nie można jednak pominąć politycznego klimatu poprzedzającego zamach na życie prezydenta.
Historia Narutowicza pokazuje, do czego może prowadzić sytuacja, w której legalnie wybrany przedstawiciel państwa jest konsekwentnie przedstawiany jako ktoś nieuprawniony do sprawowania urzędu.
To nie dowód, że każda współczesna agresywna wypowiedź doprowadzi do przemocy. To historyczne ostrzeżenie przed lekceważeniem języka delegitymizującego demokratyczne instytucje.
Piłsudski nie był politykiem prawicy. Historia jest bardziej skomplikowana
Porównując lata 1922–1926 ze współczesnością, trzeba uniknąć jeszcze jednego uproszczenia.
Piłsudski wywodził się z ruchu socjalistycznego, choć z czasem odszedł od jego partyjnej formuły. W maju 1926 roku wystąpił przeciwko rządowi, w którym istotną rolę odgrywała prawicowa endecja i centrowe PSL „Piast”.
Nie można zatem przedstawiać zamachu majowego jako prostego przykładu prawicowego przewrotu.
Przeciwnie, część środowisk lewicowych początkowo popierała Piłsudskiego, licząc na odsunięcie od władzy przeciwników politycznych.
Zamach stanu nie staje się jednak mniej groźny dlatego, że dokonuje go polityk odwołujący się do haseł naprawy państwa, walki z partyjniactwem czy przywrócenia porządku.
Piłsudski uzasadniał swoje działania kryzysem państwa i potrzebą jego uzdrowienia. W praktyce wykorzystał siłę wojskową do obalenia legalnych władz.
To właśnie stanowi zasadniczą różnicę między rzeczywistym przewrotem a współczesnymi politycznymi oskarżeniami.
Grudzień 2023 roku. Nowy rząd, stare słowo
13 grudnia 2023 roku powołany został rząd Donalda Tuska. Powstał w następstwie wyborów parlamentarnych z 15 października, w których Prawo i Sprawiedliwość uzyskało największą liczbę mandatów spośród pojedynczych komitetów, ale nie zdobyło większości pozwalającej samodzielnie rządzić.
Większość sejmową utworzyły Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Nowa Lewica.
Powołanie nowego gabinetu odbyło się w przewidzianej konstytucją procedurze.
Nie przeszkodziło to jednak w szybkim rozpowszechnieniu określenia „koalicja 13 grudnia”.
Data była rzeczywista, lecz jej polityczne znaczenie wykraczało daleko poza kalendarz. W polskiej pamięci historycznej 13 grudnia oznacza przede wszystkim wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku.
Zestawienie demokratycznie powołanego gabinetu z datą kojarzoną z wojskową dyktaturą i represjami nie było neutralnym zabiegiem językowym.
Stanowiło element politycznej narracji, w której nową władzę przedstawiano poprzez skojarzenia z wydarzeniami historycznie obciążonymi.
Podobny mechanizm można dostrzec w wykorzystywaniu określeń „dyktatura” czy „reżim”.
Same w sobie nie są one dowodem istnienia dyktatury ani reżimu. Są ocenami, których zasadność wymaga wykazania konkretnych cech systemu politycznego.
Telewizja publiczna, prokuratura, sądy. Spory prawne czy zamach stanu?
Pierwsze miesiące funkcjonowania nowego rządu przyniosły konflikty dotyczące mediów publicznych, Prokuratury Krajowej oraz instytucji wymiaru sprawiedliwości.
W grudniu 2023 roku minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz podjął działania zmierzające do zmiany władz mediów publicznych. Sposób ich przeprowadzenia wywołał spór o podstawy prawne i kompetencje ministra.
W styczniu 2024 roku doszło do konfliktu dotyczącego stanowiska prokuratora krajowego Dariusza Barskiego oraz powierzenia obowiązków Jackowi Bilewiczowi.
Równolegle trwały spory o status sędziów, Krajową Radę Sądownictwa i Trybunał Konstytucyjny.
Nie były to wyłącznie wymyślone konflikty polityczne. Dotyczyły rzeczywistych problemów prawnych, częściowo wynikających z wcześniejszych zmian ustrojowych i kwestionowanych sposobów obsadzania stanowisk.
Jednak istnienie sporu prawnego nie oznacza automatycznie popełnienia przestępstwa zamachu stanu.
W lutym 2024 roku posłowie PiS przedstawiali projekty uchwał, w których działania nowego rządu opisywano między innymi jako zamach stanu.
W ten sposób pojęcie odnoszące się historycznie do bezprawnego przejęcia władzy zaczęło funkcjonować także jako określenie konfliktów o kompetencje organów państwa.
To istotna zmiana językowa, nawet jeśli autorzy tych oskarżeń byli przekonani o ich zasadności.
Luty 2025 roku. Zamach stanu trafia do prokuratury
Najdalej idące oskarżenie pojawiło się 5 lutego 2025 roku.
Prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski zawiadomił o podejrzeniu popełnienia przestępstw, które miały polegać na działaniach zmierzających do zmiany ustroju państwa i usunięcia konstytucyjnych organów.
Wśród osób objętych zarzutami wskazywano przedstawicieli najwyższych władz państwowych, w tym premiera Donalda Tuska, ministrów, parlamentarzystów, sędziów i prokuratorów.
Pojawiło się również oskarżenie o funkcjonowanie zorganizowanej grupy przestępczej.
Nie była to już wyłącznie retoryka z konferencji prasowej. Zarzuty zostały sformułowane w zawiadomieniu skierowanym do organów ścigania.
Śledztwo początkowo wszczął zastępca prokuratora generalnego Michał Ostrowski. Następnie sprawa została przejęta przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie.
Postępowanie podzielono na sześć głównych wątków.
Dotyczyły one między innymi funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa, działań wobec Państwowej Komisji Wyborczej, wygaszenia mandatów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika oraz postępowania wobec byłego przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Macieja Świrskiego.
Wśród badanych spraw znalazł się także zarzut dotyczący nakłaniania do niedopuszczenia do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na urząd prezydenta.
Tak szeroki zakres postępowania pokazuje, jak wiele różnych konfliktów politycznych i instytucjonalnych zostało połączonych wspólnym oskarżeniem o zamach stanu.
Rok 2026. Sześć wątków, sześć decyzji o umorzeniu
W stulecie zamachu majowego nastąpił istotny zwrot w sprawie współczesnych oskarżeń.
13 kwietnia 2026 roku prokuratura umorzyła wątek dotyczący działań zmierzających do postawienia Macieja Świrskiego przed Trybunałem Stanu.
24 kwietnia umorzono sprawę dotyczącą podejrzenia wywierania nacisków na członków Państwowej Komisji Wyborczej podczas rozpatrywania sprawozdania finansowego komitetu PiS.
25 czerwca zapadły kolejne dwie decyzje. Dotyczyły wygaszenia mandatów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika oraz zarzutów związanych z zaprzysiężeniem Karola Nawrockiego.
12 sierpnia 2026 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała o umorzeniu ostatnich, najbardziej rozbudowanych wątków, obejmujących Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa.
W ten sposób zakończono postępowanie we wszystkich sześciu głównych obszarach sprawy.
Prokuratura uznała, że badane działania nie wypełniały znamion zarzucanych przestępstw.
W uzasadnieniu ostatniej decyzji wskazano, że nie stwierdzono przede wszystkim przemocy ani groźby bezprawnej wymaganych przez odpowiednie przepisy Kodeksu karnego.
Materiał dowodowy obejmował 87 tomów akt oraz około 60 płyt zawierających dokumentację innych postępowań.
Uzasadnienie liczyło ponad 130 stron, z których około 80 poświęcono analizie prawnej.
W chwili ogłoszenia sierpniowe postanowienie nie było prawomocne. Nie ma podstaw, by bez dodatkowej weryfikacji twierdzić, że wszystkie ewentualne środki zaskarżenia zostały już rozpoznane.
Co jednak szczególnie ważne, prokuratura wyraźnie zastrzegła, że nie rozstrzyga wszystkich sporów ustrojowych.
Można bowiem kwestionować legalność określonych działań rządu, nie uznając ich jednocześnie za przestępstwo zamachu stanu.
To rozróżnienie w publicznej debacie często ginie.
Co właściwie oznacza zamach stanu w polskim prawie?
Polski Kodeks karny nie traktuje każdego naruszenia konstytucji jako zamachu stanu.
Artykuł 127 odnosi się do działań zmierzających bezpośrednio do zmiany przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.
Artykuł 128 obejmuje między innymi działania zmierzające bezpośrednio do usunięcia przemocą konstytucyjnego organu państwa, a także wywieranie przemocą lub groźbą bezprawną wpływu na czynności urzędowe takiego organu.
Są to poważne przestępstwa przeciwko państwu.
Nie oznacza to, że każde bezprawne działanie funkcjonariusza publicznego pozostaje bezkarne, jeśli nie spełnia tych przesłanek. W zależności od okoliczności może ono stanowić inne przestępstwo, delikt konstytucyjny albo podstawę odpowiedzialności administracyjnej.
Jednak używanie określenia „zamach stanu” wobec każdego spornego działania instytucjonalnego zaciera granicę między różnymi rodzajami odpowiedzialności.
W 1926 roku Piłsudski wykorzystał wojsko przeciwko legalnym władzom. W sprawie badanej przez warszawską prokuraturę w latach 2025–2026 śledczy nie stwierdzili działań spełniających przesłanki zarzucanych przestępstw przeciwko państwu.
Nie jest to zatem porównanie dwóch takich samych wydarzeń.
Jest to porównanie historycznie udokumentowanego przewrotu z oskarżeniami, które nie znalazły potwierdzenia w dotychczasowych ustaleniach prokuratury.
Od „zamachu” do „dyktatury”. Jak zmienia się znaczenie słów?
Współczesny język polityczny nie ogranicza się do jednego określenia.
W debacie pojawiały się zarzuty „zamachu stanu”, „ustrojowego zamachu stanu”, „dyktatury”, „reżimu” czy działania „zorganizowanej grupy przestępczej”.
Obok nich funkcjonują określenia takie jak „koalicja 13 grudnia”, wykorzystujące historyczne skojarzenia do opisywania współczesnych przeciwników politycznych.
Nie wszystkie te sformułowania mają jednak identyczny charakter.
„Zorganizowana grupa przestępcza” jest pojęciem prawnym, którego zastosowanie wymaga wykazania konkretnych przesłanek.
„Dyktatura” to określenie ustroju politycznego, które można analizować poprzez sposób sprawowania władzy, funkcjonowanie wyborów, niezależność sądów i zakres swobód obywatelskich.
„Reżim” ma w naukach politycznych również znaczenie opisowe, choć w potocznym języku politycznym często jest używany jako oskarżenie.
Natomiast „koalicja 13 grudnia” stanowi przede wszystkim etykietę polityczną.
Wrzucanie wszystkich tych pojęć do jednego worka prowadziłoby do podobnego zamieszania, jakie zamierzamy opisać.
Dlatego nie można uczciwie podać jednej liczby „fałszywych nazw” bez przeanalizowania konkretnych wypowiedzi, ich autorów i kontekstu.
Dotychczasowa kwerenda pozwala wskazać przykłady takich określeń, ale nie daje podstaw do twierdzenia, że powstało ich dokładnie osiem, kilkanaście czy kilkadziesiąt.
Wymagałoby to systematycznego monitoringu wypowiedzi politycznych z całego badanego okresu.
Dlaczego wielkie słowa tak skutecznie organizują polityczne emocje?
W komunikacji politycznej od dawna wykorzystuje się mechanizm polegający na przedstawianiu konfliktu jako zagrożenia dla fundamentalnych wartości.
Spór o kompetencje ministra może zostać opisany jako walka o przetrwanie demokracji.
Konflikt o obsadę stanowiska może stać się opowieścią o przejmowaniu państwa.
Przeciwnik polityczny przestaje być osobą reprezentującą inne poglądy. W określonej narracji zaczyna występować jako zagrożenie dla narodu, państwa lub konstytucji.
Badacze komunikacji nazywają jeden z takich mechanizmów ramowaniem przekazu.
Słowa nie zmieniają samych wydarzeń, ale mogą wpływać na sposób ich interpretowania.
Jeżeli odbiorca słyszy, że doszło do „sporu o kompetencje”, może oczekiwać rozstrzygnięcia prawnego.
Jeżeli słyszy, że dokonano „zamachu stanu”, otrzymuje informację o zagrożeniu całego porządku państwowego.
To dwie odmienne interpretacje sytuacji, nawet gdy odnoszą się do tego samego wydarzenia.
Nie oznacza to, że każdy polityk używający mocnych określeń świadomie manipuluje odbiorcami. Niektórzy mogą rzeczywiście uważać, że obserwowane działania zagrażają demokracji.
Znaczenie ma jednak również odpowiedzialność za publiczne słowo.
Im poważniejsze oskarżenie, tym mocniejszych wymaga dowodów.
Czy mniej wykształceni odbiorcy są bardziej podatni na polityczne oskarżenia?
Tak postawione pytanie byłoby zbyt dużym uproszczeniem.
Podatność na polityczne przekazy nie zależy wyłącznie od formalnego wykształcenia ani znajomości historii.
Znaczenie mają także zaufanie do nadawcy, identyfikacja polityczna, doświadczenia życiowe, emocje oraz środowisko informacyjne.
Osoba doskonale znająca historię może jednocześnie bezkrytycznie przyjmować informacje potwierdzające jej wcześniejsze przekonania.
Z kolei człowiek bez wyższego wykształcenia może bardzo trafnie rozpoznawać polityczną przesadę.
Współczesna polaryzacja polega między innymi na tym, że identyczne wydarzenia bywają interpretowane w zupełnie odmienny sposób przez odbiorców korzystających z różnych źródeł informacji.
W takim środowisku słowa „zamach”, „dyktatura” i „zdrada” mogą pełnić funkcję sygnałów przynależności do określonego obozu politycznego.
Nie muszą już służyć przede wszystkim opisowi rzeczywistości. Mogą wyrażać emocjonalny stosunek do przeciwnika.
To hipoteza, którą należałoby zweryfikować poprzez analizę wypowiedzi i badania odbiorców, a nie przyjmować jako wyjaśnienie wszystkich zachowań politycznych.
Nie tylko prawica. O zamachu na demokrację mówiła również opozycja wobec PiS
Analiza języka politycznego byłaby niepełna, gdyby pomijała lata 2015–2023.
W okresie rządów Zjednoczonej Prawicy politycy ówczesnej opozycji również używali określeń takich jak „zamach na konstytucję”, „zamach na sądy” czy „niszczenie demokracji”.
Towarzyszyły one sporom o Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, Sąd Najwyższy oraz niezależność wymiaru sprawiedliwości.
Istotna różnica polega na tym, że nie każde określenie „zamach na demokrację” jest równoznaczne z oskarżeniem o popełnienie przestępstwa zamachu stanu.
Pierwsze może być metaforą polityczną opisującą stopniowe osłabianie instytucji demokratycznych. Drugie, zwłaszcza w zawiadomieniu do prokuratury, oznacza zarzut dotyczący konkretnego czynu zabronionego.
Nie oznacza to, że metafory pozostają poza oceną. Również one mogą wyolbrzymiać zagrożenia lub przedstawiać złożone konflikty w sposób jednostronny.
Warto przy tym przypomnieć, że spory dotyczące polskiego wymiaru sprawiedliwości były przedmiotem orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Nie sprowadzały się więc wyłącznie do wzajemnych oskarżeń polityków.
Jeszcze inny przykład przyniósł lipiec 2025 roku, gdy Szymon Hołownia mówił o sugestiach dotyczących opóźnienia zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Posłużył się wówczas określeniem „zamach stanu”, wyjaśniając później, że użył go w znaczeniu politycznym, a nie prawnym.
To pokazuje, że problem znaczenia słów wykracza poza granice jednego ugrupowania.
Historia nie powtarza się dosłownie. Ale słowa mają swoją historię
Zabójstwo Gabriela Narutowicza w 1922 roku i zamach majowy w 1926 roku były różnymi wydarzeniami.
Pierwsze było politycznym morderstwem dokonanym przez nacjonalistycznego zamachowca. Drugie – wojskowym przewrotem przeprowadzonym przez Piłsudskiego przeciwko legalnym władzom.
Łączy je doświadczenie głębokiego konfliktu politycznego, w którym kwestionowano nie tylko decyzje przeciwników, ale również ich prawo do sprawowania władzy.
Nie oznacza to, że radykalny język był jedyną przyczyną tych wydarzeń. W 1926 roku znaczenie miały także kryzys gabinetowy, konflikt Piłsudskiego z elitami politycznymi, sytuacja gospodarcza oraz podziały w wojsku.
Nie ma również podstaw, by współczesną Polskę przedstawiać jako państwo znajdujące się w identycznej sytuacji jak II Rzeczpospolita przed przewrotem.
Historyczna analogia ma jednak sens, jeśli pozwala zrozumieć, dlaczego podważanie legalności przeciwnika jest czymś innym niż krytykowanie jego decyzji.
W demokracji można uważać rząd za nieudolny, krytykować prezydenta, żądać dymisji ministra, protestować przeciwko orzeczeniom sądów i kwestionować zgodność ustaw z konstytucją.
Można również zawiadomić prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Jednak publiczne oskarżenie o zamach stanu wymaga szczególnie starannego uzasadnienia.
Nie jest zwyczajnym synonimem bezprawia.
Kiedy każde wydarzenie staje się zamachem, trudniej rozpoznać prawdziwe zagrożenie
W stulecie zamachu majowego warto postawić pytanie o konsekwencje inflacji politycznego języka.
Jeżeli każda kontrowersyjna decyzja władzy zostaje nazwana dyktaturą, każde naruszenie procedury zamachem, a każdy przeciwnik zagrożeniem dla państwa, pojęcia te mogą stopniowo tracić zdolność rozróżniania sytuacji o zupełnie odmiennej wadze.
Nie oznacza to, że współczesne zagrożenia dla demokracji muszą przyjmować postać wojskowego przewrotu.
Demokratyczne instytucje można osłabiać również stopniowo, poprzez zmiany prawa, ograniczanie niezależności organów kontrolnych czy naruszanie praw obywatelskich. Takie procesy wymagają jednak osobnej analizy i dowodów.
Równie niebezpieczne poznawczo byłoby uznanie, że skoro w 1926 roku ginęli ludzie, to bez użycia wojska nie może dojść do poważnego kryzysu konstytucyjnego.
Historia i prawo wymagają precyzji.
Zamach majowy był faktem. Zginęło 379 osób.
Współczesne oskarżenia o zamach stanu stały się przedmiotem postępowania obejmującego sześć głównych wątków. Wszystkie zostały umorzone przez prokuraturę w 2026 roku, przy czym ogłoszone decyzje nie były wówczas prawomocne.
Nie rozstrzyga to wszystkich sporów o legalność działań państwa. Pokazuje jednak, że polityczne oskarżenie i ustalenie odpowiedzialności karnej to dwie różne rzeczy.
Sto lat po wydarzeniach, które doprowadziły do śmierci setek obywateli, warto pamiętać o tej różnicy.
Bo jeżeli słowo „zamach” ma oznaczać wszystko, może w końcu przestać wyjaśniać cokolwiek.
A demokracja potrzebuje nie tylko wolności wypowiedzi. Potrzebuje również języka, który pozwala obywatelom odróżniać fakty, podejrzenia, oceny i polityczne hasła.





