Czasem człowiek siada do papierów, patrzy na cyferki, ściska długopis i zastanawia się, czy świat na pewno jest tym samym miejscem, które opisywali nam w szkolnych podręcznikach. Bo jeśli pomoc społeczna ma w nazwie „pomoc”, to rozsądek podpowiada, że na końcu tej ścieżki powinien stać człowiek, który widzi więcej, czuje głębiej i rozumie ludzką biedę. Człowiek, który wie, że życie potrafi przewrócić się w ciągu jednej nocy.
A jednak zaglądamy do powiatowych oświadczeń majątkowych i widzimy coś zupełnie innego. Dysproporcję tak jaskrawą, że aż kole w oczy.
Dyrektorka PCPR – ok. 225 tys. zł rocznie.
Dyrektorka DPS – ok. 194 tys. zł rocznie.
Dyrektor dużej i dobrze ocenianej szkoły – ok. 118 tys. zł rocznie.
Jeszcze raz: osoba prowadząca jedną z najlepszych szkół w powiecie zarabia niemal o połowę mniej niż osoba kierująca placówką, w której mieszka kilkudziesięciu ludzi – często schorowanych, niepełnosprawnych, bez rodziny, bez oszczędności, żyjących często z renty 719 zł.
Coś tu nie gra. I nie jest to tylko jedna nuta, to cały fałszujący chór.
Biedni obsługują bogatych? Odwrotnie niż logika, ale zgodnie z powiatową tradycją
Domy Pomocy Społecznej czy PCPR to miejsca, gdzie trafiają ci, których system zostawił po drodze. Emerytury niskie jak rachunek z warzywniaka, renty ledwo starczające na leki… ludzie, którzy z definicji potrzebują wsparcia, a nie kolejnych drzwi zamykanych przed nosem.
A jednak mieliśmy przypadek, kiedy dyrektorka DPS próbowała usunąć pensariusza, którego samorząd kierował tam zgodnie z obowiązkiem ustawowym. Jakby człowiek był elementem meblowym – jak stolik albo taboret – który można wynieść na korytarz, bo „nie pasuje”.
I wtedy człowiek sobie myśli: jeśli empatia idzie w parze z takimi działaniami, to chyba ktoś pomylił kierunki. Tu nie chodzi o pomoc, tu chodzi o wygodę.
Dysproporcja, której nie da się przemilczeć
Nie zajmowalibyśmy się tym w ogóle, gdyby wynagrodzenia dyrektorskie mieściły się w granicach krajowych norm. Gdyby różnica wynosiła kilkanaście procent – trudno, rynek rządzi się swoimi prawami.
Ale gdy widzimy, że dyrektorki dwóch niewielkich jednostek powiatowych zarabiają o 80–100 procent więcej niż krajowa średnia, trudno przejść nad tym do porządku dziennego.
Bo średnio w Polsce kierownik DPS-u zarabia od 80 do 120 tys. zł rocznie.
W powiecie trzebnickim – dochodzimy do 225 tys. zł.
To nie jest różnica.
To jest przepaść.
I trudno ją wytłumaczyć czymkolwiek innym niż faktem, że te osoby należą do bardzo konkretnego kręgu zaufania starosty.
Bo kiedy przeglądamy listę zatrudnionych, wyłania się obraz, który bardziej przypomina rodzinne przedsiębiorstwo niż instytucję publiczną:
szwagier starosty – zatrudniony na dwa etaty,
wnuczka skarbniczki – zatrudniona do sprzątania,
syn skarbniczki – zatrudniony w DPS,
adwokat powiązany ze starostą – zatrudniony w PCPR,
a do tego wynajem mieszkania od skarbniczki – 5 tys. zł miesięcznie na pięć lat.
Jeżeli ktoś nazywa to „przypadkiem”, to najwyraźniej ogląda inny film niż reszta mieszkańców.
Bo wszystko wskazuje na to, że wysokie wynagrodzenia nie są wynikiem odpowiedzialności, tylko nagrodą za lojalność wobec starosty.
Nie za pracę.
Nie za jakość usług.
Nie za poprawę życia ludzi w potrzebie.
Za lojalność.
I właśnie dlatego musimy o tym pisać. Bo w samorządzie publicznym nie można tworzyć systemu, w którym „swój” znaczy „bogatszy”, a „biedny” znaczy „niewidzialny”.
Paradoks najwyższej próby: szkoła z wynikami – pół pensji; pomoc społeczna – dwie pensje
W jednej ręce trzymamy dokumenty z PZS Reymonta: szkoła z dobrymi wynikami, stabilną kadrą, wysoką zdawalnością i realnym wpływem na przyszłość młodych ludzi.
A w drugiej – oświadczenia z PCPR i DPS, gdzie dyrekcja zarabia znacznie więcej niż dyrektor szkoły, której nazwę znają niemal wszyscy rodzice w powiecie.
Czy to naprawdę w powiecie trzebnickim praca z młodzieżą jest tańsza, a lojalność polityczna – najdroższa?
Trudno to inaczej interpretować.
Brak kontroli – największa choroba powiatu
Wszystkie te patologiczne układanki mają jedną wspólną przyczynę: nikt tego nie kontroluje.
Komisja rewizyjna milczy.
Radni koalicji patrzą w sufit.
A w powiecie obowiązuje zasada:
kto jest z nami – ten dostaje więcej.
Kto pyta – ten wypada z układanki.
A przecież powiat nie jest własnością starosty.
To nie jest prywatna spółka, w której można rozdawać posady po znajomości.
To wspólnota mieszkańców.
I dlatego ten temat trzeba poruszyć. Nie dlatego, że cyferki są atrakcyjne.
Ale dlatego, że za każdą złotówką, która trafia do kieszeni dyrektorów „z klucza”, stoi wyjęta złotówka, której zabrakło ludziom w DPS:
na lepszą opiekę,
na rehabilitację,
na przystosowanie łazienek,
na godne warunki życia.
Ostateczne pytanie
Czy można traktować ludzi z ubóstwem na granicy przeżycia, gdy samemu zarabia się 200 tysięcy rocznie?
Czy można mówić o empatii, gdy próbuje się usuwać pensariusza, bo jest niewygodny?
Czy można mówić o transparentności, gdy zatrudnia się rodzinę i znajomych?
I najważniejsze:
Czy powiat trzebnicki naprawdę wierzy, że nikt nie zauważył tej patologicznej układanki?
Autor: Rafał Chwaliński
