Dwudziestodziewięcioprocentowa podwyżka za wywóz szamba od 2026 roku nie spadła z nieba. Nie wyskoczyła z krzaka. Nie jest też „winą inflacji”, jak lubią mówić ci, którzy inflacją tłumaczą wszystko – od droższych bułek po własną bezczynność. To efekt lat zaniechań, odkładania decyzji, braku odwagi i – co widać dziś jak na dłoni – braku elementarnej rozmowy z mieszkańcami.
Wystarczy zajrzeć w komentarze pod wpisem radnego Marka Mańczaka. Nie są to komentarze radykalne, nie są to wybuchy politycznej furii. To głosy ludzi, którzy zwyczajnie nie rozumieją zasad. Pytają: dlaczego? Na jakiej podstawie? Z czego wynika 29 procent? Czy ktoś to policzył, czy ktoś to zaplanował, czy ktoś w ogóle próbował wcześniej coś zrobić?
I tu dochodzimy do sedna.
Bo ten temat wraca jak bumerang. I za każdym razem wygląda tak samo: jeden radny, który od lat mówi o konieczności modernizacji oczyszczalni, o kanalizacji, o planowaniu inwestycji z wyprzedzeniem – i cała reszta, która reaguje alergicznie na słowo „projekt”, „strategia”, „konsekwencja”.
Radny Mańczak nie jest dziś krytykowany merytorycznie. On jest zagłuszany. Lekceważony. Na komisjach i sesjach zamiast dyskusji pojawiają się wycieczki osobiste, niewybredne epitety, próby „zakrzyczenia” tematu. To nie są anegdoty – to rzeczy, które widzieli i słyszeli inni radni, a także mieszkańcy oglądający transmisje.
Większość w radzie? Bierna. Ręce podnoszą się same. Inicjatywy? Torpedowane. Nawet wtedy, gdy nie chodzi o wydawanie pieniędzy, lecz o ich… przygotowanie. Przykład z ostatnich komisji mówi wiele: próba zabezpieczenia środków na projekty inwestycyjne – nie na budowę, nie na koparki, tylko na dokumentację – zostaje zablokowana. Bo po co projekty, skoro „nie ma czasu” i „nie zdążymy”.
Co gorsza, to nie jest publicystyczna figura. To są słowa, które padają w oficjalnych pismach urzędu. Gmina sama przyznaje, że nie startuje w konkursach o środki zewnętrzne, bo nie ma gotowych projektów. Nie dlatego, że pieniędzy nie ma. Nie dlatego, że konkursów nie ma. Tylko dlatego, że ktoś nie przygotował się na czas.
A potem przychodzi 2026 rok. I przychodzi rachunek. Dosłownie.
Modernizacja oczyszczalni i systemu kanalizacyjnego to koszt rzędu 20–30 milionów złotych. To są pieniądze, których nie da się wyjąć z kapelusza ani „przesunąć z rezerwy”. To inwestycja, która wymaga lat przygotowań, dokumentacji, rozmów, montażu finansowego, sięgania po fundusze zewnętrzne. To wymaga pracy. Cichej, nudnej, konsekwentnej pracy.
Ale łatwiej jest dziś podnieść ceny. Łatwiej przerzucić koszt na mieszkańców. Łatwiej powiedzieć: „wszędzie drogo”. I mieć nadzieję, że temat się rozmyje.
Tylko że się nie rozmywa.
Komentarze mieszkańców pokazują coś jeszcze: chaos informacyjny. Ludzie nie wiedzą, czym różni się „szambo” od „ścieków”, co płacą prywatnie, a co jest systemowe, za co odpowiada gmina, a za co rynek. Tego nikt im nie tłumaczył. Nie było rzetelnej kampanii informacyjnej. Nie było rozmowy. Był komunikat i podwyżka.
W tej historii najbardziej uderzające jest jedno: odwrócenie ról. To nie burmistrz jest rozliczany przez radę. To rada jest zarządzana przez burmistrza. Radni większości nie kontrolują władzy wykonawczej – oni ją chronią. A gdy ktoś próbuje wybić się z tego układu, zostaje uznany za problem, nie za sygnał ostrzegawczy.
29 procent to nie tylko liczba na rachunku. To miara zaniedbań. Cena za lata „później”, „nie teraz”, „nie ma czasu”.
Pytanie brzmi nie „czy dało się tego uniknąć”, bo odpowiedź jest oczywista. Pytanie brzmi: czy po tej podwyżce coś się zmieni. Czy nadal jedyną strategią będzie cisza, zagłuszanie i podnoszenie rąk. Czy ktoś wreszcie potraktuje mieszkańców jak dorosłych ludzi, którym należy się prawda – nawet jeśli jest niewygodna.
Bo demokracja, podobnie jak szambo, wymaga regularnego czyszczenia. Inaczej zaczyna wybijać. I wtedy smród czuć już wszędzie.
Autor: Rafał Chwaliński







