Na papierze wszystko wygląda poważnie: awaryjne źródła zasilania, procedury, UPS-y, przeglądy, kwalifikacje. Tyle że papier, jak wiadomo, prądu nie daje. Najnowsza analiza Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, że dolnośląskie szpitale objęte badaniem nie wypadły jednakowo. I o ile Świdnica może mówić o względnym spokoju, o tyle Wałbrzych ma powody do mocnego czerwienienia się, a Wrocław dostaje sygnał ostrzegawczy: system działa, ale nie wszystko zostało dopięte tak, jak powinno.
NIK objęła kontrolą 15 szpitali w pięciu województwach, po trzy w każdym regionie. Na Dolnym Śląsku były to: Szpital Specjalistyczny im. A. Falkiewicza we Wrocławiu, SP ZOZ w Świdnicy oraz Specjalistyczny Szpital im. Alfreda Sokołowskiego w Wałbrzychu.
Najmocniejszy wniosek z całego raportu dla naszego regionu jest jeden: Świdnica została przez NIK wskazana jako jeden z najlepiej przygotowanych szpitali w całej kontrolowanej piętnastce. Izba wprost napisała, że spośród wszystkich badanych placówek najmniejszą liczbę nieprawidłowości stwierdzono właśnie tam, obok szpitala w Koszalinie. To nie jest drobiazg. To praktycznie medal w kategorii, której nikt nie chciałby testować w praktyce, czyli: „co się stanie, gdy nagle zabraknie prądu”.
Ale nawet w Świdnicy nie było idealnie. Szpital miał agregat z autostartem, miał UPS, miał sprawne źródła rezerwowe, comiesięczne kontrolne uruchomienia agregatu i prawidłowo prowadzone paszporty techniczne urządzeń medycznych. Problem? Podczas rocznych przeglądów agregatu nie wykonano wszystkich czynności wymaganych przez producenta, a do tego nie opracowano instrukcji eksploatacji dla agregatu i UPS-a. Czyli mówiąc prościej: sprzęt był, działał, ludzie wiedzieli co robić, ale dokumentacyjnie i serwisowo pozostały dziury. Niby drobiazg, a właśnie na takich „drobiazgach” system lubi się potem wykładać.
Wrocław wypada pośrodku. Nie jest źle, ale nie jest też tak, by można było z ulgą odłożyć raport na półkę i powiedzieć: „temat zamknięty”. Szpital im. Falkiewicza miał agregat z funkcją autostartu, centralny UPS, terminowo realizowane przeglądy UPS i urządzeń medycznych, a także przypisane konkretne stanowiska odpowiedzialne za działania w razie utraty zasilania. To ważne, bo w kryzysie najgorszy bywa chaos, a nie sama awaria.
NIK wykazała jednak trzy konkretne słabości. Po pierwsze, podczas rocznych przeglądów agregatu nie wykonano wszystkich czynności wymaganych przez producenta. Po drugie, procedura na wypadek utraty zasilania nie była aktualizowana, a jeden z numerów telefonu do całodobowo dyżurującego elektryka był już nieaktywny. I to brzmi jak detal, dopóki nie wyobrazimy sobie nocy, oddziału i sytuacji, w której ktoś dzwoni po pomoc pod numer, który milczy. Po trzecie, w czterech przypadkach nie udokumentowano comiesięcznego próbnego uruchomienia agregatu bez obciążenia. Czyli znowu: system jest, ale dokumentacyjna i proceduralna dyscyplina nie domaga.
Najbardziej niepokojąco wygląda Wałbrzych. I tu już nie ma mowy o kosmetyce. NIK wskazała, że szpital miał trzy agregaty, ale tylko dwa z nich posiadały funkcję autostartu. Ten podstawowy, przy ul. Batorego, nie miał wymaganej przepisami funkcji autostartu. To jedna z dwóch takich sytuacji stwierdzonych w całym kraju. A w przypadku szpitala nie chodzi przecież o to, czy agregat „da się uruchomić”, tylko jak szybko i automatycznie przejmie zasilanie wtedy, gdy liczą się sekundy.
To nie koniec. W Wałbrzychu NIK stwierdziła także, że nie przeprowadzono w latach 2023–2024 przeglądu agregatu obsługującego kotłownię przy ul. Batorego, przeglądy serwisowe były realizowane z naruszeniem instrukcji, nieterminowo przeprowadzono przeglądy ośmiu z 12 urządzeń zapewniających bezprzerwowe zasilanie, a także 14 z 25 zbadanych urządzeń medycznych z własnym podtrzymaniem zasilania. Do tego dochodziło nierzetelne prowadzenie książek serwisowych agregatów i paszportów technicznych aparatury, brak instrukcji eksploatacji dla agregatów i UPS-ów oraz problem z kwalifikacjami części personelu: zakres uprawnień trzech elektryków nie obejmował zespołów prądotwórczych o mocy powyżej 50 kW. To już nie jest jeden błąd. To jest cały łańcuch zaniechań.
Mocny jest też szerszy kontekst. NIK przypomina, że zgodnie z przepisami szpital musi mieć agregat z autostartem zapewniający co najmniej 30 proc. potrzeb mocy szczytowej oraz urządzenia zapewniające bezprzerwowe podtrzymanie zasilania, czyli najczęściej UPS. Chodzi nie tylko o światło w korytarzu czy działający komputer w administracji, ale o aparaturę, blok operacyjny, oddział intensywnej terapii i sprzęt, od którego zależy życie pacjentów.
I właśnie dlatego z tego raportu płynie dość brutalna prawda. Na Dolnym Śląsku nie mamy jednego obrazu bezpieczeństwa energetycznego szpitali. Mamy trzy różne historie. Świdnica pokazuje, że można być dobrze przygotowanym, choć nadal nie bezbłędnym. Wrocław pokazuje, że sprawność techniczna to za mało, jeśli kuleje aktualność procedur i dokumentacja. Wałbrzych natomiast pokazuje, że problemy zaczynają się tam, gdzie niedociągnięcia przestają być pojedyncze i składają się w systemową słabość.
W języku urzędowym wszystkie trzy szpitale dostały ocenę „w formie opisowej”. W języku zwykłego człowieka brzmi to mniej elegancko: Świdnica zdała najlepiej, Wrocław dostał ostrzeżenie, a Wałbrzych powinien potraktować raport jak alarm, nie jak papier do segregatora. Bo prąd w szpitalu to nie luksus. To warunek, by medycyna w ogóle mogła działać.
Źródło:
Raport Najwyższej Izby Kontroli „Zapewnienie ciągłości świadczenia usług medycznych w placówkach ochrony zdrowia na wypadek braku zasilania w energię elektryczną ze źródeł zewnętrznych”, luty 2026.
Infografika z NIK


