Jak dochodzi do sytuacji, w której gmina próbuje ratować milionową promesę, a w dokumentach pojawia się podpis pod fikcyjnym finałem inwestycji? I jak to możliwe, że to sam burmistrz – dziś z zarzutami – miał zgłosić nieprawidłowości organom ścigania
Czy w Mielnie zawiodły procedury, czy ludzie?
Sprawa wygląda jak podręcznikowy przykład tego, jak napięcie między kalendarzem inwestycyjnym a kalendarzem politycznym potrafi wywołać lawinę zdarzeń.
Prokuratura Rejonowa w Koszalinie przedstawiła burmistrzowi Mielna Adamowi Czyczowi zarzuty poświadczenia nieprawdy oraz przekroczenia uprawnień, związane z próbą uzyskania ponad 3,6 mln zł promesy z Polskiego Ładu.
Według prok. Ewy Dziadczyk:
„W dokumentacji potwierdzono zakończenie robót, które w rzeczywistości nie były wykonane.”
(źródło: PAP)
Jednocześnie inwestycja — przebudowa budynku przy ul. Bolesława Chrobrego wraz z parkingiem na potrzeby Centrum Kultury — przeciągała się od 2022 roku, a wygasająca promesa wymagała jednego: finału na papierze. Nie w terenie.
Dlaczego inwestycja utknęła?
Przetarg wygrało w 2022 roku kołobrzeskie konsorcjum, które zobowiązało się wykonać prace za nieco ponad 6,2 mln zł w ciągu 20 miesięcy.
Rzeczywistość skrzypiała jednak na łączeniach: opóźnienia, wydłużające się roboty, formalne przesunięcia. Promesa topniała jak śnieg w styczniu.
A gdy w lipcu i sierpniu 2024 r. pojawił się pomysł, by w dokumentacji „dogonić” rzeczywistość, zdaniem prokuratury — przekroczono granicę prawa.
W sprawie zarzuty usłyszały też cztery inne osoby:
– przedstawiciele konsorcjum,
– kierownik budowy,
– były główny specjalista ds. komunalnych w urzędzie.
Wszyscy zaprzeczają. Wszyscy chcą wglądu do akt.
A jednak to burmistrz zgłosił sprawę. Przypadek? Narracja obronna?
Tu sytuacja robi się ciekawa. Adam Czycz, pytany przez PAP, stwierdził:
„Śledztwo prowadzone jest z mojego zawiadomienia.”
To rzadki przypadek: podejrzany, który sam otwiera drzwi prokuraturze. Nie odniósł się jednak do meritum zarzutów:
„Postępowanie trwa, na tym etapie nie chcę niczego komentować.”
W tle pobrzmiewa istotny kontekst. Inwestycja startowała w poprzedniej kadencji, za burmistrz Olgi Roszak-Pezały. Można więc spodziewać się sporu o to, kto odziedziczył bałagan, a kto miał szansę go posprzątać.
Co stało się z pieniędzmi z Polskiego Ładu?
Tu sprawa jest klarowna:
Gmina zwróciła całą kwotę — „co do złotówki”.
Dotacja przepadła, ale inwestycja została dokończona ze środków własnych i zakończyła się dopiero na przełomie listopada i grudnia 2025 roku.
To jeden z najbardziej gorzkich finałów, jakie może spotkać samorząd: projekt — mimo turbulencji — powstaje, ale bez wsparcia, o które walczono. Zostaje refleksja: czy presja czasu popchnęła urzędników zbyt daleko?
Czy sprawa w Mielnie to wyjątek, czy szerszy problem?
To pytanie ważne również dla Dolnego Śląska — i nie tylko.
Rządowe promesy, ich wygasanie, realne terminy i tempo robót wykonawców często tworzą mieszankę, w której administracja balansuje między procedurą a desperacją.
Sprawa Mielna pokazuje to, czego nie widać na konferencjach prasowych: ogromne ryzyko, jakie bierze na siebie samorząd, gdy projekt finansowany z dużych programów zaczyna się spóźniać. A także, jak łatwo dojść może do sporu, kto naprawdę odpowiada za podpisy, harmonogram i presję.
Co dalej?
Śledztwo trwa. Burmistrz i wykonawcy zapowiadają zapoznanie się z aktami.
Inwestycja — choć opóźniona i pozbawiona wsparcia — stoi ukończona.
Ale pytanie zawisa w powietrzu:
Czy w Mielnie zawinił kalendarz, chaos w dokumentacji, czy ludzie, którzy chcieli „ratować”, a ostatecznie popadli w konflikt z prawem?







