Największa polska giełda kryptowalut – Zondacrypto (dawniej BitBay) – od kilku dni jest w centrum największej afery w branży od lat. Użytkownicy masowo zgłaszają opóźnienia w wypłatach (nawet kilkudniowe lub wielotygodniowe), a analiza on-chain firmy Recoveris (opublikowana przez money.pl i Wirtualną Polskę) pokazuje dramatyczny spadek rezerw bitcoina w hot walletach giełdy – o 99,7 proc. w ciągu niecałych dwóch lat. Zamiast dziesiątek BTC zostało zaledwie 0,086 BTC (ok. 21 tys. zł) na początku kwietnia 2026. W tym samym czasie z platformy wypłynęło ponad 76 mln zł na zewnętrzne adresy innej giełdy. Kluby sportowe sponsorowane przez Zondę (m.in. Lechia Gdańsk) od miesięcy nie dostają należnych pieniędzy.
Prezes Przemysław Kral uspokaja: „To tylko przejściowe problemy techniczne. Wypłaty realizujemy manualnie, środki klientów są bezpieczne na cold walletach, giełda jest wypłacalna i nikt nas nie zniszczy”. Oficjalne stanowisko firmy brzmi podobnie – atak medialny, a nie realny kryzys płynności.
Brzmi znajomo? Dla branży krypto to klasyczny scenariusz „FTX 2.0 lite”, tyle że w polskiej wersji. Ale najciekawsze jest nie to, co się dzieje na giełdzie – tylko kto teraz najgłośniej „podnosi głowę” i kogo media oraz politycy obwiniają.
Ustawa, której nie ma – i dlaczego to ma znaczenie
Od stycznia 2026 r. w całej Unii obowiązuje rozporządzenie MiCA (Markets in Crypto-Assets). Polska jako jedyny kraj UE do tej pory nie wdrożyła go w pełni krajową ustawą o rynku kryptoaktywów. Projekt rządowy (KO + Lewica + Trzecia Droga) był ostrzejszy od unijnego minimum: wyższe wymogi kapitałowe, roczna opłata 0,4 proc. przychodów, nadzór KNF, możliwość blokowania stron bez sądu. Branża nazywała to „gold-platingiem” i „kagańcem na polski rynek”.
Prezydent Karol Nawrocki wetował ustawę dwukrotnie (grudzień 2025 i luty 2026), argumentując nadmierną regulacją, zagrożeniem dla wolności gospodarczej i konkurencyjności. Sejm nie odrzucił weta. Efekt? Do 1 lipca 2026 r. zagraniczne giełdy (w tym Zondacrypto z licencją estońską) mogą działać w Polsce na starych zasadach – bez polskiego nadzoru KNF.
Bohaterowie weta – i ich rola w aferze
Oto nazwiska tych, którzy najgłośniej krytykowali ustawę jako „destrukcyjną” i „zabójczą dla rynku”, a teraz albo milczą, albo aktywnie bronią się i obwiniają rząd:
- Przemysław Kral (prezes Zondacrypto) Największy krytyk. W lipcu 2025 w TV Republika mówił wprost: „Ustawa, która jest proponowana, jest kagańcem, całkowitym zakazem rozwoju tego rynku”. Lobbował u prezydenta, sponsorował wydarzenia prawicy (w tym CPAC). Po wecie gratulował. Dziś, gdy jego giełda ma problemy, mówi: „To atak, problemy techniczne, rezerwy są pełne”. Nie przyznaje, że brak polskiej licencji i nadzoru KNF mógł ułatwić obecny chaos.
- Karol Nawrocki (prezydent RP) Dwukrotnie wetował ustawę, broniąc „wolności Polaków i ich majątku”. Teraz rząd (minister finansów Andrzej Domański, MSWiA Marcin Kierwiński i inni) atakuje go wprost: „To przez Twoje weto klienci tracą pieniądze – brak ochrony państwa”. Prezydent i jego otoczenie milczą lub wskazują, że ustawa i tak by nie pomogła estońskiej spółce.
- Sławomir Mentzen (Konfederacja) Apelował do Nawrockiego o weto, bił brawo za decyzję. Wczoraj (7 kwietnia 2026) napisał długi post: „Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi KNF oraz rząd Donalda Tuska. Przyjęcie ich ustawy nic by nie zmieniło w sprawie Zondy – bo jest zarejestrowana w Estonii”. Dodaje, że rząd był „leniwy” i nie zdążył z ustawą wcześniej. Klasyczne „to nie my, to oni”.
- Janusz Kowalski i inni posłowie PiS/Konfederacji Krytykowali „absurdalne” przepisy i nadregulację. Dziś część z nich powtarza narrację Mentzena: „Ustawa nic by nie dała”.
Rząd i KO z radością używają afery jako pałki: „Ostrzegaliśmy – przez weto Nawrockiego i prawicy Polacy zostali bez ochrony”.
Prawda w środku
Zondacrypto od lat działała pod estońską licencją VASP – właśnie dlatego, że polska regulacja była (i jest) niejasna. Kral sam przyznawał, że KNF „wyrzucił” ich do Estonii. Ustawa z wetem czy bez – nie zmieniłaby retroaktywnie sytuacji jednej konkretnej firmy. Ale cały polski rynek od lat funkcjonuje w szarej strefie – bez realnego nadzoru, z możliwością „passportingu” licencji z Estonii czy Malty.
Branża (w tym Zonda) przez lata lobbowała za słabszą regulacją. Teraz, gdy jeden z jej największych graczy ma problemy, ci sami ludzie mówią: „To wina rządu, że nie było nadzoru”. Klasyczna hipokryzja: wolność gospodarcza, dopóki nie tracą zwykli Kowalscy.
Co dalej?
Na razie nie ma potwierdzonej upadłości. Giełda obiecuje, że wypłaty ruszą „w ciągu 5-6 dni”. Ale czerwone flagi są ewidentne: spadek rezerw + opóźnienia + brak transparentnego Proof-of-Reserves + problemy sponsorów.
Dla użytkowników lekcja jest stara jak świat krypto: not your keys, not your coins. Self-custody (portfele sprzętowe) to jedyna prawdziwa ochrona.
A dla polityki? Afera idealnie pokazuje, jak wygląda „obrona wolności” w wydaniu prawicy i jak wygląda „ochrona konsumenta” w wydaniu Tuska. Obie strony mają rację… i obie mają krew na rękach.




