Najpierw były hasła o „ukrainizacji Polski”, Ukraińcach żyjących kosztem Polaków i rzekomym odbieraniu obywatelom świadczeń, mieszkań oraz bezpieczeństwa. Dziś przybywa zawiadomień o przestępstwach z nienawiści, a dzieci słyszą w autobusach, że mają „wracać na Ukrainę”. Nie można dowieść, że konkretna wypowiedź polityka spowodowała konkretną napaść. Nie można jednak również udawać, że słowa powtarzane przez osoby publiczne nie mają społecznych konsekwencji.
W autobusie miejskim w Bielsku-Białej dorosły mężczyzna zaatakował słownie dziewczynki pochodzące z Ukrainy. Wyzywał je, przekonywał, że żyją na koszt Polaków, i domagał się, aby opuściły kraj. Jedna z dziewczynek nagrała zdarzenie telefonem.
Sprawcą okazał się pracownik miejskiej spółki komunikacyjnej, który w chwili zdarzenia był pasażerem. Został zatrzymany przez policję. Sprawa jest badana między innymi pod kątem publicznego znieważenia z powodu przynależności narodowej. Kierowca prowadzący autobus stanął w obronie dzieci i wyprosił agresora z pojazdu.
To nie był parlamentarny spór o politykę migracyjną, zakres pomocy społecznej ani relacje polsko-ukraińskie. Naprzeciwko dorosłego mężczyzny nie stali ukraińscy ministrowie, dowódcy UPA ani urzędnicy odpowiedzialni za politykę historyczną. Stały dzieci.
A jednak usłyszały niemal dokładnie to, co od miesięcy powtarzane jest w mediach społecznościowych: że Ukraińcy są utrzymywani przez Polaków, że otrzymują coś kosztem polskich obywateli i że powinni opuścić kraj.
Nie wiadomo, jakimi treściami kierował się sprawca. Nie można przypisać jego zachowania konkretnemu politykowi albo partii. Można jednak zapytać, skąd w przestrzeni publicznej wziął się język, którym dorosły człowiek postanowił zaatakować dzieci.
Zawiadomień wyraźnie przybywa
W pierwszym półroczu 2026 roku obywatele Ukrainy przebywający w Polsce złożyli 180 zawiadomień dotyczących podejrzenia popełnienia przestępstw z nienawiści. W całym 2024 roku było ich 267, a w 2025 roku – 275.
Porównanie pierwszych sześciu miesięcy pokazuje wzrost przekraczający 30 procent. Gdyby tempo z pierwszego półrocza utrzymało się do grudnia, liczba zawiadomień mogłaby sięgnąć około 360. Byłby to wynik zdecydowanie wyższy niż w dwóch poprzednich latach.
Trzeba przy tym bardzo dokładnie wyjaśnić, co oznaczają te liczby. Są to zawiadomienia, a nie prawomocnie stwierdzone przestępstwa. Każdy przypadek wymaga zbadania przez policję i prokuraturę. Nie wszystkie zgłoszenia muszą zakończyć się postawieniem zarzutów, wniesieniem aktu oskarżenia i skazaniem sprawcy.
Statystyka nie obejmuje również wszystkich rzeczywistych zdarzeń. Część ofiar nie zgłasza gróźb, wyzwisk i napaści z obawy przed policją, utratą pracy, problemami administracyjnymi albo dalszym prześladowaniem. Rzecznik praw obywatelskich zwracał ponadto uwagę na problemy z pełnym i systematycznym publikowaniem danych dotyczących przestępstw motywowanych uprzedzeniami.
Nie można zatem powiedzieć, że w pierwszym półroczu popełniono dokładnie 180 przestępstw antyukraińskich. Można powiedzieć, że liczba obywateli Ukrainy zgłaszających takie zdarzenia wyraźnie wzrosła. To już jest sygnał, którego odpowiedzialne państwo nie powinno lekceważyć.
ilustracja do artykułu nienawiść na ulicach polski
Ogólne statystyki również pokazują wzrost
Od stycznia do końca lipca 2025 roku policja stwierdziła w Polsce 543 przestępstwa motywowane uprzedzeniami. W analogicznym okresie 2024 roku było ich 384. Oznaczało to wzrost o 41 procent. Dane obejmują jednak wszystkie grupy i motywy chronione, a nie wyłącznie przestępstwa popełniane przeciwko Ukraińcom.
Tego rozróżnienia nie wolno zacierać. Liczby 543 nie można przedstawiać jako liczby ataków antyukraińskich. Jest ona natomiast dowodem na szersze zjawisko: uprzedzenia narodowościowe, etniczne, rasowe i wyznaniowe coraz częściej przekraczają granicę między opinią a czynem ściganym przez prawo.
OSCE wskazywała, że wśród rasistowskich i ksenofobicznych zdarzeń zgłaszanych w Polsce znajdowały się przypadki wymierzone szczególnie w osoby ukraińskie, rosyjskojęzyczne oraz migrantów. Organizacja zaznacza jednocześnie, że dane oparte na dobrowolnych zgłoszeniach mogą nie odzwierciedlać pełnej skali zjawiska.
To nie są wyłącznie internetowe wyzwiska
W Przasnyszu prokuratura prowadzi postępowanie dotyczące zastosowania przemocy i pobicia dwóch obywateli Ukrainy właśnie z powodu ich przynależności narodowej. W tym przypadku motyw nie jest jedynie publicystycznym przypuszczeniem – znalazł się w oficjalnym opisie śledztwa.
W Radomiu obywatel Ukrainy został ciężko pobity przez grupę osób. Prokuratura zakwalifikowała czyn między innymi z art. 119 Kodeksu karnego, dotyczącym stosowania przemocy wobec osoby lub grupy z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej albo wyznaniowej. Pokrzywdzony doznał obrażeń stanowiących chorobę realnie zagrażającą życiu. Jeden z podejrzanych przyznał się do zarzucanego czynu.
Warszawscy policjanci informowali także o zatrzymaniu mężczyzn podejrzanych o pobicie, znieważenie i kierowanie gróźb wobec obywateli Ukrainy ze względu na ich narodowość.
Każde z tych zdarzeń ma własny przebieg, własnych sprawców i odrębny materiał dowodowy. Nie należy sklejać ich w jedną opowieść, w której każdy konflikt z obywatelem Ukrainy automatycznie staje się przestępstwem z nienawiści.
Jednocześnie nie można ignorować powtarzającego się elementu: narodowość ofiary przestaje być neutralną informacją, a staje się uzasadnieniem agresji.
Nastroje społeczne zmieniły się radykalnie
Jeszcze po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji w 2022 roku zdecydowana większość Polaków popierała przyjmowanie uchodźców. Z czasem solidarność zaczęła słabnąć. Wpływały na to zmęczenie wojną, rosnące koszty życia, problemy mieszkaniowe, spory dotyczące świadczeń, importu produktów rolnych i polityki historycznej Ukrainy.
Zmiana jest jednak znacznie głębsza niż samo ograniczenie gotowości do finansowania pomocy.
Według badania CBOS opublikowanego w lutym 2026 roku sympatię wobec Ukraińców deklarowało 29 procent respondentów, natomiast niechęć – 43 procent. CBOS podkreślił, że nastawienie Polaków do Ukraińców pogarsza się trzeci rok z rzędu.
Dla porównania w badaniu z 2025 roku sympatię deklarowało 30 procent ankietowanych, a niechęć 38 procent. Rok wcześniej sympatia wynosiła 40 procent, a niechęć 30 procent.
Nie każda osoba krytycznie nastawiona do przyjmowania uchodźców jest ksenofobem. Nie każdy przeciwnik kolejnych świadczeń dla obywateli Ukrainy żywi do nich nienawiść. Można sprzeciwiać się określonej polityce państwa, domagać się kontroli wydatków i wymagać równych zasad bez obrażania ludzi ze względu na ich pochodzenie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy debata o świadczeniach zamienia się w opowieść o narodowości pasożytującej na Polsce, a odpowiedzialność za pojedyncze przestępstwa przenoszona jest na miliony ludzi.
Internet stworzył masową linię produkcyjną niechęci
Od kwietnia do lipca 2025 roku Demagog i Instytut Monitorowania Mediów wykryły w polskojęzycznym internecie ponad 94 tysiące wpisów atakujących Ukrainę lub obrażających jej obywateli.
W kolejnych czterech miesiącach – od sierpnia do listopada 2025 roku – liczba negatywnych i obraźliwych publikacji wzrosła do 185 766. Był to wzrost o niemal 98 procent względem poprzedniego badanego okresu. Analiza obejmowała portal X, Facebook, Instagram i YouTube.
W 2024 roku odnotowano natomiast niemal 327 tysięcy negatywnych polskojęzycznych wpisów i komentarzy. Wśród kont rozpowszechniających antyukraińskie przekazy raporty wymieniały również profile polityków i ugrupowań prawicowych, w tym Grzegorza Brauna i Konfederację Korony Polskiej.
Nie każda krytyczna publikacja o Ukrainie jest propagandą. Nie jest nią także informowanie o przestępstwach popełnianych przez obywateli Ukrainy, błędach ukraińskich władz, kulcie UPA czy sporach gospodarczych.
Propaganda zaczyna się tam, gdzie fakty są wybierane i łączone w taki sposób, aby stworzyć obraz całej grupy jako zagrożenia. Pijany kierowca z Ukrainy przestaje być wówczas pijanym kierowcą, a staje się dowodem na rzekomą naturę Ukraińców. Przestępstwo popełnione przez Polaka pozostaje natomiast przestępstwem konkretnego człowieka.
Ta asymetria jest jednym z podstawowych narzędzi budowania odpowiedzialności zbiorowej.
Wołyń jest prawdą historyczną, nie pozwoleniem na nienawiść
Nie da się uczciwie analizować stosunków polsko-ukraińskich bez zbrodni wołyńskiej, działalności OUN i UPA, sporów o ekshumacje oraz obecności kultu Stepana Bandery w części ukraińskiej polityki pamięci.
Polacy mają prawo domagać się prawdy, godnego pochówku ofiar, udostępnienia miejsc zbrodni i jednoznacznego potępienia ludobójstwa. Krytykowanie władz Ukrainy za opóźnienia, uniki i nieakceptowalne decyzje symboliczne nie jest mową nienawiści.
Ale dziewczynka jadąca autobusem w Bielsku-Białej nie odpowiada za Stepana Banderę.
Ukraińska pracownica nie jest przedstawicielką UPA. Robotnik budowlany, kasjerka, pielęgniarka czy uczeń nie reprezentują automatycznie rządu w Kijowie. Żaden współczesny obywatel nie dziedziczy osobistej odpowiedzialności karnej za zbrodnie popełnione kilkadziesiąt lat przed jego narodzinami.
Historia wymaga pamięci. Nienawiść wykorzystuje historię jako alibi.
Polityk nie musi wydawać rozkazu
Nie ma dowodu, że konkretna wypowiedź Grzegorza Brauna, polityka Konfederacji, PiS albo innego ugrupowania spowodowała konkretny atak. Takiej zależności najczęściej nie da się ustalić.
Odpowiedzialność za napaść ponosi przede wszystkim sprawca. To on podejmuje decyzję, aby obrazić, uderzyć, grozić albo zniszczyć cudzą własność.
Nie oznacza to jednak, że politycy są zwolnieni z odpowiedzialności za atmosferę, którą współtworzą.
Badania nad komunikacją polityczną opisują tak zwany efekt ośmielenia. Eksperymenty wykazały, że zapalny, uprzedzeniowy język używany przez przedstawicieli elit może skłaniać osoby już wcześniej uprzedzone do uznawania dyskryminujących zachowań za bardziej społecznie dopuszczalne. Efekt jest szczególnie silny, kiedy inni politycy nie potępiają takich wypowiedzi albo sami zaczynają je powtarzać.
Polityk nie musi powiedzieć: „zaatakujcie Ukraińców”. Wystarczy, że przez wiele miesięcy będzie przedstawiał ich jako ludzi zabierających Polakom pieniądze, bezpieczeństwo, pracę, mieszkania i państwo.
Większość odbiorców pozostanie na poziomie politycznej opinii. Niektórzy zaczną pisać obraźliwe komentarze. Jeszcze inni uznają, że mają prawo publicznie przepytywać przypadkowych Ukraińców, obrażać ich w komunikacji miejskiej albo „wymierzać sprawiedliwość”.
Słowo samo nie uderza. Może jednak obniżyć próg, po którego przekroczeniu ktoś uzna uderzenie za dopuszczalne.
Prawica nie stworzyła wszystkich problemów
Byłoby uproszczeniem twierdzić, że cała niechęć wobec Ukraińców została wyprodukowana przez prawicowych polityków.
Źródła napięć są rzeczywiste. Należą do nich wysokie koszty utrzymania, kryzys mieszkaniowy, rywalizacja na części rynku pracy, różnice kulturowe, przestępczość, spory o świadczenia, transport, rolnictwo i politykę pamięci.
Wśród obywateli Ukrainy – podobnie jak w każdej wielomilionowej społeczności – są ludzie uczciwi i przestępcy, pracujący i unikający pracy, dobrze integrujący się i odrzucający integrację. Opisywanie rzeczywistych problemów nie jest ksenofobią.
Odpowiedzialna polityka polega jednak na rozwiązywaniu problemów: sprawdzaniu prawa do świadczeń, egzekwowaniu obowiązków, ściganiu przestępców i prowadzeniu twardych rozmów z władzami Ukrainy.
Polityka nienawiści robi coś odwrotnego. Zamiast rozwiązywać problem, potrzebuje go podtrzymywać, ponieważ problem przynosi głosy. Nie wskazuje niesprawnego przepisu, lecz narodowość. Nie szuka sprawcy, lecz zbiorowego wroga.
Kto korzysta na polsko-ukraińskim konflikcie?
NASK wskazuje, że jednym z celów zewnętrznych operacji informacyjnych jest stymulowanie nastrojów antyukraińskich, pogłębianie polaryzacji w Polsce, podważanie zaufania do instytucji oraz osłabianie poparcia dla Ukrainy.
Nie oznacza to, że każda osoba krytykująca Ukrainę jest rosyjskim agentem. Takie oskarżenie byłoby absurdalne i służyłoby jedynie uciszaniu uzasadnionej debaty.
Oznacza natomiast, że rosyjska propaganda nie musi wszystkiego wymyślać. Może wykorzystywać prawdziwe konflikty, historyczne rany i pojedyncze przestępstwa, a następnie wzmacniać najbardziej radykalne przekazy pojawiające się w polskiej polityce.
Najskuteczniejsza dezinformacja nie jest całkowitym kłamstwem. Jest prawdziwym faktem pozbawionym proporcji, kontekstu i ograniczeń.
Granica została przesunięta
Nie ma jednej daty, od której zaczęła się nienawiść wobec Ukraińców. Nie ma również jednego polityka, któremu można przypisać całą odpowiedzialność.
Widać jednak proces.
Najpierw z Ukraińca zbudowano figurę politycznego wroga. Później zaczęto przedstawiać go jako konkurenta, pasożyta, potencjalnego przestępcę i spadkobiercę UPA. Następnie ten język przeniknął z politycznych wystąpień i mediów społecznościowych do codziennych rozmów.
Dziś słyszą go dzieci w autobusach.
Politycy mogą powiedzieć, że nikogo nie nawoływali do przemocy. Formalnie mogą mieć rację. Tylko że odpowiedzialność za język nie zaczyna się dopiero od wydania rozkazu pobicia człowieka.
Zaczyna się w chwili, gdy dla zdobycia kilku punktów procentowych poparcia świadomie odbiera się całej grupie prawo do indywidualnej oceny.
Można rozliczać Wołyń, kontrolować świadczenia, deportować przestępców i krytykować rząd Ukrainy. Nie trzeba przy tym upokarzać dzieci, robotników, kobiet ani uchodźców.
Kiedy polityk przez miesiące sieje przekonanie, że określona narodowość jest problemem, nie powinien udawać zdziwienia, gdy ktoś postanowi ten „problem” rozwiązać na ulicy.
Nienawiść rzadko zaczyna się od uderzenia. Najpierw ktoś musi wskazać człowieka, którego wolno uderzyć.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


