1 sierpnia oddajemy hołd ludziom, którzy walczyli, ratowali rannych, gasili pożary i umierali pod gruzami Warszawy. Pamięć o ich odwadze nie może jednak oznaczać amnestii dla politycznej i wojskowej decyzji, która bez realnych gwarancji zwycięstwa wystawiła mieszkańców oraz całe miasto na zagładę.
Minuta ciszy nie może oznaczać milczenia
O godzinie 17.00 Warszawa ponownie zatrzymała się przy dźwięku syren. W 82. rocznicę wybuchu powstania odbywają się uroczystości, marsze, koncerty i apele pamięci. Powtarzamy dobrze znane słowa o heroizmie, umiłowaniu wolności i największej operacji zbrojnej podziemia w okupowanej Europie.
To wszystko jest prawdą. Tyle że nie jest to prawda pełna.
Minuta ciszy należy się powstańcom i ludności cywilnej. Nie powinna jednak zamykać debaty o odpowiedzialności tych, którzy wydali rozkaz. Szacunek dla ludzi nie wymaga bezwarunkowego podziwu dla strategii. Bohaterstwo żołnierza nie dowodzi jeszcze mądrości dowódcy.
Polska pamięć historyczna zbyt często łączy te dwie rzeczy w jeden nienaruszalny pomnik. Kto pyta o sens decyzji, bywa oskarżany o odbieranie czci poległym. To intelektualny szantaż. Można pochylić głowę przed młodymi ludźmi idącymi do walki i jednocześnie uznać, że zostali postawieni w sytuacji, w której ich odwaga miała zastąpić broń, przewagę militarną, uzgodnioną pomoc sojuszników oraz realistyczny plan polityczny.
Polityczny cel, militarny hazard
Powstanie nie było wyłącznie spontanicznym buntem mieszkańców przeciwko niemieckiej okupacji. Stanowiło część akcji „Burza”, której politycznym założeniem było wystąpienie wobec wkraczającej Armii Czerwonej w roli gospodarza: wyzwolić stolicę przed Sowietami, ujawnić legalne polskie władze i w ten sposób bronić suwerenności państwa.
Problem polegał na tym, że wcześniejsze doświadczenia nie pozostawiały wielu złudzeń. Po wspólnych walkach z Niemcami na Wileńszczyźnie i we Lwowie Sowieci rozbrajali oddziały Armii Krajowej, aresztowali dowódców oraz wywozili żołnierzy. Kierownictwo podziemia znało ten mechanizm jeszcze przed 1 sierpnia.

Co więcej, pierwotne założenia „Burzy” nie przewidywały prowadzenia walk w dużych miastach właśnie ze względu na ryzyko masowych ofiar i zniszczeń. Warszawa początkowo była wyłączona z planu z powodu silnego garnizonu niemieckiego. Ostatecznie polityczna potrzeba zamanifestowania polskiej suwerenności okazała się ważniejsza niż wcześniejsze zastrzeżenia militarne.
To był dramatyczny wybór dokonywany pod presją czasu, okupacyjnego terroru i nadciągającego frontu. Trudność położenia nie odbiera jednak prawa do oceny decyzji. Przeciwnie: im większe ryzyko ponoszą cywile, tym większej rozwagi należy wymagać od osób sprawujących dowództwo.
Warszawiacy nie uczestniczyli w naradach sztabowych. Nie decydowali o rachunku politycznym. Nie otrzymali możliwości wyrażenia zgody na to, aby ich domy, rodziny i całe dzielnice stały się elementem desperackiej rozgrywki między Berlinem, Moskwą, Londynem i polskim podziemiem. To inni postanowili, że miasto zapłaci za próbę postawienia Stalina przed politycznym faktem dokonanym.
Rachunek wystawiony mieszkańcom
Powstanie planowane jako krótkotrwałe wystąpienie trwało 63 dni. Zginęło około 16–18 tysięcy jego uczestników oraz – według różnych szacunków – od 150 do 180 tysięcy osób cywilnych. Setki tysięcy mieszkańców wypędzono, skierowano do obozów, na roboty przymusowe albo rozproszono po okupowanym kraju.
Po kapitulacji Niemcy systematycznie palili i wysadzali kolejne budynki. Lewobrzeżna Warszawa stała się rumowiskiem, a miasto utraciło znaczną część swoich mieszkańców, zabudowy, archiwów, bibliotek, dzieł sztuki i materialnej pamięci kilku pokoleń.
Odpowiedzialność za masowe egzekucje, rzeź ludności i planowe burzenie stolicy ponoszą oczywiście Niemcy. Stalin cynicznie wykorzystał zagładę polskiego podziemia i politycznie skorzystał na jego wykrwawieniu. Nie wolno jednak z tego wyprowadzać wniosku, że polskie dowództwo nie odpowiada za własną decyzję.
Sprawca zbrodni odpowiada za zbrodnię. Dowódca odpowiada za to, czy wysyłając ludzi do walki, właściwie ocenił szanse, siły przeciwnika, dostępne uzbrojenie, możliwość ewakuacji cywilów i realność pomocy. Jedna odpowiedzialność nie unieważnia drugiej.
Naród zakochany w klęsce
Od powstania listopadowego zbudowaliśmy znaczną część narodowej tożsamości wokół przegranych zrywów. Powstanie listopadowe, styczniowe, warszawskie – każde ma własną legendę, pieśni, bohaterów i rytuały. Znacznie mniej miejsca poświęcamy cierpliwemu budowaniu instytucji, pracy organicznej, dyplomacji, gospodarce czy skutecznym wystąpieniom, które nie pozostawiły po sobie morza grobów.
Nie chodzi o wykreślanie przegranych powstań z historii. Naród musi pamiętać także o klęskach. Nie powinien jednak mylić pamięci ze świętowaniem, a ofiary z dowodem słuszności decyzji.
W polskiej kulturze klęska łatwo przeobraża się w moralne zwycięstwo. Im większa tragedia, tym potężniejszy mit. Im więcej mogił, tym trudniej pytać o odpowiedzialność. Śmierć staje się argumentem zamykającym dyskusję: skoro ludzie zginęli, ich ofiara musiała mieć sens, a skoro miała sens, decyzja musiała być słuszna.
Nie musiała.
Ofiara może być czysta, choć decyzja była błędna. Żołnierz może być bohaterem, choć jego dowódca przegrał. Człowiek może umrzeć z godnością w przedsięwzięciu politycznie źle przygotowanym i militarnie beznadziejnym.
Pamięć bez wygodnego kłamstwa
Powstańcy nie potrzebują od nas propagandowej dekoracji. Ich odwaga pozostaje odwagą również wtedy, gdy przyznamy, że zostali wysłani do walki, której wynik w ogromnej mierze zależał od pomocy państwa prowadzącego wobec Polski wrogą politykę.
Ludność cywilna tym bardziej zasługuje na osobną pamięć. Nie wydała rozkazu. Nie opracowała planu. Nie prowadziła gry dyplomatycznej. Zapłaciła jednak najwyższą cenę za rachuby innych.
Dlatego 1 sierpnia warto zatrzymać się o godzinie 17.00. Warto pochylić głowę. Ale po minucie ciszy trzeba odzyskać głos i postawić pytania, których nie powinien zagłuszać dźwięk syren.
Czy dowództwo miało prawo podjąć takie ryzyko? Czy polityczna demonstracja mogła usprawiedliwiać wystawienie setek tysięcy cywilów na przewidywalny odwet? Czy wcześniejsze doświadczenia z Armią Czerwoną nie wskazywały, że plan oparto bardziej na nadziei niż na realnej możliwości wymuszenia ustępstw na Stalinie?
Dojrzały naród nie boi się podobnych pytań. Niedojrzały buduje mit tak szczelny, aby żadne pytanie nie mogło się przez niego przedostać.
Powstańcom należy się chwała. Cywilom – pamięć, której przez lata odmawiano im na rzecz opowieści o romantycznej walce. Niemieckim zbrodniarzom – jednoznaczne potępienie. Stalinowi – miejsce w historii cynicznego imperium, które pozwoliło wykrwawić się przeciwnikom politycznym.
Dowódcom natomiast należy się ocena.
Najuczciwszy hołd dla Warszawy nie polega na powtarzaniu, że każda ofiara była konieczna. Polega na przyrzeczeniu, że państwo nigdy więcej nie będzie zamieniało życia obywateli w kapitał polityczny, a później zasłaniało własnych błędów ich bohaterstwem.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


