Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, która miała umożliwić uruchomienie bezpłatnego, państwowego eDziennika. Wskazał na bezpieczeństwo danych, koszty oraz pośpiech przy wdrażaniu systemu. Część tych zastrzeżeń jest uzasadniona. Weto nie rozwiązuje jednak żadnego z problemów — pozostawia szkoły, samorządy i rodziny w systemie uzależnionym od kilku komercyjnych dostawców. Państwo nadal nie oferuje obywatelom własnego, jednolitego narzędzia, choć jego funkcjonowanie i tak finansowalibyśmy wspólnie z podatków.
28 sierpnia 2026 roku prezydent odmówił podpisania ustawy zmieniającej Prawo oświatowe oraz ustawę o systemie informacji oświatowej. Przepisy miały stworzyć podstawę prawną dla państwowego eDziennika, zintegrowanego z Systemem Informacji Oświatowej, aplikacją mObywatel oraz mObywatel Junior.
Ministerstwo Cyfryzacji uznało weto za uderzenie w rodziców, uczniów i nauczycieli. Resort przekonuje, że szkoły straciły możliwość wyboru publicznej usługi pozbawionej opłat, reklam i treści komercyjnych.
To prawda, ale niecała. Ministerialny artykuł jest polityczną odpowiedzią na polityczną decyzję. Trafnie opisuje zalety państwowego eDziennika, lecz niemal całkowicie pomija słabości projektu.
Bezpłatny dla rodziny, ale finansowany z podatków
Państwowy eDziennik nie byłby oczywiście bezpłatny w znaczeniu ekonomicznym. Za jego budowę, utrzymanie oraz rozwój zapłaciliby podatnicy. Byłby natomiast bezpłatny w miejscu korzystania — rodzic, uczeń i szkoła nie musieliby kupować dostępu ani oglądać reklam, aby korzystać z podstawowych funkcji publicznej usługi.
To istotna różnica.
Z podatków finansujemy szkoły, System Informacji Oświatowej, profil zaufany i aplikację mObywatel. Trudno więc racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego podstawowy cyfrowy kontakt obywatela ze szkołą ma pozostać uzależniony wyłącznie od oferty prywatnych spółek.
Obowiązujące przepisy już nakazują szkołom zapewnienie rodzicom bezpłatnego wglądu do danych dotyczących ich dzieci. Nie jest zatem prawdą, że obecnie każda informacja w eDzienniku jest płatna. Problem leży gdzie indziej.
Podstawowy dostęp bywa bezpłatny, ale część wygodniejszych funkcji aplikacji mobilnych — między innymi natychmiastowe powiadomienia, dodatkowe możliwości obsługi wiadomości czy brak reklam — trafia do płatnych pakietów. Szkoła najpierw opłaca system ze środków publicznych, a później rodzic może być zachęcany do kupienia jego wygodniejszej wersji.
Dzwonek szkolny potrafi więc zadzwonić dwa razy. Drugi raz przy kasie.
Rynek niemal podzielony między dwie firmy
Skala prywatnego biznesu zbudowanego wokół szkolnych systemów jest znaczna, chociaż publicznie dostępne dane nie pozwalają dokładnie ustalić jego całkowitej wartości.
W raporcie „Szkoła 2025”, obejmującym 920 badanych placówek, Librus uzyskał 48,2 proc. wskazań, a Vulcan 43,8 proc. Łącznie daje to 92 proc. badanej próby. Nie jest to oficjalny pomiar całego rynku, ale wynik pokazuje jego bardzo silną koncentrację.
Nie oznacza to, że prywatne firmy zrobiły coś niewłaściwego tylko dlatego, że prowadzą dochodową działalność. Przez lata tworzyły systemy, rozwijały je, zatrudniały pracowników i zapewniały szkołom obsługę w miejscu, które państwo pozostawiło puste.
Nie ma jednak powodu, aby tę pustkę chronić w nieskończoność.
Publiczny eDziennik miał stanowić alternatywę, a nie obowiązek. Szkoły nadal mogłyby wybierać rozwiązania komercyjne. Weto nie obroniło więc wolności wyboru. Przeciwnie — usunęło z tego wyboru wariant publiczny.
Było włamanie, ale nie potwierdzono wycieku całej bazy
Warto przypomnieć wydarzenia ze stycznia 2026 roku. W Zespole Szkół Ekonomiczno-Gastronomicznych w Otwocku przejęto konto nauczyciela w systemie Librus. Sprawca lub sprawcy wpisywali uczniom fałszywe oceny i rozsyłali wulgarne wiadomości. Ministerstwo Edukacji informowało wówczas o trzech przypadkach włamań do szkolnych eDzienników.
Nie ma natomiast podstaw, aby opisywać ten incydent jako potwierdzony wyciek całej bazy Librusa. Dostępne informacje wskazują na nieuprawnione przejęcie konta użytkownika, a nie na wykazany masowy eksport danych z centralnej bazy operatora.
To rozróżnienie ma znaczenie prawne i dziennikarskie. Samo zdarzenie pozostaje jednak poważne.
Librus informował wtedy, że 81,37 proc. kont nauczycieli w jego systemie nie korzystało z uwierzytelniania dwuskładnikowego. Firma wskazywała na odpowiedzialność użytkowników i postulowała wprowadzenie obowiązkowych zabezpieczeń. MEN odpowiadało, że obowiązek ochrony danych spoczywa na dostawcy systemu.
Każdy znalazł więc kogoś odpowiedzialnego. Tylko uczniowie nadal pozostali właścicielami problemu, chociaż nigdy się o niego nie prosili.
Państwowy system nie staje się bezpieczny od samego godła
Prezydent uzasadniał weto trzema zasadniczymi obawami: bezpieczeństwem dzieci, kosztami przekraczającymi 200 mln zł oraz ryzykiem chaosu organizacyjnego.
Pierwszy argument jest poważny. Projekt przewidywał przetwarzanie między innymi numerów PESEL, adresów, fotografii, ocen, frekwencji, przyczyn nieobecności oraz informacji o indywidualnych potrzebach edukacyjnych.
Baza obejmująca miliony uczniów, rodziców i nauczycieli byłaby atrakcyjnym celem ataku. Centralizacja zwiększa również skutki ewentualnej awarii. Państwowy szyld nie działa przecież jak program antywirusowy.
Potwierdził to Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. W stanowisku opublikowanym 1 września poparł ideę publicznej i bezpłatnej dokumentacji szkolnej. Jednocześnie zażądał wyczerpującej oraz jawnej oceny skutków dla ochrony danych, ich minimalizacji, precyzyjnego określenia odpowiedzialności i zabezpieczenia systemu przed powstaniem pojedynczego punktu awarii.
UODO poinformował również o licznych skargach dotyczących komercyjnych rozwiązań oraz o nieprawidłowościach wykrytych podczas kontroli jednego z podmiotów.
Wniosek nie powinien zatem brzmieć: skoro centralny system może zostać zaatakowany, pozostawmy dane w systemach prywatnych. Prawidłowy wniosek brzmi: zbudujmy publiczną usługę tak, aby zakres danych był ograniczony, dostęp właściwie kontrolowany, a skutki ewentualnego incydentu technicznie odseparowane.
Można centralizować standard, sposób logowania i dostęp do usługi, a jednocześnie dzielić dane na bezpieczne segmenty, stosować szyfrowanie, kopie zapasowe i wielopoziomową kontrolę uprawnień.
Ponad 216 milionów złotych, ale nie tylko za aplikację
Prezydencki argument kosztowy także wymaga doprecyzowania.
Rządowa ocena skutków regulacji przewidywała około 216,47 mln zł wydatków w latach 2026–2035. Nie była to jednak wyłącznie cena stworzenia aplikacji. Kwota obejmowała również integrację, infrastrukturę, testy, rozwój i wieloletnie utrzymanie systemu.
To nadal dużo pieniędzy. Rząd powinien przedstawić dokładny rachunek i porównać go z kosztami, które szkoły oraz samorządy już ponoszą na licencje komercyjne, a także z opłatami pobieranymi od rodzin.
Takiego całościowego zestawienia zabrakło.
Koszt publicznego systemu jest dobrze widoczny, ponieważ pojawia się w jednej tabeli budżetowej. Koszty tysięcy umów zawieranych przez szkoły i samorządy rozpływają się w fakturach, rejestrach oraz rozbudowanych pakietach zawierających także obsługę sekretariatu, kadr, płac, zastępstw czy bibliotek.
Może to tworzyć złudzenie, że rozwiązanie państwowe kosztuje ponad 200 mln zł, natomiast obecny system wydarzył się za darmo.
Projekt rzeczywiście procedowano w pośpiechu
Rząd sam dostarczył najmocniejszego argumentu przeciwnikom ustawy.
Projekt wpłynął do Sejmu 23 lipca, a już 31 lipca został uchwalony. Pilotaż miał rozpocząć się we wrześniu 2026 roku. Rada Ministrów wystąpiła przy tym o skrócenie postępowania legislacyjnego.
Związek Nauczycielstwa Polskiego ostrzegał przed dublowaniem obowiązków oraz dodatkowym obciążeniem pracowników szkół. Podczas pilotażu placówki miały bowiem równolegle prowadzić dotychczasową dokumentację.
Pilotaż miał być dobrowolny, testowy i szkoleniowy. Miały w nim uczestniczyć wybrane szkoły, które wyrażą zgodę. Nie groził więc natychmiastowy chaos w całej polskiej oświacie. Miał właśnie pokazać, co należy poprawić przed pełnym uruchomieniem systemu.
Nie zmienia to faktu, że systemu przechowującego dane dzieci nie należy budować według zasady: zdążmy przed pierwszym dzwonkiem, a szczegóły dopiszemy na przerwie.
Dlaczego weto mimo wszystko jest złym rozwiązaniem
Weto nie poprawiło bezpieczeństwa danych. Nie obniżyło kosztów. Nie odciążyło nauczycieli i nie zapewniło rodzicom lepszego dostępu do informacji.
Usunęło natomiast podstawę prawną pilotażu i odsunęło publiczny eDziennik na nieokreśloną przyszłość. Zachowało rynek, na którym szkoły pozostają zależne od kilku prywatnych dostawców, a rodziny spotykają się z płatnymi dodatkami oraz reklamami w narzędziu służącym realizacji obowiązku szkolnego.
Obawa przed centralizacją została wykorzystana do utrzymania rozproszenia, które również niesie zagrożenia. W szkołach funkcjonują różne procedury, różny poziom zabezpieczeń, odmienne systemy logowania i niejednakowe standardy reagowania na incydenty.
Rozproszone zaniedbania nie stają się bezpieczne tylko dlatego, że są rozproszone.
Publiczny eDziennik powinien powstać, ale nowa ustawa musi zagwarantować:
- bezpłatny dostęp do wszystkich podstawowych funkcji, bez reklam, profilowania i ofert handlowych;
- dobrowolny wybór systemu przez szkołę;
- otwarte standardy i możliwość przenoszenia danych między systemami;
- ograniczenie zakresu zbieranych informacji;
- obowiązkowe silne uwierzytelnianie;
- rejestrowanie każdej operacji na danych;
- niezależne testy bezpieczeństwa i regularne audyty;
- techniczne rozdzielenie danych oraz procedury działania podczas awarii;
- jawny koszt budowy i utrzymania, porównany z obecnymi wydatkami szkół i samorządów;
- szkolenia, sprzęt oraz czas dla nauczycieli.
Państwo powinno zapewnić obywatelom nowoczesną i powszechną bramę do usług publicznych, bezpłatną w miejscu korzystania i finansowaną z podatków. Prywatne firmy nadal mogą oferować rozbudowane moduły oraz konkurować jakością. Nie powinny jednak mieć faktycznej wyłączności na podstawowy cyfrowy kontakt rodziny ze szkołą.
Ministerstwo ma rację w sprawie kierunku, ale nie może udawać, że projekt nie miał wad. Prezydent ma rację, że dane dzieci wymagają szczególnej ochrony, lecz nie powinien przedstawiać zatrzymania prac jako rozwiązania problemu.
Publiczny eDziennik pozostaje potrzebny. Musi być jednak nie tylko państwowy i bezpłatny dla użytkownika, ale również bezpieczny, interoperacyjny, dostępny dla osób wykluczonych cyfrowo oraz odporny na polityczne zmiany.
Tak powinna wyglądać infrastruktura publiczna. Nie jak sezonowa aplikacja jednej władzy, lecz jak wspólne narzędzie państwa i obywateli.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.




