Przejdź do treści
czwartek 8 października 2026
07/10/2026Dziennikarz i redaktor naczelny

Jeszcze niedawno, żeby dowiedzieć się, co wydarzyło się w kraju, trzeba było włączyć wiadomości, kupić gazetę albo odwiedzić portal informacyjny. Dzisiaj wystarczy przesunąć palcem po ekranie. Wiadomości same odnajdują odbiorcę. A jeśli ktoś nie chce nawet czytać, sztuczna inteligencja przygotuje mu odpowiedź. Wygodnie, szybko, często bezpłatnie. Problem w tym, że ktoś wcześniej musiał tę informację zdobyć, sprawdzić i opublikować. I właśnie ten ktoś coraz częściej zostaje poza ekonomicznym obiegiem własnej pracy.

To nie jest futurystyczna opowieść o świecie, w którym roboty zastąpią dziennikarzy. Ta zmiana już się dokonuje. Po cichu, bez spektakularnego zamykania gazet i bez jednego momentu, w którym moglibyśmy powiedzieć: oto skończyła się epoka tradycyjnych mediów.

Jej kolejne etapy widać w raportach dotyczących zachowań odbiorców, statystykach wydawców i decyzjach przedsiębiorstw technologicznych.

Najważniejszy sygnał przyniósł opublikowany 16 czerwca 2026 roku raport Digital News Report, przygotowany przez Reuters Institute for the Study of Journalism na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Po raz pierwszy w średniej obejmującej 48 badanych rynków media społecznościowe i platformy wideo wyprzedziły zarówno telewizję, jak i własne serwisy informacyjne redakcji jako źródła wiadomości.

Czytaj dalej

Powiązany temat

Z platform społecznościowych i wideo korzysta w tym celu 54 proc. respondentów. Z telewizji — 52 proc., a z witryn internetowych i aplikacji wydawców — 51 proc.

Różnice są niewielkie, a badani mogą korzystać z kilku źródeł jednocześnie. Nie oznacza to więc, że ponad połowa społeczeństwa porzuciła profesjonalne dziennikarstwo.

Jednak kierunek zmian jest jednoznaczny. Od 2020 roku wykorzystanie telewizji do pozyskiwania wiadomości spadło o 13 punktów procentowych, a stron i aplikacji wydawców o 12 punktów.

Redakcje nie przestały produkować informacji. Coraz częściej przestają być miejscem, do którego odbiorca przychodzi po informację.

Redaktor przestał decydować, co zobaczymy jako pierwsze

Przez dziesięciolecia media działały według stosunkowo prostego modelu. Dziennikarze zdobywali informacje, redaktorzy oceniali ich znaczenie, a wydawcy decydowali o sposobie publikacji.

Oczywiście nigdy nie był to model doskonały. Redakcje popełniały błędy, kierowały się interesami właścicieli, ulegały politycznym naciskom i zabiegały o uwagę odbiorców. Jednak odpowiedzialność za wybór tematów można było przypisać konkretnym ludziom i instytucjom.

Dzisiaj znaczną część tej funkcji przejęły algorytmy.

To one decydują, jakie materiały pojawią się w strumieniu Facebooka, TikToka, Instagrama czy YouTube. Nie działają według jednej wspólnej reguły. Uwzględniają rozmaite sygnały: zachowania użytkownika, historię oglądania, reakcje na treści, przewidywane zainteresowanie i cele określone przez operatora platformy.

W rezultacie wiadomość nie musi już trafić na pierwszą stronę gazety ani otwierać serwisu telewizyjnego, aby dotrzeć do milionów ludzi.

Wystarczy, że zostanie podchwycona przez system rekomendacji.

Powstaje jednak pytanie, według jakich kryteriów informacja zdobywa widoczność.

Czy dlatego, że jest istotna społecznie? Czy dlatego, że pozwala odbiorcy lepiej rozumieć rzeczywistość? A może dlatego, że wywołuje emocje i zatrzymuje użytkownika przed ekranem?

Nie każda platforma i nie każdy algorytm premiuje sensację. Jednak cele komercyjne systemów rekomendacyjnych nie muszą pokrywać się z kryteriami rzetelnego dziennikarstwa.

To fundamentalna zmiana. Kiedyś media walczyły przede wszystkim o czytelnika, słuchacza i widza. Teraz muszą również zabiegać o przychylność mechanizmów, których pełnego działania nie znają i nad którymi nie sprawują kontroli.

Pokolenie, które nie potrzebuje strony głównej

Zmienia się także samo znaczenie poszukiwania informacji.

Dla wielu młodych użytkowników naturalnym punktem wyjścia nie jest adres portalu internetowego. Jest nim aplikacja, którą już mają otwartą.

Na YouTubie szukają wyjaśnień, na TikToku doświadczeń innych ludzi, na Instagramie wizualnych relacji, a w chatbotach odpowiedzi na bardziej rozbudowane pytania.

Nie oznacza to końca Google. Badania zachowań amerykańskich użytkowników pokazują, że wyszukiwarka nadal pozostaje ważnym narzędziem także dla pokolenia Z. Zmienia się raczej podział zadań między platformami.

To, co dawniej wymagało odwiedzenia kilku stron internetowych, dzisiaj może zostać załatwione w ramach jednej aplikacji.

Reuters Institute wskazuje, że ponad połowa badanych w wieku 18–24 lat uznaje media społecznościowe, platformy wideo lub chatboty za główny sposób docierania do wiadomości.

To pokolenie niekoniecznie odrzuca informację. Odrzuca natomiast przekonanie, że powinno jej szukać w miejscach wskazanych przez tradycyjne redakcje.

Dla wydawców oznacza to coś więcej niż konieczność nagrywania krótkich filmów.

Zmienia się bowiem sposób budowania przyzwyczajeń. Dawniej odbiorca wracał do gazety, programu lub portalu. Dzisiaj wraca przede wszystkim do platformy, która dostarcza mu treści pochodzące od wielu różnych nadawców.

A lojalność wobec platformy nie jest tym samym co lojalność wobec redakcji.

Dziennikarz ma twarz. Medium coraz częściej tylko logo

Wraz ze zmianą sposobu konsumpcji informacji rośnie znaczenie indywidualnych twórców.

Komentator z kanałem na YouTubie, autor codziennego podcastu czy prowadzący krótkie materiały wideo potrafi zbudować relację, której duże organizacje medialne nie zawsze umieją odtworzyć.

Odbiorca zna jego sposób mówienia, rozpoznaje poglądy, przyzwyczaja się do humoru i osobowości. Ma wrażenie regularnego spotkania z konkretnym człowiekiem.

To nie oznacza automatycznie większej wiarygodności. Rozpoznawalność nie zastępuje dokumentów, kompetencji ani odpowiedzialności za publikowane informacje.

Jednak z punktu widzenia odbiorcy osobista relacja bywa silniejsza niż przywiązanie do instytucjonalnej marki.

W Polsce przykładem szerszego procesu jest rozwój mediów opartych na rozpoznawalnych twórcach, w tym Kanału Zero, który od działalności internetowej przeszedł do budowania wieloplatformowego przedsięwzięcia medialnego.

Powstaje odwrócony model rozwoju.

Kiedyś redakcja zatrudniała dziennikarza, który dzięki niej zdobywał popularność. Dzisiaj rozpoznawalny twórca może zgromadzić odbiorców, a następnie zbudować wokół siebie redakcję.

Nie jest to dowód wyższości jednego modelu nad drugim. Pokazuje jednak, że najcenniejszym zasobem medialnym może być nie sama infrastruktura wydawnicza, lecz trwała relacja z odbiorcą.

Sztuczna inteligencja przeczyta za nas. Ale kto zapłaci za tekst?

Prawdziwy przełom ekonomiczny dokonuje się jednak w wyszukiwarkach i systemach sztucznej inteligencji.

Przez lata internet opierał się na pewnej niepisanej umowie.

Wydawca publikował treść. Wyszukiwarka ją indeksowała i prezentowała użytkownikowi odsyłacz. Zainteresowany odbiorca przechodził na stronę, gdzie mógł przeczytać materiał, zobaczyć reklamę, wykupić dostęp albo poznać inne publikacje.

Obie strony odnosiły korzyści.

Teraz ta zależność staje się mniej oczywista.

Google rozwija automatycznie generowane podsumowania, a chatboty potrafią syntetyzować informacje bez konieczności odsyłania użytkownika do wszystkich wykorzystanych źródeł.

Wyobraźmy sobie mieszkańca niewielkiej gminy, który chce dowiedzieć się, dlaczego wzrosną opłaty za wodę.

Lokalny dziennikarz poświęca kilka dni na analizę uchwał, dokumentów finansowych i stanowiska przedsiębiorstwa wodociągowego. Rozmawia z urzędem, sprawdza umowy, opisuje mechanizm kalkulowania opłat.

Powstaje artykuł.

Mieszkaniec wpisuje jednak pytanie do wyszukiwarki albo chatbota i otrzymuje krótką odpowiedź.

Nie musi wiedzieć, kto zdobył informacje. Nie musi poznać nazwiska autora. Nie musi nawet odwiedzić strony redakcji.

Dla odbiorcy jest to niewątpliwa wygoda.

Dla wydawcy może oznaczać utratę wizyty, możliwości zarobku i kontaktu z człowiekiem, dla którego przygotował materiał.

Badanie Pew Research Center przeprowadzone na podstawie aktywności internetowej 900 dorosłych Amerykanów wykazało, że przy wynikach Google zawierających podsumowanie AI użytkownicy klikali tradycyjne odsyłacze w 8 proc. wizyt. Przy wynikach bez takiego podsumowania odsetek wynosił 15 proc.

Zaledwie 1 proc. wizyt z odpowiedzią AI kończył się kliknięciem odsyłacza zamieszczonego w samym podsumowaniu.

Nie jest to dowód, że sztuczna inteligencja odpowiada za każdą utraconą wizytę. Rodzaj wyszukiwanego zagadnienia również wpływa na zachowanie użytkownika.

Jednak mechanizm jest wyraźny: wyszukiwarka coraz częściej staje się miejscem udzielenia odpowiedzi, a nie wyłącznie drogowskazem prowadzącym do źródła.

W branży zjawisko to określa się mianem zero-click search — wyszukiwania zakończonego bez kliknięcia odsyłacza do zewnętrznej strony.

Dla dziennikarstwa pojawia się niewygodne pytanie.

Jeśli informacja będzie dostępna bez odwiedzania jej producenta, w jaki sposób producent sfinansuje zdobywanie następnych informacji?

Spadek ruchu nie jest teorią

Zmiany widać już w statystykach wydawców.

Firma Chartbeat, analizująca ruch na stronach internetowych, podała, że między grudniem 2024 a grudniem 2025 roku liczba odsłon pochodzących z wyszukiwarki Google spadła w jej sieci o 34 proc.

W przypadku dużych serwisów spadek wyniósł 22 proc., średnich — 47 proc., a małych — nawet 60 proc.

Są to wyniki określonej sieci wydawców, a nie reprezentatywny pomiar wszystkich redakcji na świecie. Nie można również przypisać całego spadku sztucznej inteligencji. Znaczenie mają zmiany algorytmów, zachowania odbiorców, konkurencja oraz rozwój innych sposobów dystrybucji.

Niemniej skala zjawiska jest poważna.

Co istotne, ruch pochodzący z chatbotów nie rekompensuje strat. Mimo dynamicznego wzrostu odesłania z narzędzi AI odpowiadały w analizie Chartbeat za mniej niż 1 proc. wszystkich odsłon.

Dla przedsiębiorstwa medialnego oznacza to rosnącą niepewność.

Redakcja może publikować regularnie, utrzymywać jakość i zdobywać ważne informacje, a mimo to tracić odwiedzających wskutek zmian zachodzących poza jej kontrolą.

I właśnie tutaj kryje się niebezpieczeństwo nadmiernego uzależnienia od jednego kanału dystrybucji.

Dzisiaj jest nim Google. Jutro może być Facebook, YouTube albo system sztucznej inteligencji.

Wydawca, który zbudował całe finansowanie na ruchu przekazywanym przez cudzą platformę, nie ma gwarancji, że warunki tego dostępu pozostaną niezmienne.

Polacy coraz mniej ufają wiadomościom

Technologicznej zmianie towarzyszy kryzys zaufania.

Według Digital News Report 2026 zaufanie do wiadomości na wszystkich badanych rynkach spadło średnio do 37 proc. To najniższy poziom od rozpoczęcia pomiarów w 2015 roku.

W Polsce wynik wyniósł 39 proc., co oznacza spadek o osiem punktów procentowych w ciągu roku.

Jednocześnie 46 proc. polskich respondentów deklaruje, że przynajmniej czasami unika wiadomości.

To niepokojące zestawienie.

Z jednej strony ludzie mają dostęp do większej liczby źródeł niż kiedykolwiek wcześniej. Z drugiej — rośnie nieufność wobec całego środowiska informacyjnego.

Nie oznacza to jednak, że odbiorcy w równym stopniu przestali ufać wszystkim redakcjom.

Raport pokazuje, że oceny konkretnych marek informacyjnych bywają znacznie stabilniejsze niż ogólna ocena mediów.

Człowiek może więc nadal korzystać z ulubionego serwisu, a jednocześnie twierdzić, że mediom nie można ufać.

To pozorny paradoks, który wiele mówi o współczesnym społeczeństwie.

Problemem nie musi być wyłącznie jakość pojedynczych publikacji. Znaczenie mogą mieć również polaryzacja polityczna, zmęczenie konfliktami i przekonanie, że media reprezentują interesy określonych środowisk.

W tej sytuacji samo zwiększanie liczby wiadomości nie rozwiąże problemu.

Przeciwnie. Dla części odbiorców może stać się kolejnym powodem wycofania.

Ludzie są zmęczeni wiadomościami. Nie tylko mediami

To fragment przemiany, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko.

Nie wszyscy użytkownicy opuszczają portale dlatego, że znaleźli wygodniejszą aplikację.

Część po prostu ogranicza kontakt z informacjami.

Reuters Institute wskazuje, że odsetek odbiorców biernych lub okazjonalnych wzrósł z 16 proc. w 2021 roku do 25 proc. w 2026 roku.

Nie chodzi tutaj o ludzi, którzy całkowicie odcięli się od świata. To osoby korzystające z wiadomości sporadycznie, często bez silnego zainteresowania bieżącymi wydarzeniami.

Ich zachowania pokazują, że rynek mierzy się nie tylko ze zmianą technologii, ale również ze zmianą społecznego stosunku do informacji.

Warto postawić pytanie, czy współczesny model nieustannego informowania sam nie przyczynia się do tego zjawiska.

Codzienne alarmy, konflikty, skandale, kryzysy i zapowiedzi kolejnych katastrof mogą sprawiać, że odbiorca przestaje odróżniać wydarzenia rzeczywiście ważne od tych, które jedynie dobrze wyglądają w nagłówku.

Nie jest to uniwersalne wyjaśnienie spadku zainteresowania wiadomościami. Pokazuje jednak, dlaczego media potrzebują czegoś więcej niż nowych formatów i krótszych materiałów.

Potrzebują odbudowy przekonania, że poświęcony im czas przynosi czytelnikowi rzeczywistą wartość.

Internet pełen treści. Coraz trudniej znaleźć ich autora

Sztuczna inteligencja wprowadza jeszcze jedną zmianę, której konsekwencje dopiero zaczynamy rozumieć.

Produkcja tekstu staje się niezwykle tania.

Systemy automatyczne mogą w krótkim czasie przygotowywać streszczenia, komentarze, obrazy, nagrania i zestawienia. Potrafią tworzyć materiały przypominające profesjonalne publikacje informacyjne.

Samo wykorzystanie AI nie jest problemem. Technologia może przyspieszać analizę dokumentów, porządkowanie danych, transkrypcję nagrań i wiele rutynowych zadań redakcyjnych.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy odbiorca nie potrafi już odróżnić informacji samodzielnie zdobytej i zweryfikowanej od automatycznego opracowania cudzych ustaleń.

Dwa artykuły mogą wyglądać podobnie.

Za pierwszym stoi reporter, który rozmawiał ze świadkami, uzyskał dokumenty i sprawdził rozbieżne wersje wydarzeń.

Drugi może być jedynie przeredagowaną syntezą materiałów pierwszej redakcji.

Jeżeli oba materiały konkurują o ten sam ruch i te same pieniądze reklamowe, powstaje ekonomiczna nierównowaga.

Nie wynika z tego, że automatyczne opracowania są zawsze bezwartościowe. Mogą służyć odbiorcom, pod warunkiem rzetelnego oznaczania źródeł i kontroli poprawności.

Jednak społeczeństwo potrzebuje również tych, którzy ustalają fakty po raz pierwszy.

Bez nich nawet najlepszy system sztucznej inteligencji będzie miał coraz mniej nowych, wiarygodnych informacji do analizowania.

Polska: spór o pieniądze za cudzą pracę

Właśnie dlatego wydarzenie z 5 października 2026 roku ma znaczenie wykraczające poza zwykły konflikt biznesowy.

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów postawił zarzuty czterem spółkom z grupy Google.

Sprawa dotyczy podejrzenia nadużywania pozycji dominującej podczas negocjacji z polskimi wydawcami prasowymi w sprawie wynagrodzeń za wykorzystywanie ich publikacji.

Według UOKiK sposób prowadzenia negocjacji może ograniczać wydawcom możliwość rzetelnej oceny proponowanych warunków.

Google wskazuje natomiast, że zawarł już umowy licencyjne z ponad 70 polskimi publikacjami.

Na obecnym etapie są to zarzuty organu antymonopolowego, a nie prawomocne rozstrzygnięcie o naruszeniu prawa.

Jednak sam spór pokazuje, jak istotna staje się kwestia wynagrodzenia za informacje.

Nie można przy tym wrzucać wszystkich problemów do jednego worka.

Czym innym są prawa pokrewne wydawców prasowych, czym innym wykorzystywanie materiałów do trenowania modeli AI, a jeszcze czym innym automatyczne generowanie odpowiedzi na podstawie cudzych publikacji.

Każda z tych kwestii wymaga odrębnej analizy prawnej.

Łączy je jednak wspólny problem: jak podzielić ekonomiczne korzyści pomiędzy podmioty, które tworzą informacje, a przedsiębiorstwa, które organizują dostęp do nich i czerpią z tego przychody.

Dla polskiego rynku znaczenie ma również niewielka skłonność do płacenia za wiadomości w internecie. Według Reuters Institute w Polsce robi to około 11 proc. badanych.

To oznacza, że prosty apel do odbiorców: „skoro chcecie dziennikarstwa, zacznijcie płacić”, nie będzie wystarczającym rozwiązaniem.

Kto pójdzie na sesję rady gminy?

W całej tej dyskusji łatwo zgubić perspektywę małych redakcji.

Duże media dysponują rozpoznawalnymi markami, technologią, zespołami handlowymi i możliwością rozwijania różnych źródeł przychodów.

Lokalny wydawca często nie ma takich zasobów.

A przecież właśnie na poziomie gminy i powiatu dziennikarstwo może mieć szczególnie wymierne znaczenie.

Ktoś musi przeanalizować projekt budżetu, sprawdzić sposób udzielania zamówień publicznych, porównać oświadczenia majątkowe, przeczytać protokół kontroli i zapytać urząd o rozbieżności w dokumentach.

Ktoś musi również wysłuchać mieszkańca, którego problem nie zainteresuje ogólnopolskiej telewizji.

Te informacje rzadko powstają same.

Trzeba je zdobyć, zestawić, zrozumieć i skonfrontować z wyjaśnieniami zainteresowanych stron.

Wyszukiwarka może później pomóc je odnaleźć. Chatbot może je streścić. Platforma społecznościowa może je rozpowszechnić.

Ale żadne z tych działań nie zastępuje automatycznie pierwotnej pracy reporterskiej.

Wyobraźmy sobie, że w niewielkim powiecie znika jedyna redakcja regularnie analizująca działania samorządu.

Mieszkańcy nadal będą mieli dostęp do internetu. Nie znikną Facebook, Google ani YouTube. Nadal będą mogli zadawać chatbotom pytania o swoje miasto.

Tylko kto dostarczy nowych, niezależnie zweryfikowanych informacji o decyzjach lokalnych władz?

AI może przeanalizować opublikowany dokument, ale nie zagwarantuje, że uzyska materiał, którego urząd jeszcze nie udostępnił, porozmawia ze świadkami lub przeprowadzi samodzielne postępowanie reporterskie.

To różnica między dostępem do informacji a zdolnością społeczeństwa do jej wytwarzania i sprawdzania.

Czy dziennikarstwo przegra z wygodą?

Nie musi.

Nowe technologie otwierają także możliwości, których wcześniejsze pokolenia wydawców nie miały.

Niewielka redakcja może dotrzeć do odbiorców bez drukarni, rozbudowanej sieci dystrybucji i kosztownej infrastruktury nadawczej.

Może publikować wideo, podcasty, transmisje i dokumenty źródłowe. Może prowadzić bezpośrednią komunikację z czytelnikami. Może wykorzystywać AI do przyspieszania żmudnych analiz, nie rezygnując z ludzkiej odpowiedzialności za ustalenia.

Nie ma też powodu zakładać, że profesjonalne media przestaną być potrzebne.

W świecie pełnym niesprawdzonych materiałów wartość wiarygodnej informacji może nawet wzrastać.

Ale wartość społeczna nie zawsze przekłada się na rentowność.

Dziennikarstwo musi zatem odnaleźć nową równowagę między obecnością na platformach, budowaniem własnej społeczności i finansowaniem pracy, której nie da się sprowadzić do automatycznego przetwarzania tekstów.

To zadanie również dla samych redakcji.

Nie wystarczy narzekać na algorytmy. Trzeba pokazywać odbiorcom, skąd pochodzą informacje, jak zostały sprawdzone, dlaczego wymagają korekty i co wynika z nich dla codziennego życia.

Trzeba również odróżniać wiadomość od komentarza, ustalenie od hipotezy, a publicystyczną ocenę od potwierdzonego faktu.

W przeciwnym razie odbiorca nie będzie miał powodu, aby traktować pracę dziennikarza inaczej niż kolejną odpowiedź wygenerowaną przez automat.

Najdroższa informacja to ta, której nikt nie zdobył

Możliwe, że w najbliższych latach nie będziemy już tak często rozmawiać o liczbie odwiedzin portali informacyjnych.

Być może istotniejsze okaże się to, ile osób rzeczywiście zna i rozpoznaje redakcję, korzysta z jej pracy, ufa ustaleniom oraz jest gotowych wspierać jej działalność.

Możliwe też, że część dziennikarstwa stanie się mniej widoczna w tradycyjnych statystykach internetowych, choć jego ustalenia będą wykorzystywane na ogromną skalę.

To jednak wymaga rozwiązania zasadniczego problemu.

Nie da się w nieskończoność utrzymywać systemu, w którym jedni ponoszą koszty zdobywania informacji, a inni przechwytują znaczną część korzyści z jej rozpowszechniania, bez zapewnienia trwałych źródeł finansowania pierwotnej pracy.

Nie wiemy jeszcze, jaki model ostatecznie zwycięży. Mogą nim być nowe umowy licencyjne, finansowanie przez odbiorców, różne formy współpracy albo rozwiązania, których dzisiaj nie potrafimy przewidzieć.

Wiemy natomiast, że samo zwiększanie liczby treści nie rozwiąże problemu.

Bo największym zagrożeniem dla społeczeństwa informacyjnego nie jest to, że zabraknie nam wiadomości do przeczytania.

Jest nim sytuacja, w której odpowiedzi będzie coraz więcej, ale coraz mniej ludzi będzie miało środki, aby ustalać, czy są prawdziwe.

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *