Przejdź do treści
czwartek 22 października 2026
22/10/2026Autor

Jedna pracownia daje Mateuszowi Morawieckiemu miejsce w Sejmie, druga pozostawia go poza parlamentem. Konfederacja i ugrupowanie Grzegorza Brauna rywalizują o podobną pozycję w sondażach. Koalicja Obywatelska utrzymuje prowadzenie, ale jej obecni partnerzy mają problem z poparciem. Tymczasem politycy budują struktury, ogłaszają programy i wyznaczają granice przyszłej współpracy. W wyborczej ruletce coraz wyraźniej widać jedno: policzyć mandaty można znacznie łatwiej niż uzgodnić wspólne rządzenie.

231. Liczba, która nie mówi wszystkiego

W poprzedniej odsłonie „Wyborczej Ruletki 2027” sprawdzaliśmy, jakie większości parlamentarne można zbudować na podstawie sondażowych symulacji.

Jedna z nich przyznawała czterem ugrupowaniom prawicowym 240 mandatów. Koalicji Obywatelskiej i Lewicy — 220.

Reklama

Matematycznie sprawa wyglądała prosto. W 460-osobowym Sejmie do większości bezwzględnej, przy udziale wszystkich posłów w głosowaniu, potrzeba 231 głosów.

Politycznie nic nie było proste.

Od tamtej publikacji pojawiły się kolejne badania, odbyła się konwencja środowiska Mateusza Morawieckiego, a publiczne różnice między potencjalnymi partnerami stały się jeszcze wyraźniejsze.

Warto więc zmienić sposób zadawania pytań.

Nie tylko: kto uzyska 231 mandatów?

Przede wszystkim: kto byłby gotów wspólnie uchwalić budżet, poprzeć premiera, uzgodnić podatki, politykę europejską i kierunek polityki zagranicznej?

Bo rząd nie powstaje przez dodanie czterech słupków na wykresie.

Sondaże pokazują kilka różnych Polski

Spójrzmy na wyniki badań z października.

United Surveys dla Wirtualnej Polski, w badaniu z 16–18 października, odnotował 29,7 proc. poparcia dla KO, 17,2 proc. dla PiS, 13,2 proc. dla Konfederacji oraz 10 proc. dla Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

Lewica uzyskała 7,3 proc., Rozwój Plus — 6,2 proc., PSL — 4,4 proc., Razem — 3,2 proc., a Polska 2050 — 0,4 proc.

Badanie IBRiS dla Polsat News, przeprowadzone 14–16 października, przyniosło nieco inny obraz: KO — 27,8 proc., PiS — 19,1 proc., Konfederacja — 12,7 proc., KKP — 11,4 proc., Lewica — 7 proc., Rozwój Plus — 5,8 proc., PSL — 5,1 proc., Razem — 3,8 proc. i Polska 2050 — 0,5 proc.

Ale jest jeszcze badanie OGB z 1–13 października.

Tam KO uzyskała 35,9 proc., PiS 25 proc., Konfederacja 11,8 proc., a KKP 11,3 proc. Rozwój Plus znalazł się poniżej progu, z wynikiem 3,6 proc.

Co z tego wynika?

Nie to, że któraś pracownia musi się mylić.

Badania różnią się terminami, metodami i sposobem prezentowania odpowiedzi. Poszczególne wyniki mają również niepewność statystyczną.

Najważniejsze jest coś innego: w przypadku kilku ugrupowań nie mamy dziś podstaw, aby mówić o pewnym przekroczeniu progu wyborczego.

A od tego zależy znacznie więcej niż los pojedynczej partii.

Pięć procent, które potrafi zmienić cały Sejm

Wyobraźmy sobie dwa warianty.

W pierwszym Rozwój Plus przekracza próg wyborczy, podobnie jak PSL. Oba ugrupowania uczestniczą w podziale mandatów.

W drugim jedno z nich lub obydwa pozostają poza Sejmem.

To nie jest kosmetyczna różnica.

Głosy oddane na komitety, które nie przekroczą właściwego progu, nie uczestniczą w podziale mandatów. Pozostałe ugrupowania dzielą mandaty według wyników uzyskanych w poszczególnych okręgach i zasad metody D’Hondta.

Dlatego przesunięcie o jeden czy dwa punkty procentowe w pobliżu progu może zmienić układ parlamentarny znacznie bardziej niż podobna zmiana poparcia największej partii.

Próg wynosi zasadniczo 5 proc. dla komitetu partii politycznej i 8 proc. dla koalicyjnego komitetu wyborczego. Wspólny start kandydatów na liście jednej partii nie jest jednak tym samym co formalny komitet koalicyjny.

Ten szczegół może okazać się ważny podczas rozmów o przyszłych listach.

Właśnie dlatego kolejnych sondaży nie należy czytać wyłącznie jak tabeli ligowej.

Trzeba sprawdzać, kto jest nad progiem, kto pod nim i jakie konsekwencje mają poszczególne warianty.

Morawiecki: od odejścia z PiS do budowania własnego zaplecza

17 października w warszawskim Teatrze Palladium odbyła się konwencja Rozwoju Plus.

Wydarzenie miało pokazać, że środowisko Mateusza Morawieckiego nie zamierza ograniczać się do krytykowania dawnego zaplecza politycznego i komentowania bieżących sondaży.

Zaprezentowano kierunki programowe dotyczące gospodarki, inwestycji, zatrudnienia młodych, samorządów oraz polityki europejskiej.

Jedną z propozycji było finansowanie przez państwo składek na ubezpieczenia społeczne młodych pracowników do 26. roku życia.

Brzmi atrakcyjnie dla potencjalnych beneficjentów. Ale w polityce gospodarczej najważniejsze pytanie pojawia się zwykle dopiero po ogłoszeniu pomysłu.

Ile to będzie kosztować?

Kto zapłaci?

Czy rozwiązanie zwiększy zatrudnienie, czy przede wszystkim przeniesie część kosztów pracy z pracodawców na budżet państwa?

Bez szczegółowych wyliczeń nie da się odpowiedzieć na te pytania.

Podobnie należy traktować postulaty inwestycyjne. Samo wskazanie strategicznego projektu nie wyjaśnia, skąd mają pochodzić pieniądze, jakie będą harmonogramy i jak państwo zamierza ograniczać ryzyko przekroczenia kosztów.

Konwencja była więc ważnym wydarzeniem politycznym, ale nie zastępuje pełnego, policzonego programu.

Program czy kampania przeciwko Tuskowi?

Organizatorzy konwencji zapowiedzieli również pokaz filmu „Cena Odwrotu”, poświęconego krytycznej ocenie decyzji rządu Donalda Tuska.

Ten element pokazuje dwutorowość przekazu Rozwoju Plus.

Z jednej strony środowisko Morawieckiego przedstawia własne postulaty. Z drugiej buduje opowieść o kosztach decyzji obecnej władzy.

To zrozumiała konstrukcja politycznej komunikacji, ale dla wyborcy oba elementy powinny pozostać rozdzielone.

Krytyka rządu nie jest jeszcze dowodem skuteczności własnych rozwiązań.

A przedstawienie nowego programu nie oznacza automatycznie, że jego autorzy dysponują pieniędzmi, strukturami i parlamentarną większością potrzebną do realizacji.

Dlatego program Rozwoju Plus warto analizować nie tylko jako zbiór obietnic, lecz także jako test wiarygodności gospodarczej i organizacyjnej.

Nowoczesna partia w komputerze. A gdzie ludzie?

W medialnych relacjach o Rozwoju Plus pojawił się ciekawy wątek: wykorzystywanie systemu CRM do organizowania struktur i kontaktów.

W biznesie takie narzędzia służą między innymi do zarządzania relacjami z klientami. W działalności politycznej mogą wspomagać organizację spotkań, pracę koordynatorów, komunikację z sympatykami i przygotowanie kampanii.

To jednak narzędzie, nie gotowy sukces.

Można mieć bardzo dobry system informatyczny i słabe struktury terenowe. Można też posiadać rozbudowaną organizację bez szczególnie nowoczesnego zaplecza cyfrowego.

Dla wyborców ważniejsza od nazwy oprogramowania powinna być odpowiedź na kilka prostych pytań.

Kto reprezentuje ugrupowanie w ich powiecie?

Czy działa tam rzeczywiste koło lub zespół?

Czy odbywają się spotkania, czy tylko publikowane są fotografie z wizyt lidera?

Kto będzie zbierał podpisy, prowadził kampanię i odpowiadał za kontakt z mieszkańcami?

To są kwestie, które można zweryfikować.

Sama informacja o wykorzystaniu CRM nie dowodzi, że partia jest organizacyjnie silniejsza od konkurentów.

Konfederacja i Braun. Blisko w sondażach, niekoniecznie w polityce

W badaniu IBRiS dla Polsat News Konfederacja otrzymała 12,7 proc., a Konfederacja Korony Polskiej — 11,4 proc.

Różnica wynosi zaledwie 1,3 punktu procentowego.

W badaniu OGB wyniki tych ugrupowań również były zbliżone: 11,8 i 11,3 proc.

Nie oznacza to, że obie partie są politycznie tożsame.

Przeciwnie. Wspólna część potencjalnego elektoratu nie musi przekładać się na wspólny program, akceptację liderów ani zgodę na uczestnictwo w jednym rządzie.

Różnice dotyczą między innymi podejścia do polityki zagranicznej, relacji z Unią Europejską, Rosją i Ukrainą oraz sposobu prowadzenia działalności publicznej.

Co więcej, podczas konwencji Morawiecki publicznie dystansował się od stanowisk Brauna.

To ważne w kontekście wcześniejszych symulacji, które dodawały mandaty PiS, Konfederacji, KKP i Rozwoju Plus.

Suma mandatów czterech ugrupowań nie oznacza, że istnieje między nimi porozumienie.

Nie oznacza również, że porozumienie jest niemożliwe.

Oznacza tylko, że o jego realności nie da się rozstrzygnąć za pomocą kalkulatora.

PiS ma dziś więcej niż jednego konkurenta

W debacie publicznej PiS i KO nadal wyznaczają główną oś sporu.

Ale na prawicy konkurencja stała się bardziej złożona.

PiS musi prowadzić polityczną rywalizację nie tylko z Koalicją Obywatelską, lecz również z Konfederacją, KKP i środowiskiem byłego premiera.

Każde z tych ugrupowań przedstawia inną ofertę polityczną i zabiega o własne miejsce w debacie.

Z punktu widzenia przyszłych negocjacji ważne są trzy odrębne kwestie: konkurencja o wyborców, konkurencja o kandydatów oraz gotowość do współpracy parlamentarnej.

Partie mogą ostro rywalizować w kampanii, a następnie rozmawiać o wspólnych projektach ustaw. Mogą również zgadzać się w wybranych sprawach, nie zamierzając tworzyć koalicji.

Dlatego warto przestać traktować każde wspólne głosowanie jako dowód sojuszu, a każdą publiczną kłótnię jako ostateczne zerwanie kontaktów.

Najwięcej powiedzą nam powtarzające się zachowania, nie pojedyncze konferencje prasowe.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

KO prowadzi, ale prowadzenie nie jest większością

Wszystkie przywołane badania wskazują Koalicję Obywatelską na pierwszym miejscu.

To istotna informacja o deklaracjach wyborców.

Nie daje jednak odpowiedzi na pytanie o możliwość samodzielnego rządzenia.

Problem dotyczy przede wszystkim układu całego obozu obecnej koalicji.

Lewica w dwóch badaniach z drugiej połowy października przekracza 5 proc., ale PSL balansuje wokół progu, a Polska 2050 notuje bardzo niskie poparcie.

Do tego dochodzą podziały w środowiskach wywodzących się z Polski 2050 oraz odrębna pozycja partii Razem.

Nie można więc mechanicznie przenosić dzisiejszego układu rządowego na sytuację po wyborach w 2027 roku.

Jeżeli ugrupowania zdecydują się na samodzielny start, o ich reprezentacji zdecydują osobne wyniki i progi.

Jeżeli podejmą rozmowy o wspólnych listach, pojawią się pytania o podział miejsc, program, nazwę komitetu i relacje między liderami.

To odrębne decyzje polityczne, których sondaż sam za partie nie podejmie.

CBOS przypomina: niezdecydowani też istnieją

W październikowym badaniu CBOS znacząca część osób deklarujących udział w wyborach nie wskazała konkretnej partii.

To ważne przypomnienie, że sondażowy wykres nie obejmuje wyłącznie twardych elektoratów.

CBOS zaprezentował również wariant wyników po statystycznym przypisaniu części preferencji osób niezdecydowanych.

W takim ujęciu Razem osiągało 5,4 proc., Rozwój Plus 4 proc., PSL 3,2 proc., a Nowa Lewica 3,3 proc.

To inny obraz niż w części pozostałych badań.

Nie należy jednak mieszać wyników przed imputacją i po imputacji tak, jakby były identycznie mierzone.

Właśnie w takich szczegółach kryje się różnica między rzetelną analizą a efektownym politycznym nagłówkiem.

Wynik 4,9 proc. i 5,4 proc. może opisywać tę samą partię w różnych wariantach opracowania tego samego badania.

Nie oznacza to, że ugrupowanie zyskało pół punktu w ciągu jednego dnia.

Dwa mandaty więcej? Nie tak szybko

W jednej z poprzednich symulacji cztery ugrupowania prawicowe uzyskiwały łącznie 240 mandatów.

W kolejnej — 242.

Różnica wygląda niewielka, ale łatwo zbudować wokół niej fałszywą narrację.

Nie można powiedzieć, że prawica „zdobyła dwa dodatkowe mandaty”. Nie odbyły się wybory.

Zmieniły się dane wejściowe do modelu.

Tak samo nie można traktować hipotetycznych 30 mandatów Rozwoju Plus w jednej symulacji jako rzeczywistej siły parlamentarnej tego ugrupowania po następnych wyborach.

Symulacje są przydatne, ponieważ pokazują konsekwencje określonych założeń.

Stają się mylące, kiedy zaczynają zastępować rzeczywistość.

Przyszły podział mandatów zależeć będzie między innymi od frekwencji, rozkładu głosów w okręgach, liczby komitetów przekraczających próg oraz faktycznych wyników wyborów.

Żadnego z tych elementów nie znamy dziś z pewnością.

A co z wyborcami? Czy ktoś zapytał ich o koalicje?

Jest jeszcze jeden problem.

Sondaże partyjne mówią, na kogo respondenci deklarują oddanie głosu.

Nie mówią automatycznie, jakie koalicje zaakceptowaliby po wyborach.

Wyborca Konfederacji nie musi popierać współpracy z Braunem.

Wyborca PiS nie musi akceptować każdej konfiguracji z udziałem Rozwoju Plus.

Wyborca KO nie musi zgadzać się na dowolny kompromis z potencjalnym partnerem.

A sympatycy małych ugrupowań mogą inaczej oceniać wspólny start wyborczy i wspólne rządzenie.

Dlatego pytanie o akceptację koalicji wymaga osobnego badania.

Nie można odpowiedzi uzyskać przez dodanie wyników czterech partii.

Co pokażą głosowania w Sejmie?

W Radiu DTR chcemy zwrócić uwagę na element, który w politycznych dyskusjach bywa spychany na dalszy plan.

Głosowania.

Nie wystarczy sprawdzić, kto z kim wystąpił na konferencji albo kto komu odpowiedział w mediach społecznościowych.

Warto zbadać, jak zachowują się posłowie przy konkretnych ustawach.

Czy popierają podobne rozwiązania podatkowe?

Czy głosują zgodnie w sprawach samorządowych?

Czy występują wspólnie przy projektach gospodarczych?

Jak zachowują się w głosowaniach dotyczących bezpieczeństwa i polityki europejskiej?

I czy ewentualna zgodność jest stała, czy dotyczy tylko pojedynczych spraw?

Tego audytu jeszcze nie przeprowadziliśmy. Nie będziemy więc udawać, że znamy odpowiedź.

Ale właśnie tam należy szukać kolejnych danych.

Będziemy patrzeć nie tylko na to, kto z kim się kłóci. Będziemy patrzeć, kto z kim głosuje.

Wybory zaczynają się w powiatach, nie w telewizyjnym studiu

Ogólnopolskie sondaże przyciągają uwagę, ale kampanie wyborcze prowadzi się także w gminach, powiatach i okręgach.

Tam powstają listy kandydatów, działają lokalni koordynatorzy i odbywają się spotkania.

To właśnie na poziomie terenowym będzie można zweryfikować, czy nowe ugrupowania posiadają rzeczywiste zaplecze.

Dla mieszkańców Dolnego Śląska znaczenie mają również pytania o lokalnych przedstawicieli partii, ich dotychczasową działalność publiczną i stanowiska wobec konkretnych problemów regionu.

Nie chodzi o liczbę banerów wyborczych.

Chodzi o ludzi, którzy będą ubiegać się o mandat i później podejmować decyzje dotyczące pieniędzy publicznych, samorządów, transportu, ochrony zdrowia czy edukacji.

Krajowa polityka bardzo szybko staje się lokalna, kiedy przychodzi do ustalania list wyborczych.

Nie tylko Sejm. Jest jeszcze Senat i prezydent

W analizach koalicyjnych łatwo zapomnieć, że wynik wyborów do Sejmu nie rozstrzyga całego układu instytucjonalnego.

Wybory do Senatu odbywają się w jednomandatowych okręgach, co oznacza inną logikę rywalizacji i porozumień między komitetami.

Porozumienie dotyczące kandydata na senatora nie musi oznaczać wspólnej listy do Sejmu.

Z kolei prezydent posiada konstytucyjne uprawnienia, które wpływają na proces ustawodawczy.

Większość potrzebna do powołania i utrzymania rządu nie jest automatycznie większością zdolną do odrzucenia prezydenckiego weta.

Do odrzucenia weta potrzeba większości trzech piątych głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Przy głosowaniu wszystkich 460 posłów oznacza to 276 głosów.

To kolejny powód, dla którego liczba 231 nie kończy rozmowy o przyszłym rządzeniu.

Polityczna ruletka czy początek nowego układu?

Co zatem naprawdę wiemy po kolejnych październikowych wydarzeniach?

Wiemy, że KO utrzymuje pierwsze miejsce w przywołanych badaniach.

Wiemy, że PiS ma na prawicy kilku odrębnych konkurentów.

Wiemy, że wyniki Konfederacji i KKP są w części badań zbliżone.

Wiemy, że Rozwój Plus prowadzi działalność organizacyjną i prezentuje propozycje programowe, ale jego wynik sondażowy pozostaje niepewny.

Wiemy również, że kilka ugrupowań obecnego obozu rządowego ma trudności z osiągnięciem poziomu gwarantującego udział w podziale mandatów.

Nie wiemy natomiast, jakie listy wyborcze ostatecznie powstaną, które ugrupowania przekroczą próg i jakie porozumienia zostaną zawarte.

Nie wiemy też, czy politycy, którzy dziś konkurują o podobnych wyborców, uzgodniliby wspólny program rządzenia.

I właśnie w tym tkwi najważniejszy wniosek.

Polska scena polityczna nie dzieli się dziś wyłącznie na dwa obozy, którym wystarczy policzyć głosy. Składa się z kilku środowisk prowadzących równocześnie walkę o poparcie, własną tożsamość, struktury i przyszłą pozycję negocjacyjną.

Dlatego w „Wyborczej Ruletce 2027” nie będziemy ogłaszać zwycięzców na podstawie jednego sondażu.

Będziemy sprawdzać liczby, deklaracje, programy, głosowania i rzeczywiste działania.

Bo po wyborach może się okazać, że największym wyzwaniem nie będzie zdobycie 231 mandatów.

Będzie nim uzgodnienie, co z tą większością zrobić.

Radio DTR — więcej niż informacje.

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *