Jeszcze niedawno polską scenę polityczną można było opisywać jako pojedynek dwóch wielkich obozów. Dzisiaj taki obraz coraz mniej pasuje do rzeczywistości. PiS walczy z Morawieckim. Konfederacja konkuruje z Braunem, a wewnątrz niej własne ambicje mają środowiska Mentzena i Bosaka. Lewica i Razem rosną, ale pozostają osobno. PSL i Polska 2050 muszą patrzeć na próg wyborczy. KO prowadzi w sondażach, lecz samo pierwsze miejsce nie daje parlamentarnej większości. Przed wyborami w 2027 roku zaczyna się więc walka nie tylko o zwycięstwo. Dla niektórych będzie to walka o polityczne przetrwanie.
W poprzedniej „Wyborczej Ruletce” opisaliśmy cztery smoki po prawej stronie.
PiS.
Konfederację.
Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego.
Kilka dni później widać już, że nawet ten obraz jest zbyt prosty.
Polska scena polityczna zaczyna przypominać nie pojedynek dwóch armii, lecz stół, przy którym coraz więcej graczy próbuje zabezpieczyć własne miejsce przed 2027 rokiem.
I właśnie dlatego warto przestać patrzeć wyłącznie na pytanie:
kto dzisiaj prowadzi w sondażu?
Znacznie ciekawsze staje się inne:
kto w ogóle dotrwa do wyborów w obecnej formule?
PiS ma 17 procent? Tak. I jednocześnie może mieć 24
To pierwsza lekcja z ostatnich badań.
W dwóch sondażach, które analizowaliśmy poprzednio, PiS znajdował się bardzo nisko:
17,3 proc. – IBRiS dla „Rzeczpospolitej”,
17,2 proc. – United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski.
Można było więc odnieść wrażenie, że poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego ustabilizowało się w okolicach 17 procent.
Tyle że kolejne badania komplikują ten obraz.
W ostatnich pomiarach różnych pracowni PiS otrzymywał wyniki od około 17 do 24 proc. (sondaze.pro)
To olbrzymia różnica.
Podobny problem występuje w przypadku Rozwoju Plus.
Projekt Mateusza Morawieckiego otrzymuje zależnie od badania około 3,5–6,4 proc.
Czyli w jednym sondażu wchodzi do Sejmu.
W drugim nie.
W trzecim balansuje niemal dokładnie na granicy.
To oznacza, że przy obecnym rozchwianiu rynku politycznego pojedynczy sondaż może być bardziej efektownym nagłówkiem niż wiarygodnym opisem trwałego układu sił.
Dlatego w „Wyborczej Ruletce” zmieniamy metodę.
Nie będziemy przywiązywać partii do jednego wyniku. Będziemy patrzeć na przedziały, powtarzalność wyników w różnych badaniach oraz kierunek zmian.
Jedna rzecz jest na razie powtarzalna: KO prowadzi
Koalicja Obywatelska pozostaje pierwsza w ostatnich analizowanych badaniach.
Ale również tutaj rozrzut jest znaczny.
W zależności od pracowni KO otrzymuje wyniki od niespełna 29 proc. do ponad 36 proc. (sondaze.pro)
To daje jej pierwszą pozycję.
Nie daje jednak automatycznie odpowiedzi na najważniejsze pytanie wyborów parlamentarnych:
kto będzie miał 231 mandatów?
Bo o przyszłym Sejmie może zdecydować nie tylko wynik największych ugrupowań.
Może zdecydować również to, co stanie się z kilkoma milionami głosów oddanych na mniejsze partie.
I tutaj zaczyna się prawdziwa ruletka.
Pięć procent może być ważniejsze niż trzydzieści
Wyobraźmy sobie dwie partie.
Jedna otrzymuje 30 procent zamiast 29.
Druga 5,1 procent zamiast 4,9.
Na pierwszy rzut oka większą zmianą wydaje się wzrost pierwszej partii.
W rzeczywistości przekroczenie progu przez drugą może radykalnie zmienić podział mandatów.
A właśnie w tej strefie znajdują się obecnie trzy istotne projekty:
Rozwój Plus, PSL i Razem.
Jeszcze trudniejsza jest sytuacja Polski 2050, która w części badań otrzymuje wyniki rzędu 1–2 proc.
Dlatego przed 2027 rokiem będziemy musieli prowadzić jeszcze jeden licznik:
GŁOSY ZAGROŻONE PROGIEM.
Bo wyborca może zagłosować.
Partia może zdobyć kilka procent.
A mimo tego nie otrzymać ani jednego mandatu.
Te głosy nie znikają z urn, ale przy przeliczaniu mandatów zmieniają układ całej planszy.
Morawiecki wykonał właśnie ruch ważniejszy niż kolejny sondaż
26 września odbyło się Ogólnopolskie Forum Samorządowe Rozwoju Plus w Tomaszowie Mazowieckim.
Organizatorzy informowali o udziale ponad pół tysiąca samorządowców. Nie znaleźliśmy niezależnego audytu potwierdzającego dokładną frekwencję, dlatego tę liczbę należy przypisywać organizatorom.
Sam fakt wydarzenia nie budzi jednak wątpliwości.
Forum miało dwie sceny, panele programowe, uczestniczyli w nim politycy Rozwoju Plus i przedstawiciele samorządów, a efektem była Deklaracja Samorządowa. (forum.rozwoj.plus)
To ważna zmiana.
Rozwój Plus przestaje być wyłącznie grupą parlamentarzystów, którzy odeszli z PiS.
Zaczyna budować drugi poziom organizacji:
samorząd.
A samorządowiec wnosi do politycznego projektu coś, czego nie daje transfer posła.
Lokalne nazwisko.
Rozpoznawalność.
Kontakty.
Struktury.
I często własny elektorat.
„Polska jednej prędkości”. Morawiecki szuka własnego języka
Na forum pojawiło się hasło „Polska jednej prędkości”.
Morawiecki zaproponował również zmianę sposobu dzielenia wpływów z CIT pomiędzy samorządy.
Według przedstawionej koncepcji byłoby to:
500 zł na mieszkańca gminy,
120 zł na mieszkańca powiatu,
80 zł na mieszkańca województwa.
W Tomaszowie Mazowieckim Morawiecki zestawiał obecne wpływy miasta z CIT wynoszące około 7 mln zł z około 27–28 mln zł, które według jego wyliczeń miałby przynieść proponowany system. (wszystkoconajwazniejsze.pl)
To nadal propozycja polityczna, a nie obowiązujące rozwiązanie.
Trzeba będzie osobno policzyć jej koszt dla finansów państwa oraz sprawdzić, kto na zmianie zyskiwałby, a kto tracił.
Ale politycznie jest tu coś jeszcze.
Morawiecki próbuje zbudować własny język.
Nie tylko:
„jestem przeciw Kaczyńskiemu”.
Ale:
„samorząd kontra centrala”,
„lokalny rozwój kontra Warszawa”,
„Polska jednej prędkości”.
To jest już próba budowania marki.
Ale nowa marka wciąż ma stare polityczne DNA
I tego nie wolno zgubić.
Rdzeń Rozwoju Plus tworzą ludzie związani przez lata z PiS i rządami Zjednoczonej Prawicy.
Mateusz Morawiecki był premierem.
Marcin Horała, Michał Dworczyk, Waldemar Buda, Paweł Jabłoński, Grzegorz Puda, Olga Semeniuk-Patkowska czy Ireneusz Zyska zajmowali wysokie stanowiska w poprzednim obozie władzy.
Dlatego określenie Rozwoju Plus jako całkowicie „nowej siły” byłoby zbyt daleko idące.
Ale równie nieprecyzyjne staje się określanie go wyłącznie jako odłamu PiS.
Do środowiska Morawieckiego zaczęli bowiem dołączać samorządowcy o innych politycznych życiorysach.
Przykładem jest prezydent Mysłowic Dariusz Wójtowicz, którego wcześniejsza działalność polityczna obejmowała m.in. środowisko SLD i późniejsze inicjatywy samorządowe. (rp.pl)
To warto obserwować.
Bo być może Morawiecki próbuje zbudować partię z dwóch materiałów:
dawnego zaplecza PiS
oraz
lokalnych polityków, którzy nie chcą identyfikować się z PiS.
Ale jest pierwszy ruch w drugą stronę
25 września wydarzyło się coś jeszcze.
Poseł Sławomir Skwarek przeszedł z klubu Rozwoju Plus do PiS. Zmianę przynależności odnotowują dane dotyczące składu Sejmu. (sejm.info)
To drobny ruch liczbowo.
Ale ważny analitycznie.
Do tej pory opisywaliśmy przede wszystkim kierunek:
PiS → Morawiecki.
Teraz pojawiło się:
Morawiecki → PiS.
I dlatego od dzisiaj warto prowadzić licznik.
Kto przyszedł?
Skąd?
Kto odszedł?
Dokąd?
Bo liczba ludzi, których nowa formacja potrafi pozyskać, to tylko połowa historii.
Druga połowa brzmi:
czy potrafi ich zatrzymać?
Rozwój Plus stoi przed najważniejszym testem: partią
Dotychczas można było dyskutować, czy mamy do czynienia ze stowarzyszeniem, klubem parlamentarnym czy trwałym projektem wyborczym.
Ten etap ma się skończyć.
Według informacji dotyczących planów środowiska Morawieckiego Rozwój Plus przygotowuje się do przekształcenia projektu w partię polityczną, a istotnym terminem w tym procesie ma być 15 października. (rp.pl)
Równocześnie zapowiadana jest szeroka aktywność terenowa obejmująca setki spotkań.
Jeżeli oba elementy zostaną zrealizowane, dostaniemy już pełny ciąg:
stowarzyszenie → klub parlamentarny → samorządowcy → partia → struktury terenowe → potencjalne listy wyborcze.
To będzie znacznie ważniejszy test niż pojedynczy wynik 5,1 czy 5,8 proc.
PiS próbuje zatrzymać swojego wyborcę inną metodą
Jarosław Kaczyński po wyborze Marcina Horały na wicemarszałka Sejmu przedstawiał działania Morawieckiego jako rozbijanie PiS i sugerował jego polityczne zbliżenie do Donalda Tuska. (tvn24.pl)
Nie ma podstaw, aby samo poparcie Horały przez posłów obecnej większości uznać za dowód politycznego układu Tusk–Morawiecki.
Jest natomiast dowodem czegoś innego.
PiS próbuje zbudować bardzo czytelny komunikat dla swojego elektoratu:
odejście do Morawieckiego pomaga przeciwnikom PiS.
To może być jedna z głównych osi walki pomiędzy Kaczyńskim a byłym premierem.
Nie o centrum.
O tego samego wyborcę.
Tyle że obaj mogą patrzeć w niewłaściwą stronę
Bo obok znajduje się Konfederacja.
A obok Konfederacji – Braun.
W ostatnich badaniach Konfederacja otrzymuje wyniki mniej więcej w przedziale kilkunastu procent.
KKP Brauna – zależnie od pracowni – od około 7 do 11 proc.
To nadal bardzo znacząca część rynku politycznego. (sondaze.pro)
I dlatego pozostaje aktualne pytanie z poprzedniej „Wyborczej Ruletki”:
czy Kaczyński i Morawiecki, walcząc ze sobą o dawny elektorat PiS, nie zostawiają jednocześnie przestrzeni Mentzenowi, Bosakowi i Braunowi?
Na razie nie mamy wystarczających aktualnych danych przepływowych, aby odpowiedzieć, kto dokładnie komu i ilu wyborców odebrał.
Dlatego nie będziemy tego udawać.
Ale wiemy już, że konkurencja na prawicy nie jest pojedynkiem.
Co więcej, nawet Konfederacja nie jest jednym politycznym organizmem
To kolejny element układanki.
Konfederacja pozostaje wspólnym projektem kilku środowisk.
Swoje zaplecze posiada Nowa Nadzieja Sławomira Mentzena.
Swoje – Ruch Narodowy Krzysztofa Bosaka.
Bosak rozpoczyna własną aktywność terenową przed kolejnym cyklem wyborczym, a przedstawiciele jego środowiska podkreślają autonomiczne cele Ruchu Narodowego. (wyborcza.biz)
Nie oznacza to automatycznie rozłamu.
Oznacza jednak, że analizując kilkunastoprocentową Konfederację, trzeba obserwować nie tylko jej rywalizację z Braunem i PiS.
Trzeba również obserwować równowagę wewnątrz samej Konfederacji.
A Braun nie jest automatycznie przyszłym partnerem PiS
To szczególnie ważne przy wszelkich symulacjach mandatowych.
Matematycznie bardzo łatwo napisać:
PiS + Konfederacja + Braun + Morawiecki = X mandatów.
Polityka nie jest jednak Excelem.
Beata Szydło publicznie wykluczyła możliwość koalicji PiS z ugrupowaniem Grzegorza Brauna, określając taki wariant jako nie do przyjęcia. (tysol.pl)
To oczywiście dzisiejsza deklaracja polityczna, a nie gwarancja zachowania wszystkich ugrupowań po przyszłych wyborach.
Pokazuje jednak, dlaczego musimy oddzielać trzy pojęcia:
poparcie wyborcze,
liczbę mandatów,
zdolność koalicyjną.
Można mieć odpowiednią liczbę mandatów na papierze i nie mieć politycznej większości.
Tymczasem po lewej stronie też trwa układanie puzzli
Skupienie się wyłącznie na prawicy byłoby błędem.
Wrześniowy CBOS pokazał po imputacji niezdecydowanych:
Nowa Lewica – 7,2 proc.,
Razem – 6,8 proc.
Według CBOS oba ugrupowania lewicowe łącznie zanotowały największy wzrost w porównaniu z wcześniejszym pomiarem – 3,8 pkt proc. (cbos.pl)
Jednocześnie pozostaje pytanie o ich przyszłą formułę startu.
Osobno?
Razem?
W większym bloku?
Nie znamy odpowiedzi.
Ale z punktu widzenia ordynacji będzie ona bardzo ważna.
PSL i Polska 2050 prowadzą zupełnie inną walkę
Nie o pierwsze miejsce.
Nie o drugie.
O pięć procent.
PSL w części ostatnich badań pozostaje poniżej progu.
Polska 2050 znajduje się jeszcze niżej. (ewybory.eu)
I dlatego przed tymi ugrupowaniami stoi strategiczna decyzja:
samodzielny start czy wspólna lista?
Dla partii mającej trzydzieści procent różnica jednego punktu jest istotna.
Dla partii mającej około pięciu procent różnica jednego punktu może oznaczać różnicę pomiędzy klubem parlamentarnym a brakiem reprezentacji w Sejmie.
To zupełnie inny rodzaj politycznej presji.
I tutaj pojawia się największy paradoks całej układanki
KO może wygrać wybory pod względem liczby głosów.
PiS może pozostać drugim największym ugrupowaniem.
Konfederacja może mieć kilkanaście procent.
Braun może zdobyć znaczącą reprezentację.
Morawiecki może przekroczyć próg.
Lewica i Razem mogą znaleźć się w Sejmie.
A mimo wszystko o większości może zdecydować to, kto dostanie 4,9, a kto 5,1 proc.
To właśnie dlatego dzisiejsze sondaże należy czytać inaczej.
Nie tylko pionowo:
kto jest pierwszy, drugi, trzeci?
Ale również poziomo:
kto przekracza próg, kto z kim konkuruje o podobnego wyborcę i które głosy mogą wypaść z podziału mandatów?
Kraków dał nam pierwszy prawdziwy test. Ale tylko lokalny
Przedterminowe wybory prezydenta Krakowa dostarczyły czegoś, czego sondaże ogólnopolskie nie dają.
Prawdziwych kart wyborczych.
Prawdziwej frekwencji.
Prawdziwej mobilizacji.
I natychmiast zostały przez partie potraktowane jako argument w ogólnopolskiej dyskusji przed 2027 rokiem. (wiadomosci.onet.pl)
Trzeba jednak zachować dyscyplinę.
Kraków nie jest Polską.
Wybory prezydenta miasta nie są wyborami parlamentarnymi.
Znaczenie kandydatów lokalnych jest inne niż znaczenie partyjnego logo.
Dlatego nie będziemy przeliczać Krakowa na wynik wyborów 2027.
Możemy natomiast wykorzystać te wybory jako laboratorium.
Sprawdzić, które środowiska potrafiły rzeczywiście zmobilizować swoich sympatyków.
To znacznie ciekawsze niż ogłoszenie kolejnego „zwycięzcy” lub „przegranego” na podstawie jednego miasta.
Największy elektorat może jeszcze nie mieć swojej partii
Jest jeszcze jedna grupa, o której politycy mówią znacznie mniej niż o własnych słupkach.
Ludzie, którzy nie znajdują dla siebie oczywistego wyboru.
W jednym z badań dotyczących hipotetycznych konfiguracji koalicyjnych 28,1 proc. respondentów nie wybrało żadnego z przedstawionych bloków, a kolejne 19,6 proc. nie potrafiło odpowiedzieć.
Nie wolno na tej podstawie powiedzieć, że niemal połowa Polaków jest „niezdecydowana”.
To byłoby metodologicznie nieuczciwe.
Pytanie dotyczyło konkretnych wariantów koalicji.
Ale wynik pokazuje coś ważnego:
duża część wyborców nie mieści się łatwo w przygotowanych przez polityków szufladkach.
I właśnie o tych ludzi będzie toczyć się kolejna część kampanii.
Dlatego od dzisiaj zmieniamy również naszą „Wyborczą Ruletkę”
Nie będziemy publikować wyłącznie kolejnych sondaży.
Zaczniemy prowadzić tablicę kontrolną wyborów 2027.
Będziemy sprawdzać:
wyniki wielu pracowni, a nie jednej,
przepływy elektoratu, jeśli pojawią się wiarygodne badania,
transfery posłów i samorządowców,
budowę struktur terenowych,
ryzyko znalezienia się pod progiem,
programy i konkretne propozycje,
głosowania parlamentarne,
deklaracje koalicyjne,
a później – kandydatów i listy.
Bo kampania wyborcza nie zaczyna się w dniu rozwieszenia pierwszych plakatów.
Ona już trwa.
Ruletka zaczyna się kręcić naprawdę
KO próbuje utrzymać pozycję lidera.
PiS musi jednocześnie walczyć z największym przeciwnikiem i pilnować własnego politycznego zaplecza.
Morawiecki próbuje zamienić bunt części parlamentarzystów w samodzielną partię.
Konfederacja walczy o dalszy wzrost, jednocześnie zachowując równowagę pomiędzy własnymi środowiskami.
Braun buduje osobny biegun.
Lewica i Razem muszą zdecydować, czy większą wartością jest samodzielność, czy wyborcza matematyka.
PSL i Polska 2050 muszą znaleźć sposób, aby ich głosy nie zostały pod progiem.
A pomiędzy nimi pozostają wyborcy, którzy mogą jeszcze kilkukrotnie zmienić zdanie.
Dlatego największym błędem byłoby dzisiaj ogłoszenie, że wiemy, jak skończą się wybory w 2027 roku.
Nie wiemy.
Ale możemy zrobić coś znacznie wartościowszego.
Możemy patrzeć politykom na ręce od początku.
Sprawdzać, co obiecują.
Liczyć, kto skąd przyszedł.
Zapisywać, kto z kim głosował.
Porównywać dzisiejsze deklaracje z jutrzejszymi decyzjami.
I pamiętać o naszej podstawowej zasadzie:
Będziemy patrzeć nie tylko na to, kto z kim się kłóci. Będziemy patrzeć, kto z kim głosuje.
Bo w wyborczej ruletce 2027 najciekawsze może ostatecznie nie być to, kto wygra pierwszy obrót koła.
Najważniejsze będzie to, kto pozostanie przy stole, kiedy trzeba będzie zebrać 231 mandatów.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






