wtorek 29 września 2026
Imieniny: Michał, Rafał, Gabriel
29/09/2026Autor
Oceń materiał

Są miejsca, do których człowiek wchodzi po informację. Są też takie, do których wchodzi z latarką, lupą, zapasem wody i testamentem.

Do tej drugiej kategorii należy Biuletyn Informacji Publicznej.

Teoretycznie BIP ma służyć obywatelowi. W praktyce bywa czymś pomiędzy muzeum administracji, wykopaliskiem archeologicznym a grą terenową pod tytułem:

„Znajdź dokument, zanim stracisz wolę życia”.

Archeolog ma łatwiej. Wie przynajmniej, że szuka czegoś zakopanego.

Czytaj dalej

Powiązany temat

Użytkownik BIP-u zaczyna natomiast niewinnie. Chce znaleźć protokół z sesji rady, zarządzenie burmistrza albo umowę. Wpisuje nazwę dokumentu w wyszukiwarkę i po chwili dowiaduje się, że dokumentu nie ma.

To znaczy: jest.

Tylko nie tam.

Warstwa pierwsza: cywilizacja zakładek

Pierwsze wykopaliska odbywają się w menu.

„Rada Gminy”.

Klik.

„Dokumenty Rady”.

Klik.

„Sesje”.

Klik.

„Kadencja 2024–2029”.

Klik.

„Pozostałe”.

Klik.

„Archiwum”.

I nagle obywatel odkrywa dokument z 2017 roku, którego wprawdzie nie szukał, ale za to może podziwiać, że przetrwał.

Badacze nazwaliby to warstwą kulturową.

Urzędnicy nazywają to zapewne strukturą strony.

Warstwa druga: artefakt

Po dwudziestu minutach pojawia się plik.

Nazwa:

scan002734_final_popr2_ost.pdf

Serce badacza zaczyna bić szybciej.

Czy to protokół?

Czy uchwała?

Czy rachunek za toner?

Nie wiadomo.

Otwieramy.

Pierwsza strona pusta.

Druga obrócona o 90 stopni.

Trzecia zawiera pieczątkę.

Czwarta wygląda obiecująco, ale została zeskanowana w jakości pozwalającej ustalić jedynie, że w dokumencie występowały litery.

To już nie jest dostęp do informacji publicznej.

To rekonstrukcja pisma linearnego B.

Warstwa trzecia: zaginiona kultura

Najciekawsze jest jednak to, że kultura, której śladów poszukujemy, wcale nie zaginęła.

Urząd istnieje.

Rada obraduje.

Komisje się spotykają.

Dokumenty powstają.

Ktoś je pisze.

Ktoś je podpisuje.

Ktoś wysyła.

Ktoś archiwizuje.

A jednak pomiędzy dokumentem a obywatelem czasem pojawia się tajemnicza szczelina czasoprzestrzenna.

Dokument żyje.

Obywatel wie, że żyje.

Urząd wie, że żyje.

Tylko BIP zachowuje się tak, jakby ostatnia aktywność administracji zakończyła się wraz z upadkiem Cesarstwa Zachodniorzymskiego.

Archeologia cyfrowa

W klasycznej archeologii badacz usuwa ziemię warstwa po warstwie.

W BIP-ie usuwa:

zakładkę po zakładce,
menu po menu,
„więcej” po „więcej”,
„archiwum” po „archiwum”.

W końcu znajduje.

I wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa nauka: trzeba ustalić, dlaczego dokument znajduje się właśnie tam.

To pytanie może pozostać bez odpowiedzi przez pokolenia.

Być może był to rytuał.

Być może kapłan administracji umieścił go tam podczas pełni księżyca.

Być może po prostu ktoś pomyślał:

„A, wrzucę tutaj”.

Najpiękniejsza jest jednak urzędowa odpowiedź

Kiedy obywatel pyta:

„Gdzie jest ten dokument?”

może czasami usłyszeć:

„Dokument znajduje się w BIP”.

To administracyjny odpowiednik odpowiedzi:

— Gdzie są Bieszczady?
— W Polsce.

Formalnie prawda.

Praktycznie średnio pomocne.

BIP nie powinien być escape roomem

Problem robi się mniej zabawny, kiedy przypomnimy sobie, czym BIP właściwie jest.

Nie jest internetowym magazynem przypadkowo porozrzucanych plików.

Nie jest też konkursem dla najbardziej cierpliwego mieszkańca.

Ma umożliwiać obywatelowi realny dostęp do informacji publicznej.

Jeżeli więc informacja istnieje, ale żeby ją znaleźć, trzeba posiadać doświadczenie bibliotekarza, archeologa, informatyka i tropiciela śladów, to technicznie coś opublikowano.

Tylko komunikacyjnie obywatel nadal stoi przed zamkniętymi drzwiami.

I właśnie dlatego hasło naszej dzisiejszej ekspedycji brzmi:

„Informacja publiczna. Dostępna dla wytrwałych”.

Radio DTR uprzedza: przed następną wyprawą do BIP warto zabrać lupę, szczoteczkę archeologiczną i kanapki.

Nigdy nie wiadomo, ile potrwa wykopalisko.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.