Lotnisko, które miało podbić Trójmiasto. 165 milionów w planie, 91,7 miliona zaangażowane i port bez pasażerów

Oceń materiał

Miał być drugi cywilny port lotniczy dla Trójmiasta, tanie linie, czartery, miejsca pracy i nowy impuls gospodarczy dla północnej części aglomeracji. Powstał terminal, przygotowano infrastrukturę, wydano dziesiątki milionów złotych. Regularny ruch pasażerski jednak nie wystartował. Port Lotniczy Gdynia–Kosakowo stał się za to jednym z najbardziej spektakularnych przykładów ryzyka samorządowych inwestycji infrastrukturalnych w Polsce. W tle są 165 mln zł planowanych nakładów, 91,7 mln zł publicznego finansowania, Komisja Europejska, upadłość spółki, wieloletnie procesy i nazwiska ludzi, którzy wierzyli, że lotnisko jednak poleci.

Na budynku wciąż widnieje napis: „Lotnisko Kosakowo”.

Drzwi, terminal, infrastruktura. Wszystko wygląda tak, jakby za chwilę miał pojawić się pierwszy komunikat:

„Prosimy pasażerów o przejście do odprawy”.

Tyle że historia tego miejsca potoczyła się zupełnie inaczej.

Port, który miał obsługiwać cywilnych pasażerów i uzupełniać ofertę gdańskiego Rębiechowa, nigdy nie stał się regularnym lotniskiem pasażerskim. A rachunek za ambicję dwóch samorządów liczono w dziesiątkach milionów złotych.

Wojciech Szczurek: „nie czy, ale kiedy”

Jedną z najważniejszych postaci tej historii jest Wojciech Szczurek, wieloletni prezydent Gdyni.

Już w lutym 2008 roku podczas prezentacji projektu mówił, że nie należy pytać, czy lotnisko powstanie, lecz kiedy. Idealnym terminem miało być Euro 2012. Port w Kosakowie przedstawiano wówczas jako naturalny kierunek rozwoju Gdyni i całej aglomeracji.

Projekt miał istotny atut: nie rozpoczynano budowy lotniska na pustym polu.

W Kosakowie funkcjonowało lotnisko wojskowe z pasem startowym o długości około 2,5 km. Cywilny port miał wykorzystywać istniejącą infrastrukturę i stopniowo ją rozbudowywać.

W 2007 roku Gdynia i gmina Kosakowo powołały spółkę Port Lotniczy Gdynia–Kosakowo. Dominującym udziałowcem została Gdynia. Według danych rejestrowych miasto posiadało ostatecznie około 93 proc. udziałów, a gmina Kosakowo około 7 proc.

Za polityczną decyzją szły pieniądze.

165 milionów złotych

To liczba, którą trzeba wyjaśnić szczególnie dokładnie.

Według ustaleń opisujących wyniki kontroli NIK Gdynia planowała przeznaczyć na przedsięwzięcie około 165 mln zł. Komisja Europejska zainterweniowała jednak wcześniej — w momencie, gdy zaangażowanie publicznych środków wynosiło około 91,7 mln zł.

Nie należy więc pisać, że „lotnisko kosztowało 165 mln zł”.

To nieprecyzyjne.

Około 165 mln zł stanowiło planowany poziom wydatków. Około 91,7 mln zł było kwotą publicznego finansowania, która znalazła się później w centrum sporu z Komisją Europejską.

Z dokumentów gminy Kosakowo z 2014 roku wynika, że z tej kwoty 85 mln zł przypadało na Gdynię, a 6 mln zł na Kosakowo. Samorząd podawał również, że około 70 mln zł przeznaczono na infrastrukturę lotniska.

Kontrola NIK zwróciła ponadto uwagę, że ponad 1,9 mln zł pochłonęły usługi prawne i doradcze.

I właśnie przy takich inwestycjach zaczyna się pytanie najważniejsze:

czy samorząd jest inwestorem, czy przedsiębiorcą ryzykującym pieniędzmi podatników?

Janusz Stateczny. Człowiek od operacyjnej strony portu

Kolejnym nazwiskiem nierozerwalnie związanym z projektem jest Janusz Stateczny, wieloletni prezes Portu Lotniczego Gdynia–Kosakowo.

To on był twarzą operacyjnej części przedsięwzięcia. W 2008 roku przekonywał między innymi o atrakcyjności komunikacyjnej Kosakowa i niewielkiej odległości lotniska od centrum Gdyni.

Dane rejestrowe wskazują Statecznego jako osobę reprezentującą spółkę od jej początków aż do zakończenia jej bytu rejestrowego.

W radzie nadzorczej pojawiali się natomiast Bogusław Stasiak, Zbigniew Smolarek i Jerzy Włudzik, a później również Małgorzata Głódkowska.

Nazwiska są istotne, bo historia Kosakowa nie jest historią bezosobowego „samorządu”.

Za każdą uchwałą, podwyższeniem kapitału, prognozą i decyzją inwestycyjną stoją konkretne organy oraz konkretni ludzie.

Jerzy Włudzik: lotnisko miało rozwijać region

Drugim samorządowym filarem przedsięwzięcia był Jerzy Włudzik, ówczesny wójt gminy Kosakowo.

Jeszcze po zakwestionowaniu finansowania przez Komisję Europejską przekonywał, że gmina nie zamierza rezygnować z projektu.

Kosakowo zainwestowało wówczas około 6 mln zł.

Włudzik wskazywał na zainteresowanie działalnością szkoleniową, potencjalny hotel, cargo oraz korzystne położenie w pobliżu portu morskiego i infrastruktury transportowej. Argumentował, że lotnisko może pobudzić region i stworzyć miejsca pracy. Jednocześnie popierał stanowisko Wojciecha Szczurka, który zamierzał kwestionować decyzję Komisji Europejskiej.

I być może właśnie tutaj znajduje się najbardziej pouczający fragment całej historii.

Argumentów za było wiele.

Infrastruktura już istniała.

Blisko Gdyni.

Blisko portu.

Możliwość cargo.

Tanie linie.

Czartery.

General Aviation.

Nowe firmy.

Miejsca pracy.

Tylko że w dużych inwestycjach publicznych lista potencjalnych korzyści to jeszcze nie model biznesowy.

A 25 kilometrów dalej działało już lotnisko

Problem miał nazwę:

Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Kosakowo miało powstać zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od funkcjonującego i rozwijającego się lotniska w Gdańsku.

Komisja Europejska uznała, że kapitał przekazany spółce przez Gdynię i Kosakowo dawał portowi korzyść gospodarczą, której nie uzyskałby na warunkach rynkowych.

Nakazała odzyskanie około:

91,7 mln zł

czyli około 21,8 mln euro.

Komisja wskazywała, że finansowanie zakłócało konkurencję, między innymi względem portu gdańskiego.

To ważne rozróżnienie.

Bruksela nie wydała administracyjnego orzeczenia pod tytułem:

„Drugie lotnisko jest bez sensu”.

Problem dotyczył przede wszystkim pomocy państwa oraz tego, czy inwestycja publiczna zachowywała się ekonomicznie jak inwestycja, którą zaakceptowałby prywatny inwestor.

Samorządy argumentowały, że tak.

Komisja uznała inaczej.

Był nawet Test Prywatnego Inwestora

Historia robi się jeszcze ciekawsza.

Samorządy nie działały bez analiz.

W oficjalnych materiałach Kosakowa wskazywano, że wykonany został Test Prywatnego Inwestora, przygotowany przez PwC. Według samorządów analiza miała wykazywać ekonomiczną zasadność przedsięwzięcia i potwierdzać, że publiczni udziałowcy zachowują się tak, jak racjonalny inwestor prywatny.

To świetny przykład, dlaczego przy wielomilionowych projektach warto po latach wracać nie tylko do samego rezultatu, ale również do prognoz stanowiących podstawę decyzji.

I zapytać:

Ilu pasażerów przewidywano?

Jakie przychody?

Jakie koszty utrzymania?

Jaką konkurencję?

Jaką stopę zwrotu?

Jakie ryzyko?

I przede wszystkim:

Reklama
Reklama
Reklama

które z tych założeń okazały się błędne?

Maj 2014. Upadłość

Spółka nie była w stanie zwrócić żądanej pomocy.

W maju 2014 roku sąd ogłosił jej upadłość likwidacyjną.

Syndykiem została Magdalena Smółka. Według danych rejestrowych pełniła tę funkcję od czerwca 2014 roku.

I tak powstał szczególny rodzaj inwestycji publicznej:

terminal był.

Pas był.

Infrastruktura była.

Spółka była w upadłości.

Pasażerów nie było.

Ale Gdynia nie odpuściła

Wojciech Szczurek konsekwentnie kwestionował stanowisko Komisji Europejskiej.

Spór przeniósł się do sądów Unii Europejskiej i ciągnął się przez lata.

Były uchylenia wcześniejszych rozstrzygnięć, ponowne rozpoznawanie sprawy, apelacje.

Ostatecznie 22 czerwca 2023 roku Trybunał Sprawiedliwości UE wydał wyrok w sprawie C-163/22 P i oddalił apelację Gminy Miasta Gdyni oraz Portu Lotniczego Gdynia–Kosakowo. Sprawa została zamknięta.

Od powołania spółki minęło wtedy około 16 lat.

Z 91,7 miliona do 7,15 miliona

A teraz najbardziej symboliczna liczba całej historii.

7 150 000 zł.

Tyle w 2021 roku zapłaciła gmina Kosakowo za przedsiębiorstwo upadłej spółki.

Cena wywoławcza wynosiła 7,138 mln zł.

Gmina zaoferowała 7,15 mln.

Była jedynym oferentem w drugim przetargu.

Trzeba jednak zaznaczyć rzecz istotną: nie oznacza to, że samorząd „kupił za 7 mln zł coś, co wcześniej kosztowało 91 mln”.

Struktura własności była bardziej skomplikowana.

Znaczna część terenów nie należała do upadłej spółki. Ponad 250 hektarów gruntów Skarbu Państwa zostało wcześniej użyczonych gminie Kosakowo, a umowa obowiązuje do 2040 roku.

Mimo to kontrast ekonomiczny pozostaje uderzający:

dziesiątki milionów publicznych złotych zaangażowanych w stworzenie cywilnego portu — i kilka milionów wartości przedsiębiorstwa sprzedawanego po latach w postępowaniu upadłościowym.

Marcin Majek: jeszcze raz spróbujmy

I tutaj w historii pojawia się kolejne nazwisko.

Marcin Majek, ówczesny wójt Kosakowa.

To za jego kadencji gmina zdecydowała się odkupić przedsiębiorstwo.

Majek nie ukrywał, że decyzja będzie kontrowersyjna. Sam wskazywał, że mieszkańcy mogą pytać, dlaczego wydano siedem milionów na lotnisko, skoro pieniądze mogły zostać przeznaczone na drogi, chodniki czy oświetlenie.

Argumentował jednak, że taka okazja jest jednorazowa.

Uważał również, że lotnisko ma szansę działać — choć już niekoniecznie w pierwotnej formule regularnego portu pasażerskiego.

To bardzo charakterystyczny moment tej historii.

Po kilkunastu latach ambicja została znacznie zmniejszona.

Z portu dla tanich linii, pasażerów i czarterów — do mniejszej działalności lotniczej i zagospodarowania terenu.

Czarna Księga 2026: „Port widmo”

Historia powróciła w tym roku.

Warsaw Enterprise Institute umieścił Gdynię–Kosakowo w swojej „Czarnej Księdze wydatków publicznych 2026”, określając przedsięwzięcie mianem „Portu widmo” i kwalifikując je do kategorii „totalny absurd”.

WEI szacuje koszt przedsięwzięcia na około 100 mln zł, uwzględniając 91,7 mln zł dokapitalizowania oraz pozostałe koszty.

To ocena organizacji, nie oficjalnego organu kontrolnego, ale trudno się dziwić, że po ponad dekadzie Kosakowo stało się symbolem publicznych inwestycji, które świetnie prezentują się na wizualizacji, gorzej natomiast po zetknięciu z rachunkiem ekonomicznym.

Nazwiska zostają, podobnie jak decyzje

W tej historii najczęściej pojawiają się:

Wojciech Szczurek — prezydent Gdyni i najważniejszy polityczny promotor przedsięwzięcia;

Jerzy Włudzik — wieloletni wójt Kosakowa, współtwórca projektu i członek rady nadzorczej spółki;

Janusz Stateczny — prezes Portu Lotniczego Gdynia–Kosakowo;

Bogusław Stasiak i Zbigniew Smolarek — wieloletni członkowie rady nadzorczej;

Małgorzata Głódkowska — późniejsza członkini organu nadzoru;

Magdalena Smółka — syndyk upadłej spółki;

Marcin Majek — wójt Kosakowa, za którego gmina zdecydowała się w 2021 roku odkupić przedsiębiorstwo za 7,15 mln zł.

Nie oznacza to oczywiście, że samo występowanie nazwiska przy projekcie przesądza o indywidualnej odpowiedzialności za jego niepowodzenie.

Ale w administracji publicznej warto pamiętać o jednej rzeczy:

pieniądze są publiczne, lecz decyzje nigdy nie są anonimowe.

Najdroższe w tej historii nie są ściany

Najłatwiej dziś pojechać pod terminal, zrobić zdjęcie pustych drzwi i powiedzieć:

„Patrzcie, zmarnowali 100 milionów”.

To jednak zbyt proste.

Kosakowo jest ciekawsze.

Bo pokazuje mechanizm, który regularnie powraca w samorządach.

Najpierw pojawia się wizja.

Potem ekspertyza potwierdzająca, że wizja może się udać.

Następnie argument:

skoro zaczęliśmy, trzeba kontynuować.

Potem:

skoro już tyle wydaliśmy, szkoda się wycofać.

A na końcu przychodzi rzeczywistość i zadaje pytanie, którego najczęściej powinno się udzielić przed pierwszą wydaną złotówką:

kto właściwie będzie za to płacił, kiedy skończy się etap budowania?

Bo zbudowanie terminalu jest stosunkowo łatwe.

Znacznie trudniej zbudować rynek dla terminalu.

Kosakowo dostało jedno i drugie pomieszane.

Pozostał budynek z dużym napisem:

Lotnisko Kosakowo.

I historia o porcie, który przez lata miał wystartować.

Tyle że najważniejszego startu — gospodarczego — nigdy nie wykonał.

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry