Milion rowerów rocznie, a potem zabrakło na pensje. Jak upadł Romet

Oceń materiał

Bankructwa polskiego biznesu #1

Jeszcze w 1989 roku Romet sprzedawał niemal 1,3 miliona rowerów. W połowie następnej dekady odpowiadał za około połowę polskiego rynku. Był marką, którą znał właściwie każdy Polak.

W maju 1998 roku pracownicy czekali na zaległe wynagrodzenia, konta przedsiębiorstwa były blokowane przez wierzycieli, a potencjalny inwestor proponował przejęcie firmy za symboliczną złotówkę.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Kilka dni później Romet był już bankrutem.

Jak można przejść od ponad miliona sprzedawanych rowerów do upadłości w ciągu niespełna dekady?

Historia Rometu pokazuje coś znacznie ciekawszego niż prostą opowieść o tym, że polski przemysł przegrał z Zachodem albo z tanim importem z Azji.

Pokazuje przedsiębiorstwo, które dostało kilka ostrzeżeń, raz niemal wydostało się z kryzysu, wciąż miało klientów i ogromną rozpoznawalność marki, a mimo to ostatecznie zabrakło mu najważniejszego paliwa każdego biznesu.

Gotówki.

Fabryka, którą znała cała Polska

Romet był czymś więcej niż producentem rowerów.

Był jednym z symboli polskiego przemysłu.

Zakłady Rowerowe w Bydgoszczy tworzyły rozbudowany organizm obejmujący nie tylko centralną fabrykę, ale również zakłady w Poznaniu, Jastrowiu, Kowalewie Wielkopolskim i Wałczu.

Powstawały tam rowery dla dzieci i dorosłych, składaki, rowery sportowe, części, piasty, łańcuchy, mechanizmy korbowe i oświetlenie.

Wigry, Jubilat, Gazela, Wagant.

Dla pokolenia wychowanego w PRL były to nazwy niemal równie oczywiste jak nazwy samochodów jeżdżących po polskich drogach.

Archiwum Państwowe w Bydgoszczy określa Romet jako największą polską fabrykę rowerów. W szczytowym okresie zakłady produkowały około 1–1,2 mln jednośladów rocznie.

Źródła prasowe z początku transformacji pokazują nawet większą skalę.

W najlepszych latach Romet miał produkować około 1,5 mln rowerów i 150 tys. motorowerów rocznie. Jeszcze w 1989 roku sprzedał prawie 1,3 mln rowerów oraz 95 tys. motorowerów.

A potem zmieniła się Polska.

I zmienił się rynek.

Nagle klient mógł wybierać

Gospodarka PRL działała w rzeczywistości chronicznego niedoboru.

Producent często nie musiał walczyć o klienta. Problemem nie było znalezienie kupca, lecz wyprodukowanie wystarczającej liczby towarów.

Po 1989 roku zasady gry odwróciły się niemal natychmiast.

Na polski rynek zaczęły trafiać produkty zagraniczne. Pojawiła się konkurencja cenowa, wzornicza i technologiczna. Klient, który wcześniej kupował to, co akurat znajdowało się w sklepie, zaczął wybierać.

Dla przedsiębiorstwa zbudowanego dla zupełnie innego systemu gospodarczego był to potężny wstrząs.

Liczby pokazują tempo zmiany.

W 1989 roku Romet sprzedał prawie 1,3 mln rowerów.

Dwa lata później — w 1991 roku — już około 846 tys.

Jeszcze bardziej spektakularny był upadek rynku motorowerów: z około 95 tys. sprzedanych sztuk w 1989 roku do zaledwie około 5 tys. w roku 1991.

To wygląda jak początek końca.

Tyle że historia nie była tak prosta.

Romet już raz niemal umarł

Właśnie ten fragment historii przedsiębiorstwa jest najbardziej interesujący.

Dwa lata przed 1994 rokiem Rometowi groziła likwidacja.

Firma była zadłużona na ponad 400 miliardów starych złotych. Pod koniec 1993 roku sytuacja była tak zła, że tydzień pracy skrócono do trzech dni.

Wydawałoby się, że finał jest przesądzony.

A jednak nie.

Romet zaczął się podnosić.

Pomogły dwa elementy.

Pierwszym była rosnąca moda na stosunkowo proste rowery górskie.

Drugim — jak opisywała to wówczas „Rzeczpospolita” — bardzo ostra dyscyplina kosztowa.

Efekt?

W pierwszych pięciu miesiącach 1994 roku Romet miał osiągnąć około 37 miliardów starych złotych zysku netto. Rowery sprzedawały się na bieżąco, a zamówienia nadal napływały.

To bardzo ważny moment tej historii.

Bo przeczy prostemu wyjaśnieniu:

skończył się PRL, więc Romet musiał upaść.

Nie musiał.

Przynajmniej przez pewien czas wyglądało na to, że przedsiębiorstwo potrafi przystosować się do nowych warunków.

Trzy lata przed bankructwem Romet miał około połowy rynku

Jeszcze bardziej zaskakujące są dane z 1995 roku.

Polacy kupili wówczas około 1,2 mln rowerów.

Romet dostarczył około 600 tys.

Czyli mniej więcej co drugi sprzedawany w Polsce rower pochodził właśnie od niego. Kolejne około 300 tys. stanowił import z Włoch, a pozostałą część przede wszystkim dostawy z Dalekiego Wschodu, głównie z Tajwanu.

W 1996 roku cały rynek wzrósł jeszcze do około 1,3 mln rowerów, przy podobnych proporcjach dostaw.

Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.

Jest połowa lat 90.

Firma nadal posiada jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek.

Sprzedaje setki tysięcy produktów.

Ma ogromny udział w rynku.

Produkuje w kilku zakładach.

I trzy lata później bankrutuje.

To właśnie tutaj historia Rometu przestaje być opowieścią o starym przedsiębiorstwie, którego nikt już nie potrzebował.

Bo klientów miał.

Rynek jednak zaczął się kurczyć

Pierwszy poważny sygnał pojawił się w 1997 roku.

Sprzedaż rowerów w Polsce spadła poniżej 1,1 mln sztuk.

W pierwszej połowie 1998 roku sprzedano około 600 tys. rowerów — tylko 87 proc. wyniku z analogicznego okresu poprzedniego roku. Prognozy dla całego roku były jeszcze gorsze.

Jednocześnie Romet musiał mierzyć się z rosnącym importem.

Zwłaszcza z Dalekiego Wschodu.

I właśnie tutaj narodziła się jedna z najpopularniejszych opowieści o jego bankructwie:

Romet został zabity przez tanie chińskie i tajwańskie rowery.

Problem w tym, że to tylko część prawdy.

Konkurencja z Azji rzeczywiście istniała i była bolesna.

Ale przedsiębiorstwo weszło w tę walkę obciążone znacznie większym problemem.

Długami.

Można sprzedawać rowery i jednocześnie nie mieć pieniędzy

To jedna z najważniejszych lekcji tej historii.

Duża sprzedaż nie oznacza jeszcze zdrowej firmy.

Przedsiębiorstwo może mieć:

klientów,

zamówienia,

fabryki,

majątek,

rozpoznawalną markę,

a nawet znaczący udział w rynku

— i mimo wszystko umrzeć z powodu utraty płynności.

W przypadku Rometu zadłużenie nie pojawiło się nagle w 1998 roku.

Firma zmagała się z nim wcześniej. Podejmowano próby porozumienia z wierzycielami i restrukturyzacji zobowiązań.

W końcu jednak mechanizm się zatrzymał.

A kiedy w przedsiębiorstwie zaczyna brakować pieniędzy na bieżące funkcjonowanie, przestaje mieć znaczenie, ile kosztują jego budynki i jak dobrze znana jest jego marka.

Rachunki trzeba zapłacić dzisiaj.

Pensje również.

Maj 1998. Romet nie ma pieniędzy na wypłaty

To właśnie tutaj zaczyna się ostatni akt.

W maju 1998 roku pracownicy Rometu protestowali z powodu niewypłacanych wynagrodzeń.

Nie był to już problem księgowy widoczny jedynie w bilansie.

Kryzys stał się czymś, co ludzie odczuwali we własnych portfelach.

Firma, której produkty przez dziesięciolecia znajdowały się w milionach polskich domów, nie była w stanie normalnie finansować swojej działalności.

Rozpoczął się wyścig z czasem.

Romet za złotówkę

13 maja 1998 roku odbyło się spotkanie przedstawicieli związków zawodowych Rometu z właścicielami Instytutu Postępu Technicznego z Legnicy.

Wniosek był dramatycznie prosty:

natychmiastowa prywatyzacja albo upadłość.

Instytut chciał przejąć 100 proc. akcji Rometu za symboliczną złotówkę i przedstawił program restrukturyzacji przedsiębiorstwa.

Wierzycielom proponowano jednocześnie wykupienie części należności za 35 proc. ich wartości nominalnej.

Cena jednej złotówki może robić wrażenie.

Ale w takich transakcjach symboliczna cena akcji nie oznacza, że przedsiębiorstwo rzeczywiście jest warte złotówkę.

Kupujący przejmuje również problem zadłużenia, konieczności restrukturyzacji, finansowania bieżącej działalności i często ogromnych przyszłych wydatków.

Romet nie potrzebował już jedynie nowego właściciela.

Potrzebował pieniędzy i czasu.

A tego drugiego praktycznie nie było.

18 maja sąd gospodarczy miał rozpatrywać wniosek dotyczący upadłości przedsiębiorstwa.

Był to dosłownie wyścig pomiędzy prywatyzacją a sądem.

Ratunek nie przyszedł.

W maju 1998 roku Romet upadł

W 1998 roku Zakłady Rowerowe Romet znalazły się w stanie upadłości.

Archiwum Państwowe w Bydgoszczy wskazuje wprost, że po przekształceniu przedsiębiorstwa w spółkę akcyjną w 1991 roku proces prywatyzacyjny zakończył się niepowodzeniem, przedsiębiorstwo postawiono w stan upadłości, a jego majątek wystawiono na sprzedaż.

To ważne rozróżnienie.

Romet nie jest przypadkiem takim jak wiele innych znanych marek, o których potocznie mówi się:

„zbankrutowały”,

choć w rzeczywistości zostały sprzedane, zlikwidowane albo jedynie zakończyły produkcję określonych produktów.

Zakłady Rowerowe Romet rzeczywiście znalazły się w postępowaniu upadłościowym.

Fabryka nie zgasła jednego dnia

Bankructwo nie oznacza jednak, że następnego ranka ktoś zgasił światło i zamknął bramę.

We wrześniu 1999 roku „Puls Biznesu” informował, że bydgoskie zakłady pozostają w stanie upadłości od maja 1998 roku.

Produkcję zatrzymano w listopadzie.

Roszczenia wierzycieli wynosiły już około 80 mln zł.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

W bydgoskiej części przedsiębiorstwa przed upadłością pracowało około 800 osób.

Później została już tylko niewielka grupa pracowników administracyjnych.

Ale cztery filie — w Kowalewie, Wałczu, Jastrowiu i Poznaniu — nadal funkcjonowały.

I wtedy zaczęło się rozbieranie dawnego imperium na części.

Zamiast prezesa przyszedł syndyk

To symboliczny moment każdej dużej upadłości.

Jeszcze niedawno zarząd decydował o produkcji, inwestycjach i sprzedaży.

Teraz o majątku decydował syndyk.

W listopadzie 1998 roku „Puls Biznesu” opisywał sprzedaż części poznańskiego Rometu.

Formalnie zakład został usamodzielniony, jednak jego udziały znajdowały się w masie upadłościowej bydgoskiej spółki. Syndyk chciał je sprzedać, aby pozyskać pieniądze na zaspokojenie wierzycieli.

Maszyny, hale, udziały.

Element po elemencie dawne przedsiębiorstwo zaczęło zmieniać właścicieli.

To już nie był Romet walczący o klienta.

To była masa upadłościowa walcząca o pieniądze dla wierzycieli.

Czy winne były chińskie rowery?

To najłatwiejsza odpowiedź.

I jednocześnie zbyt prosta.

Import tanich produktów z Azji niewątpliwie zwiększył presję na krajowego producenta. Romet musiał konkurować nie tylko z europejskimi firmami, ale także z masową i tanią produkcją z Dalekiego Wschodu.

Jednak trudno uznać import za jedyną przyczynę bankructwa.

Przeczą temu same liczby.

Jeszcze w połowie lat 90. Romet sprzedawał około 600 tys. rowerów rocznie.

Nie był przedsiębiorstwem pozbawionym klientów.

Problem był głębszy.

Firma wychodziła z gospodarki centralnie sterowanej z ogromną strukturą produkcyjną, wysokimi kosztami i zadłużeniem.

Próbowała restrukturyzacji.

Rynek zaczął się kurczyć.

Presja cenowa rosła.

Nie udało się na czas zakończyć skutecznej prywatyzacji.

A gdy przedsiębiorstwo utraciło płynność finansową, wszystkie problemy zaczęły wzmacniać się nawzajem.

To klasyczny efekt domina.

Mniejsza sprzedaż pogarsza przepływy pieniężne.

Brak pieniędzy utrudnia produkcję.

Problemy z produkcją pogarszają sprzedaż.

Wierzyciele zaczynają domagać się pieniędzy.

Dostęp do finansowania staje się coraz trudniejszy.

Aż wreszcie przedsiębiorstwo przestaje być zdolne do normalnego funkcjonowania.

Romet przegrał również z własną przeszłością

To być może najważniejszy element całej historii.

Romet był bardzo dobrze skonstruowanym przedsiębiorstwem dla gospodarki PRL.

Ale właśnie to stało się częścią jego problemu po zmianie systemu.

Ogromna organizacja produkcyjna miała sens w świecie, w którym:

produkcję planowało państwo,

popyt przewyższał podaż,

konkurencja była ograniczona,

a część eksportu wspomagały państwowe mechanizmy.

W gospodarce rynkowej liczyło się coś innego:

koszt,

wydajność,

szybkość reagowania,

wzornictwo,

marketing,

dystrybucja,

kapitał.

I przede wszystkim zdolność do błyskawicznego dostosowania przedsiębiorstwa do zmieniającego się popytu.

Wielkość, która wcześniej była siłą Rometu, mogła stać się ciężarem.

Tyle że marka nie umarła

I tutaj zaczyna się drugi paradoks tej historii.

Firma zbankrutowała. Romet przetrwał.

Nie ten sam Romet w znaczeniu prawnym i właścicielskim.

Ale marka.

W 1999 roku firma Arkus kupiła zakład R-3 w Jastrowiu.

Rok później przejęła zakład R-4 w Kowalewie Wielkopolskim. Wraz z majątkiem uzyskała prawa do marki Romet.

Pozostałe fragmenty dawnego przedsiębiorstwa miały różne losy.

Zakład w Wałczu został przekształcony w spółkę pracowniczą.

Część działalności w Poznaniu przejęły prywatne podmioty.

Z dawnego kombinatu zaczęły powstawać nowe przedsiębiorstwa.

W 2005 roku połączono część fabryk pod nazwą Arkus & Romet Group.

Dzisiejszy Romet może więc odwoływać się do tradycji dawnej marki, ale nie jest po prostu tym samym przedsiębiorstwem, które produkowało Wigry w PRL i zbankrutowało w 1998 roku.

To zasadnicza różnica.

Bankrutuje firma. Nie zawsze bankrutuje marka

To jedna z najciekawszych lekcji historii Rometu.

Przedsiębiorstwo to:

spółka,

pracownicy,

fabryki,

maszyny,

zobowiązania,

wierzyciele,

kontrakty.

Marka jest czymś innym.

Można ją sprzedać.

Może zmienić właściciela.

Może przeżyć przedsiębiorstwo, które ją stworzyło.

Czasem po wielu latach wraca na rynek i klient nawet nie zdaje sobie sprawy, że pomiędzy produktem jego dzieciństwa a produktem stojącym dziś w sklepie nastąpiło korporacyjne trzęsienie ziemi.

Romet jest tego niemal podręcznikowym przykładem.

Co naprawdę zabiło Romet?

Nie ma jednej odpowiedzi.

I właśnie dlatego ta historia jest ciekawa.

Transformacja gospodarcza wystawiła przedsiębiorstwo na konkurencję, do której wcześniej nie musiało być przygotowane.

Ogromna struktura odziedziczona po PRL oznaczała wysokie koszty i trudność szybkiej restrukturyzacji.

Zadłużenie ograniczało możliwości działania.

Tani import zwiększał presję cenową.

Kurczący się pod koniec lat 90. rynek dodatkowo pogarszał sytuację.

Proces prywatyzacji nie zakończył się na czas skutecznym wejściem inwestora.

A na końcu pojawił się czynnik najbardziej brutalny:

utrata płynności.

Bo przedsiębiorstwa rzadko umierają w chwili, kiedy przestają posiadać majątek.

Umierają wtedy, kiedy przestają być w stanie zapłacić tego, co muszą zapłacić dziś.

I właśnie dlatego historia Rometu nie jest historią o rowerach

Jest historią pierwszej dekady polskiego kapitalizmu.

O gospodarce, która w ciągu kilku lat zmieniła wszystkie zasady.

O przedsiębiorstwach, które przez dziesięciolecia funkcjonowały w jednym systemie, a potem niemal z dnia na dzień musiały nauczyć się drugiego.

Niektóre sobie poradziły.

Inne sprzedano.

Jeszcze inne podzielono.

Część zniknęła.

Romet przez kilka lat walczył.

W 1994 roku wydawało się nawet, że może wygrać.

W 1995 roku sprzedawał około 600 tys. rowerów.

Trzy lata później znalazł się w upadłości.

To dlatego odpowiedź:

„zabiły go chińskie rowery”

jest za łatwa.

Romet nie przegrał jednej bitwy.

Przegrał całą serię bitew — o koszty, kapitał, restrukturyzację, płynność, konkurencyjność i czas.

A potem wydarzyła się rzecz charakterystyczna dla kapitalizmu.

Firma umarła.

Majątek sprzedano.

Pracownicy stracili miejsca pracy.

Wierzyciele czekali na pieniądze.

Ale najbardziej wartościowy element przedsiębiorstwa okazał się niematerialny.

Nazwa.

Dlatego ponad ćwierć wieku później nadal możemy wejść do sklepu i zobaczyć na ramie roweru napis:

ROMET.

Tyle że za tym napisem stoi już zupełnie inna historia.


Bankructwa polskiego biznesu to nowy cykl Radia DTR o firmach i markach, które kiedyś wydawały się niezniszczalne. Nie interesuje nas katalog nostalgii ani lista „polskich firm, które zniszczono”. Sprawdzamy dokumenty, liczby i decyzje. Szukamy momentu, w którym przedsiębiorstwo zaczynało przegrywać — oraz odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście musiało upaść.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.