Blisko co trzeci małoletni miał kontakt ze stronami lub aplikacjami zawierającymi treści erotyczne. Z mediów społecznościowych korzysta 60 proc. dzieci poniżej 15. roku życia, choć wiele serwisów formalnie nie jest przeznaczonych dla tej grupy. Najwyższa Izba Kontroli ocenia, że państwo od lat zna skalę zagrożeń, lecz nadal nie stworzyło sprawnego systemu ochrony najmłodszych.
Internet rozwija się szybciej niż przepisy, administracja i szkolne programy profilaktyczne. W tym wyścigu najsłabszą pozycję mają dzieci, które otrzymują dostęp do świata zaprojektowanego nie po to, aby je chronić, lecz by możliwie długo zatrzymywać ich uwagę.
Najnowsze ustalenia Najwyższej Izby Kontroli pokazują, że problem nie wynika już z braku wiedzy o zagrożeniach. Państwo dysponuje badaniami, projektami ustaw, strategiami i instytucjami. Brakuje jednak mechanizmu, który połączyłby te elementy w skuteczny system ochrony.
Dzieci w sieci głównie dla rozrywki
Według danych przywołanych przez NIK dzieci przeznaczają zaledwie 1 proc. czasu spędzanego w internecie na korzystanie z materiałów edukacyjnych. Znacznie częściej wybierają treści rozrywkowe, skonstruowane tak, aby angażować użytkownika przez długi czas i wypierać inne formy aktywności.
Blisko 32 proc. małoletnich miało kontakt ze stronami i aplikacjami zawierającymi treści erotyczne. Jednocześnie z mediów społecznościowych korzysta 60 proc. dzieci, które nie ukończyły 15 lat.
Czytaj dalej
Powiązany temat
To już nie jest wyłącznie problem niewłaściwego filmu, obrazu czy internetowej publikacji. Młodzi użytkownicy są narażeni również na cyberprzemoc, patostreaming, manipulację, profilowanie reklamowe oraz mechanizmy projektowane w taki sposób, aby uzależniały od kolejnych powiadomień, nagrań i reakcji.
Projekty ustaw powstawały, ochrona nie
NIK skontrolowała działania Ministerstwa Cyfryzacji podejmowane w latach 2020–2025. Resort przygotowywał projekty regulacji dotyczących bezpieczeństwa dzieci, jednak zasadnicze rozwiązania przez lata nie zostały skutecznie wdrożone.
Projekt ustawy służącej wykonaniu unijnego aktu o usługach cyfrowych, czyli DSA, został przyjęty przez Sejm w grudniu 2025 roku, lecz ostatecznie nie wszedł w życie. W konsekwencji nie uruchomiono pełnego krajowego systemu ochrony przewidzianego w unijnych przepisach, obejmującego między innymi możliwość składania skarg na dostawców usług cyfrowych oraz przeciwdziałanie profilowaniu dzieci i stosowaniu wobec nich uzależniających mechanizmów.
Kontrolerzy zwrócili również uwagę, że podczas prac nad ustawą o ochronie małoletnich nie przeprowadzono kompleksowej analizy rodzajów szkodliwych treści, ich źródeł oraz sposobów ograniczania ich dostępności. Ministerstwo nie zdefiniowało nawet dostatecznie precyzyjnie, czym mają być „treści szkodliwe”. Ostatecznie zakres projektu zawężono głównie do pornografii, pozostawiając poza regulacją wiele innych zagrożeń.
ilustracja do artykułu dzieci w sieciInstytucje działały, lecz każda osobno
Ochrona dzieci w internecie nie może należeć wyłącznie do jednego ministerstwa. Wymaga współdziałania resortów cyfryzacji, edukacji i sprawiedliwości, policji, prokuratury, szkół, samorządów, organizacji społecznych, rodziców oraz operatorów platform internetowych.
Tymczasem według NIK współpraca podejmowana w latach 2020–2025 miała przede wszystkim charakter jednostkowy. Nie powstał trwały i sprawny system łączący Ministerstwo Cyfryzacji z instytucjami odpowiedzialnymi za edukację, ściganie przestępstw i ochronę praw dziecka.
Rezultat łatwo przewidzieć: instytucje prowadzą własne kampanie i programy, ale rodzic, nauczyciel lub dziecko nadal nie otrzymują jednej, czytelnej ścieżki postępowania w przypadku cyberprzemocy, szantażu, kontaktu z pornografią czy niebezpiecznym internetowym wyzwaniem.
Pieniądze wydawano, skuteczności nie mierzono
Ministerstwo Cyfryzacji zlecało NASK prowadzenie projektów edukacyjnych i profilaktycznych, takich jak „Higiena cyfrowa”, „Cyberlekcje” oraz „Bezpieczni w sieci”. Powstała również aplikacja mOchrona, która pozwala rodzicom ustalać zasady korzystania przez dzieci z internetu i aplikacji.
Problem polega na tym, że resort nie badał szczegółowo rezultatów tych działań. Nie ustalono, czy kampanie rzeczywiście zwiększyły świadomość młodzieży, skróciły czas spędzany przed ekranem, ograniczyły kontakt z pornografią albo wpłynęły na liczbę zgłaszanych przestępstw i nadużyć. Nie sprawdzano również, czy programy odpowiadały na potrzeby rodziców i poszczególnych grup wiekowych.
To jeden z najmocniejszych zarzutów kontroli. Państwo potrafiło sfinansować kampanię, audycję lub projekt, ale nie potrafiło odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy to rzeczywiście zadziałało?
Bez mierników edukacja cyfrowa może stać się kolejnym rytuałem administracyjnym — materiały przygotowano, pieniądze rozliczono, komunikat opublikowano. Jedynie zagrożenia nie przeczytały sprawozdania i nie zniknęły.
Rząd ruszył z projektami po kontroli
Po zakończeniu kontroli, 2 czerwca 2026 roku, Rada Ministrów przyjęła pakiet projektów ustaw. Obejmuje on między innymi zakaz korzystania z telefonów komórkowych w szkołach podstawowych, obowiązek skutecznej weryfikacji wieku użytkowników serwisów pornograficznych oraz rozwiązania służące wdrożeniu DSA.
Projekty przewidują również możliwość wydawania nakazów ograniczenia dostępu do nielegalnych treści, prowadzenie rejestru domen wykorzystywanych do ich rozpowszechniania oraz ustanowienie prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej krajowym koordynatorem do spraw usług cyfrowych.
11 czerwca 2026 roku Sejm uchwalił także nowelizację Kodeksu karnego dotyczącą patostreamingu. Po przyjęciu przez Senat ustawa została przekazana prezydentowi.
Są to działania oczekiwane, ale nie oznaczają jeszcze, że system zaczął funkcjonować. Między przyjęciem projektu a realną ochroną dziecka pozostaje droga obejmująca proces legislacyjny, stworzenie procedur, egzekwowanie obowiązków oraz ocenę rezultatów.
Telefon w plecaku nie rozwiąże problemu
Zakaz używania smartfonów w szkołach może ograniczyć rozproszenie uwagi podczas lekcji, ale nie zastąpi ochrony dziecka w domu, podczas wakacji czy w godzinach wieczornych. Nie powstrzyma również platform przed stosowaniem rozwiązań zaprojektowanych do maksymalizowania czasu korzystania z aplikacji.
Odpowiedzialności nie można zrzucić wyłącznie na rodziców. Wielu z nich nie zna mechanizmów działania serwisów społecznościowych, nie potrafi skonfigurować zabezpieczeń, a o kontakcie dziecka z niebezpiecznymi treściami dowiaduje się dopiero po wystąpieniu kryzysu.
Z drugiej strony państwo nie zastąpi opiekuna siedzącego obok dziecka. Potrzebne są równocześnie przepisy, techniczne zabezpieczenia, edukacja, szybka pomoc oraz domowe zasady korzystania z urządzeń.
NIK: potrzebny cały system, nie kolejna kampania
Najwyższa Izba Kontroli zaleciła pilne wdrożenie kompleksowych rozwiązań prawnych i organizacyjnych, opartych na analizie wszystkich zagrożeń. Wskazała także na konieczność stałej współpracy najważniejszych instytucji, intensywniejszej edukacji rodziców oraz wprowadzenia mierników pozwalających ocenić skuteczność programów i zasadność ponoszonych wydatków.
Sedno raportu nie sprowadza się więc do stwierdzenia, że internet jest niebezpieczny. To wiadomo od dawna. NIK pokazuje coś poważniejszego: państwo zna zagrożenia, wydaje pieniądze, przygotowuje projekty i strategie, ale nadal nie potrafi wykazać, że dzieci są dzięki temu skuteczniej chronione.
W świecie cyfrowym bezczynność także jest decyzją. Tyle że jej konsekwencje ponoszą najmłodsi.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.




