Zaczęło się od pytania, kto zagra Tosię. Skończyło – przynajmniej na razie – na prawnikach, przeprosinach, setkach tysięcy złotych dla fundacji i medialnym zasięgu, którego niejeden producent filmowy nie byłby w stanie kupić za rozsądne pieniądze.
Spór Joanny Jabłczyńskiej z twórcami kontynuacji „Nigdy w życiu!” można oczywiście potraktować jak kolejną historię ze świata show-biznesu.
Aktorka nie dostała roli. Aktorka się zdenerwowała. Producent odpowiedział. Internet wybrał strony.
Tylko że kiedy odrzucimy emocje i zaczniemy układać fakty chronologicznie, pojawia się znacznie ciekawsze pytanie:
co właściwie wydarzyło się pomiędzy pierwszym kontaktem produkcji z Joanną Jabłczyńską a chwilą, gdy okazało się, że dorosłą Tosię zagra Agnieszka Żulewska?
Bo właśnie tutaj wersje stron zaczynają się rozchodzić.
Tosia po 22 latach
„Nigdy w życiu!” trafiło do kin w 2004 roku. Joannę Jabłczyńską widzowie poznali w nim jako Tosię – córkę Judyty, granej przez Danutę Stenkę.
Po ponad dwóch dekadach historia wraca w filmie „Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później”.
Danuta Stenka ponownie wciela się w Judytę.
Tosia również wraca.
Ale już z inną twarzą.
Rolę otrzymała Agnieszka Żulewska.
Sama zmiana aktora nie jest w kinie niczym niezwykłym. Producent i reżyser mają prawo uznać, że po latach postać powinna zostać obsadzona inaczej. Aktor nie nabywa dożywotniego prawa do bohatera tylko dlatego, że zagrał go wcześniej.
Problem w tej historii znajduje się gdzie indziej.
Chodzi o to, co Joanna Jabłczyńska wiedziała o swoim udziale w projekcie i czym – w rozumieniu obu stron – były prowadzone z nią rozmowy.
„Casting” kontra „byłam przekonana, że chodzi o rolę”
Producentka Anna Wichłacz przedstawiła bardzo konkretną wersję wydarzeń.
Według niej 10 czerwca 2026 roku odbył się casting do roli dorosłej Tosi. Zaproszono sześć aktorek, wśród nich Joannę Jabłczyńską. Wszystkie miały uczestniczyć w tym samym procesie. Ostatecznie wybrano inną aktorkę, a Jabłczyńska – według relacji producentki – została poinformowana o wyniku 17 czerwca.
Jeżeli poprzestaniemy na tej wersji, historia jest banalnie prosta:
było sześć kandydatek, odbył się casting, jedna wygrała, pięć nie dostało roli.
Tyle.
Joanna Jabłczyńska opisuje jednak sytuację inaczej.
Według jej relacji wcześniej otrzymała scenariusz, rozmawiała o terminach zdjęciowych, spotkała się z reżyserem i uczestniczyła w rozmowach, które – w jej odbiorze – nie wyglądały jak zwykła walka sześciu aktorek o jedną rolę.
I tutaj znajduje się właściwe jądro całego konfliktu.
Nie pytanie:
„Dlaczego Żulewska dostała rolę?”
Producent ma prawo obsadzić Żulewską.
Znacznie ciekawsze jest pytanie:
„Dlaczego jedna strona była przekonana, że uczestniczy w normalnym castingu, a druga twierdzi, że charakter prowadzonych rozmów pozwalał jej sądzić coś zupełnie innego?”
To zasadnicza różnica.
Jest jeszcze tajemniczy „podmiot finansujący”
W medialnych relacjach pojawił się jeszcze jeden element, który zasługuje na znacznie większą uwagę niż kolejne komentarze celebrytów.
Jabłczyńska twierdziła, że usłyszała od osoby odpowiedzialnej za casting, iż podmiot finansujący produkcję miał własną kandydatkę do roli. To jest relacja aktorki, a nie niezależnie potwierdzony przez nas fakt, dlatego należy bardzo wyraźnie oddzielić jedno od drugiego.
Ale jeżeli analizujemy mechanizm całej historii, właśnie to stwierdzenie rodzi najciekawsze pytania.
Kim był ten podmiot?
Czy rzeczywiście miał wpływ na decyzję obsadową?
Jeżeli tak – jaki?
Czy ostateczna decyzja należała do reżysera, producentów, podmiotu finansującego, czy była rezultatem wspólnej decyzji?
I wreszcie: czy wszystkie sześć aktorek uczestniczących w castingu rzeczywiście rozpoczynało go z takiej samej pozycji?
Na te pytania publicznie dostępne informacje nie dają dziś wystarczającej odpowiedzi.
I dlatego nie wolno zamieniać ich w oskarżenia.
Ale zdecydowanie warto je zadawać.
A potem konflikt przestał dotyczyć filmu
W pewnym momencie sprawa Tosi zaczęła żyć własnym życiem.
Do publicznej wymiany zdań włączyła się Katarzyna Grochola – autorka literackiego pierwowzoru i jedna z osób związanych producencko z nowym filmem. Zarzuciła Jabłczyńskiej rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji i zapowiedziała możliwość podjęcia kroków prawnych.
Jabłczyńska odpowiadała.
Pojawiały się kolejne wypowiedzi.
Fragmenty korespondencji.
Komentarze.
Artykuły.
Posty.
Internauci zaczęli wybierać strony.
Zamiast informacji o nowym filmie mieliśmy już serial przed premierą filmu.
A potem do akcji weszli prawnicy.
5 tysięcy złotych, które uruchomiło lawinę
Joanna Jabłczyńska poinformowała, że otrzymała od pełnomocnika Katarzyny Grocholi przedsądowe wezwanie dotyczące zaprzestania i usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych.
Według przedstawionej przez aktorkę treści żądano między innymi publikacji przeprosin oraz wpłaty 5 tys. zł na Fundację Rak’n’Roll.
Jabłczyńska zdecydowała, że nie chce prowadzić sporu przed sądem.
Opublikowała przeprosiny.
Wpłaciła 5 tys. zł.
I zrobiła coś, czego prawdopodobnie nikt nie przewidział.
Uruchomiła własną zbiórkę na tę samą fundację.
Cel:
50 000 zł.
Rezultat:
576 540 zł.
Wpłaciło:
18 719 osób.
Zbiórka została już zakończona.
To ponad jedenaście razy więcej niż zakładany cel.
I nagle historia o tym, kto powinien zagrać córkę Judyty, przestała być wyłącznie historią o filmie.
Stała się społecznym fenomenem.
Największym beneficjentem konfliktu może być… film
Jest jeszcze jedna liczba.
4,4 miliona złotych.
Według danych Instytutu Monitorowania Mediów przytoczonych przez Wirtualne Media taką wartość reklamową miały osiągnąć publikacje związane ze sporem już na początku września.
I tutaj trzeba być bardzo precyzyjnym.
Nie ma podstaw, aby twierdzić, że konflikt został zaplanowany jako kampania promocyjna.
Nie znaleźliśmy dowodu na istnienie takiego scenariusza.
Nie należy więc budować teorii, że producenci celowo wywołali awanturę, żeby wypromować film.
Możemy natomiast stwierdzić coś zupełnie innego.
Niezależnie od intencji uczestników sporu produkcja otrzymała gigantyczną ekspozycję medialną.
Tytuł filmu powtarzano w portalach, telewizji i mediach społecznościowych. O obsadzie dyskutowali ludzie, którzy wcześniej mogli nawet nie wiedzieć, że powstaje kontynuacja.
W marketingu jest to zjawisko niezwykle cenne.
I paradoksalne.
Bo aktorka, której w filmie nie zobaczymy, stała się jedną z osób najmocniej napędzających zainteresowanie tym filmem.
Joanna Jabłczyńska nie zagrała Tosi. Ale Tosia zagrała swoją największą rolę przed premierą
Ta historia pokazuje jeszcze coś.
Współczesna promocja filmu nie kończy się na plakacie, zwiastunie i wywiadzie z aktorami.
Publiczność uczestniczy w opowieści dużo wcześniej.
Komentuje casting.
Ocenia decyzje producentów.
Wybiera strony konfliktu.
Tworzy memy.
Udostępnia nagrania.
Wpłaca pieniądze.
A media przeliczają uwagę odbiorców na miliony złotych ekwiwalentu reklamowego.
W rezultacie spór, który prawdopodobnie można było zamknąć w kilku rozmowach pomiędzy aktorką a produkcją, stał się częścią historii samego filmu.
I być może pozostanie nią nawet po premierze.
Kto tutaj wygrał?
To źle postawione pytanie.
Agnieszka Żulewska dostała rolę.
Joanna Jabłczyńska otrzymała ogromne społeczne wsparcie.
Fundacja Rak’n’Roll dostała ponad pół miliona złotych ze zbiórki.
A film dostał medialną ekspozycję wycenianą już na początku konfliktu na miliony złotych.
Najważniejsze pytanie nadal jednak pozostaje bez pełnej odpowiedzi.
Co dokładnie wydarzyło się pomiędzy rozpoczęciem rozmów z Joanną Jabłczyńską a ostateczną decyzją obsadową?
Produkcja mówi: casting.
Aktorka opisuje proces, który – w jej odbiorze – wyglądał inaczej.
I właśnie tego nie rozstrzygną ani liczba komentarzy na Instagramie, ani sympatia do jednej czy drugiej strony.
Potrzebne byłyby dokumenty, pełna chronologia procesu obsadowego i odpowiedzi osób, które faktycznie podejmowały decyzję.
Bo można zmienić aktorkę.
Można przeprowadzić casting.
Można wybrać kogoś innego.
Ale jeżeli z jednego castingu powstaje konflikt medialny wart miliony złotych, zbiórka przekraczająca pół miliona i sprawa angażująca tysiące ludzi, to znaczy, że wydarzyło się coś więcej niż zwykłe:
„Dziękujemy, wybraliśmy inną osobę”.
I właśnie to „coś więcej” jest w tej historii najciekawsze.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






