Trzynaście dni po rozpoczęciu szeroko zakrojonej interwencji w ZOO Łączna prokuratura przeprowadziła kolejne oględziny. Dzień później zmieniła wcześniejsze decyzje dotyczące przechowywania zwierząt. Burmistrz Mieroszowa przestał pełnić funkcję osoby, której powierzono je na potrzeby postępowania, a osoba dotychczas kierująca ogrodem ponownie uzyskała możliwość dysponowania zwierzętami pozostającymi na miejscu. Nie wycofano jednak zarzutów ani ustaleń dotyczących wieloletnich zaniedbań. Dlaczego po dwóch tygodniach uznano, że skuteczna poprawa warunków wymaga przywrócenia możliwości zarządzania całym zoo?
Dwa tygodnie, które zmieniły sytuację
13 października 2026 roku do ogrodu zoologicznego w Łącznej wkroczyły policja i prokuratura. Rozpoczęły się przeszukania, oględziny zwierząt oraz działania zmierzające do przewiezienia części z nich do innych placówek.
Operacja wywołała gwałtowne reakcje mieszkańców, pracowników i sympatyków zoo. Pojawiły się protesty, blokady transportów, wzajemne oskarżenia i pytania o rolę organizacji prozwierzęcych.
Prokuratura przekonywała, że podstawą działań były zgromadzone wcześniej dowody, w tym opinie biegłych wskazujące na zagrożenia dla zdrowia lub życia zwierząt. Przeciwnicy sposobu przeprowadzenia interwencji podważali jej skalę, organizację i zasadność wywożenia zwierząt.
Do 19 października, według informacji śledczych, relokowano 33 zwierzęta. Pozostałe pozostawiono na terenie ogrodu.
Czytaj dalej
Powiązany temat
16 października zawarto porozumienie dotyczące dalszej opieki. Zwierzęta pozostające w Łącznej powierzono na przechowanie burmistrzowi Mieroszowa Andrzejowi Lipińskiemu jako osobie godnej zaufania. Nie oznaczało to jednak przekazania mu własności zwierząt ani przejęcia zarządzania prywatnym przedsiębiorstwem.
Już 20 października burmistrz wystąpił o uchylenie tego postanowienia.
Marta Zając-Ossowska, występująca w sprawie jako pełnomocniczka właściciela i osoba zaangażowana w organizowanie opieki, wskazywała następnie, że nie otrzymała wystarczającego formalnego umocowania do dalszego koordynowania działań. Wycofała wcześniejsze deklaracje dotyczące tej roli.
Powstał problem, który Radio DTR opisywało w poprzednim artykule: kto ma podejmować decyzje, skoro odpowiedzialność procesowa, własność zwierząt, zarządzanie ogrodem i codzienna opieka nie należą do jednej osoby?
27 października prokuratura zmieniła wcześniejszy model.
I właśnie ta decyzja jest najważniejszym nowym wydarzeniem.
Prokuratura przywraca możliwość zarządzania
26 października nowy prokurator prowadzący śledztwo przeprowadził czynności w ogrodzie. Uczestniczyli w nich przedstawiciel Rady Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych i Akwariów oraz biegły z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Oględziny potwierdziły konieczność poprawy warunków bytowania zwierząt, związaną z wieloletnimi zaniedbaniami infrastrukturalnymi.
Następnego dnia prokuratura uchyliła postanowienia o oddaniu zwierząt na przechowanie burmistrzowi Mieroszowa. Pozostawione w Łącznej zwierzęta oddano do dyspozycji osoby dotychczas kierującej ogrodem w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.
Zmodyfikowano również środek zapobiegawczy wobec Marcina N., umożliwiając mu kontakt z podległymi pracownikami w celu realizacji zaleceń.
Nie zniesiono tym samym wszystkich ograniczeń procesowych. Nie zakończono śledztwa. Nie przesądzono również o dalszym funkcjonowaniu zoo.
Zmieniła się natomiast organizacja odpowiedzialności za zwierzęta.
Uzasadnienie prokuratury sprowadza się do istotnej kwestii: poprawa infrastruktury wymaga decyzji podejmowanych przez osobę odpowiadającą za cały ogród.
To logiczne z punktu widzenia funkcjonowania przedsiębiorstwa. Remont wybiegu, modernizacja ogrzewania, zakup wyposażenia czy organizacja pracy personelu wymagają pieniędzy, umów, dostępu do infrastruktury i możliwości wydawania poleceń.
Problem polega na tym, że te same potrzeby istniały również 13 października.
Czy już wówczas rozważano taki sposób zabezpieczenia zwierząt? Jeżeli tak, dlaczego go nie wybrano? A jeżeli nie, jakie okoliczności ujawnione później spowodowały zmianę stanowiska?
Bez dokumentów uzasadniających obie decyzje nie da się tego rozstrzygnąć.
Co naprawdę było powodem interwencji?
W dyskusji o Łącznej coraz częściej pojawia się określenie „zajazd na zoo”. Oddaje ono sposób, w jaki część obserwatorów odebrała akcję służb. Nie wyjaśnia jednak jej podstaw prawnych ani dowodowych.
Sprawa nie rozpoczęła się 13 października.
Prokuratura wskazywała na wcześniejsze zawiadomienia, przesłuchania świadków, zgromadzoną dokumentację i czynności przeprowadzone w maju 2026 roku.
Do materiału dowodowego dołączono opinie biegłych dotyczące warunków utrzymywania zwierząt.
Zastrzeżenia miały obejmować między innymi temperaturę pomieszczeń, dostępną przestrzeń, światło, wyposażenie środowiska, żywienie oraz sposób wspólnego utrzymywania poszczególnych gatunków.
Nie chodziło więc wyłącznie o estetykę wybiegów ani o to, czy zwierzęta wyglądały na zadbane.
Dobrostan obejmuje również możliwość realizowania naturalnych zachowań, odpowiednie warunki środowiskowe i zapobieganie przewlekłemu stresowi.
Jednocześnie już 5 sierpnia Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wszczął odrębne postępowanie dotyczące cofnięcia zezwolenia na prowadzenie zoo.
Wynikało ono z kontroli Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska we Wrocławiu. Wskazywano między innymi na niewykonanie części wcześniejszych zaleceń, nieprawidłowe warunki utrzymywania niektórych gatunków oraz braki w dokumentacji hodowlanej i dokumentach pochodzenia części zwierząt.
Te ustalenia są ważne, ponieważ pokazują, że zastrzeżenia wobec działalności ogrodu istniały niezależnie od październikowej operacji.
Ale równie ważne jest inne rozróżnienie.
Dowody uzasadniające śledztwo nie są automatycznie dowodem, że każdy element późniejszej interwencji był konieczny i prawidłowo zorganizowany.
Można uznać potrzebę zbadania podejrzenia znęcania się nad zwierzętami i jednocześnie pytać o zasadność wybranego sposobu ich zabezpieczenia.
To nie są stanowiska wzajemnie się wykluczające.
Kto zdecydował, że zwierzęta trzeba wywozić?
W oficjalnym komunikacie z 19 października prokuratura poinformowała, że do operacji przygotowano wykaz placówek mogących przyjąć zwierzęta. Powstał on przy pomocy zewnętrznej firmy.
To informacja, której znaczenie wykracza poza zwykłą organizację transportu.
Nie znamy publicznie pełnej listy odbiorców, kryteriów ich wyboru ani zakresu obowiązków wykonawcy.
Nie wiemy, czy firma odpowiadała wyłącznie za znalezienie miejsc, czy również za ocenę ich przydatności.
Nie znamy też kosztów przygotowania wykazu ani zasad weryfikacji placówek przyjmujących zwierzęta.
Nie ma podstaw, aby na tej podstawie sugerować nieuczciwość wykonawcy lub konflikt interesów. Ale skoro prywatny podmiot pomagał przygotować element tak rozległej operacji, należy ustalić, jakie otrzymał zadanie i kto zatwierdził rezultat jego pracy.
Jeszcze ważniejsza jest kwestia indywidualnej oceny zwierząt.
Czy decyzja o przewiezieniu konkretnego osobnika wynikała z udokumentowanego zagrożenia jego zdrowia, czy z przyjętego wcześniej scenariusza relokacji określonych gatunków?
Czy w każdym przypadku porównywano ryzyko pozostawienia zwierzęcia na miejscu z ryzykiem transportu i adaptacji do nowych warunków?
Jak uwzględniano wiek, stan zdrowia, relacje społeczne i przywiązanie do dotychczasowego środowiska?
To pytania szczególnie istotne przy zwierzętach egzotycznych, dla których transport nie jest neutralnym zdarzeniem.
Przeciek, protesty i operacja, która nie przebiegła zgodnie z planem
Prokuratura potwierdziła, że informacje o planowanych działaniach ujawniono jeszcze przed rozpoczęciem interwencji.
To miało znaczenie dla przebiegu wydarzeń.
W Łącznej pojawili się protestujący. Dochodziło do blokowania transportów oraz napięć między mieszkańcami a policją.
Śledczy informowali również, że niektóre organizacje deklarujące przyjęcie zwierząt wycofywały pomoc w związku z obawami o bezpieczeństwo swoich przedstawicieli.
14 października prokuratura publicznie apelowała do kolejnych organizacji o zgłaszanie gotowości przyjęcia zwierząt.
To oznaczało, że realizacja pierwotnego planu napotkała poważne przeszkody.
W komunikacie z tego dnia prokuratura informowała także o znalezieniu zakopanych kości zwierząt, niedostatecznych zapasach karmy oraz problemach z temperaturą odpowiednią dla części gatunków.
Okoliczności śmierci zwierząt, których szczątki znaleziono, wymagały wyjaśnienia. Samo ujawnienie kości nie przesądza o popełnieniu przestępstwa.
W rezultacie dalszą relokację przerwano.
Pytanie brzmi: czy organizatorzy operacji przewidzieli możliwość blokady transportów i wycofania się części odbiorców?
Czy przygotowano zapasowe miejsca, dodatkowy personel i procedurę utrzymywania zwierząt na miejscu?
W takiej operacji plan awaryjny nie jest dodatkiem. Jest częścią zapewnienia bezpieczeństwa.
Nowy zarzut w sprawie ujawnienia planów
Po naszej poprzedniej publikacji pojawiło się istotne rozstrzygnięcie dotyczące przecieku.
24 października Prokuratura Okręgowa w Świdnicy poinformowała o przedstawieniu Katarzynie S., funkcjonariuszce policji, zarzutu z art. 239 § 1 Kodeksu karnego, dotyczącego utrudniania postępowania.
Według komunikatu podejrzana miała ostrzec Marcina N. o przygotowywanej akcji. Prokuratura podała, że nagranie rozmowy zostało publicznie udostępnione w internecie.
Śledczy poinformowali również, że Katarzyna S. przyznała się do zarzutu i odmówiła składania wyjaśnień. Zastosowano wobec niej dozór policji oraz zawieszenie w czynnościach służbowych.
Przyznanie się do zarzutu nie zastępuje prawomocnego wyroku.
To ustalenie wyjaśnia jeden z mechanizmów wcześniejszego ujawnienia informacji. Nie rozstrzyga natomiast, w jakim stopniu przeciek wpłynął na konkretne decyzje operacyjne, protesty i ostateczne przerwanie transportów.
Nie można też utożsamiać ostrzeżonego rozmówcy z osobą odpowiedzialną karnie za sam przeciek. Prokuratura wyraźnie rozdzieliła te kwestie.
Porozumienie, które nie rozwiązało problemu
16 października przedstawiciele prokuratury, policji, samorządu i właściciela zoo uzgodnili sposób dalszej opieki nad zwierzętami.
Założono, że pozostaną na miejscu, a opiekę zapewnią dotychczasowi pracownicy.
Jednocześnie powierzono je na przechowanie burmistrzowi Mieroszowa jako osobie godnej zaufania.
To rozwiązanie od początku wymagało precyzyjnego rozdzielenia obowiązków.
Burmistrz nie stał się właścicielem zwierząt ani zarządcą przedsiębiorstwa. Pracownicy nadal wykonywali swoje obowiązki, a decyzje gospodarcze należały do podmiotu prowadzącego ogród i jego upoważnionych przedstawicieli.
Powstała więc konstrukcja, w której formalna odpowiedzialność za przechowywanie zwierząt nie musiała pokrywać się z możliwością zarządzania infrastrukturą, personelem i finansami.
20 października burmistrz zwrócił się o uchylenie postanowienia.
Marta Zając-Ossowska publicznie wskazywała na brak formalnego umocowania do dalszej koordynacji.
Prokuratura wyjaśniała natomiast, że nie może finansować działalności całego prywatnego ogrodu zoologicznego. Deklarowała możliwość pokrywania rzeczywiście poniesionych, uzasadnionych i odpowiednio udokumentowanych kosztów przechowywania zwierząt oraz opieki nad nimi.
Były to dwa różne problemy: kto może podejmować decyzje i kto za nie płaci.
Decyzja z 27 października rozwiązała przynajmniej część pierwszego problemu. Nie zakończyła jednak sporu o koszty ani nie wyjaśniła, dlaczego wcześniejszy model nie mógł funkcjonować dłużej.
Zmiana decyzji nie oznacza końca sprawy
W debacie publicznej łatwo pomylić zmianę sposobu przechowywania zwierząt z oceną zasadności całego postępowania.
Tymczasem są to odrębne kwestie.
Prokuratura nadal prowadzi śledztwo dotyczące podejrzenia znęcania się nad zwierzętami. Utrzymuje również stanowisko, że w ogrodzie występowały poważne zaniedbania.
Nowe oględziny nie doprowadziły do stwierdzenia, że wszystko było w porządku. Przeciwnie, wskazano konieczność poprawy infrastruktury.
Śledczy zapowiedzieli systematyczne monitorowanie realizacji zaleceń biegłych i udział w postępowaniu administracyjnym dotyczącym cofnięcia zezwolenia na prowadzenie zoo.
Oznacza to, że ogród może odzyskać możliwość bieżącego zarządzania zwierzętami, a jednocześnie nadal pozostawać pod presją postępowania karnego i administracyjnego.
Z punktu widzenia właściciela to nie jest powrót do sytuacji sprzed 13 października.
To początek kolejnego etapu, w którym trzeba wykonać zalecenia i wykazać, że warunki utrzymywania zwierząt odpowiadają wymaganiom prawa.
Marcin Nowaczyk zapowiada powrót do działalności
Po decyzji prokuratury Marcin Nowaczyk wystąpił 27 października na konferencji prasowej.
Zapowiadał działania zmierzające do ponownego uruchomienia ogrodu. Jego obrońcy nie wykluczali wystąpienia o zwrot zwierząt przewiezionych do innych placówek.
To ważny głos strony, której działalność została bezpośrednio dotknięta interwencją.
Nie oznacza jednak, że prokuratura zobowiązała się do zwrotu wszystkich zwierząt ani że ogród otrzymał gwarancję dalszego funkcjonowania.
Warto też uporządkować kwestię własności i reprezentacji.
Prokuratura wskazywała, że według danych CEIDG Marcin N. nie jest osobą prowadzącą działalność gospodarczą obejmującą ogród pod adresem Łączna 25, lecz występuje jako pełnomocnik. Zapowiadała również zbadanie relacji między podmiotami działającymi pod tym adresem, w tym fundacją WILD AND SAFE.
To nie jest drobiazg formalny.
Od prawidłowego ustalenia podmiotu prowadzącego zoo zależą odpowiedzi na pytania o zobowiązania, decyzje gospodarcze, odpowiedzialność za infrastrukturę i wykonanie zaleceń.
Nie należy automatycznie utożsamiać osoby publicznie reprezentującej ogród z jego właścicielem.
Serwale wracają. Pojawiają się nowe pytania o ich zdrowie
29 października wieczorem do ZOO Łączna wróciło pięć serwali: samica i czworo młodych.
Informację ogłoszono następnego dnia.
Według przedstawicieli ogrodu zwierzęta nie były w najlepszej kondycji, dlatego niezwłocznie objęto je opieką weterynaryjną i wykonano badania.
Na moment publikacji nie przedstawiono jednak wyników pozwalających określić przyczyny zgłaszanych problemów.
Nie wiadomo zatem, czy stan zwierząt był związany z transportem, pobytem w innej placówce, wcześniejszymi problemami zdrowotnymi czy innymi okolicznościami.
Powrót serwali pokazuje, że relokacja nie zawsze oznacza trwałą zmianę miejsca pobytu zwierzęcia.
Nie dowodzi natomiast, że samo ich wcześniejsze przewiezienie było nieuzasadnione.
Aby ocenić prawidłowość postępowania, potrzebne są dokumenty weterynaryjne sporządzone przed transportem, po przyjęciu do placówki tymczasowej oraz po powrocie do Łącznej.
Dopiero porównanie tych dokumentów pozwoli ustalić, czy i kiedy nastąpiła zmiana stanu zdrowia.
Gdzie kończy się pomoc zwierzętom, a zaczyna odpowiedzialność instytucji?
Sprawa ZOO Łączna ujawniła problem szerszy niż los jednego prywatnego ogrodu.
Prokuratura prowadzi postępowanie karne i podejmuje decyzje dotyczące zabezpieczenia dowodów.
Inspekcja Weterynaryjna wykonuje zadania w granicach swoich kompetencji.
Organy ochrony środowiska kontrolują warunki prowadzenia ogrodu i rozstrzygają o zezwoleniu.
Samorząd może wspierać działania organizacyjne, ale nie staje się przez to automatycznie zarządcą prywatnej placówki.
Organizacje społeczne mogą pomagać przy opiece i transporcie, lecz ich udział nie zastępuje odpowiedzialności organu prowadzącego czynności.
Właściciel lub upoważniony zarządca odpowiada natomiast za funkcjonowanie przedsiębiorstwa i wykonanie obowiązków wynikających z przepisów.
Kiedy te role nie zostaną dostatecznie jasno rozdzielone, powstaje ryzyko sporów kompetencyjnych.
Przypadek Łącznej pokazuje, jak szybko takie spory mogą się pojawić, gdy trzeba jednocześnie zabezpieczać dowody, karmić zwierzęta, opłacać pracowników i utrzymywać infrastrukturę.
To również powód, dla którego sam fakt obecności organizacji prozwierzęcych nie może być traktowany ani jako dowód nieprawidłowości, ani jako gwarancja prawidłowego wykonania wszystkich czynności.
Potrzebna jest dokumentacja konkretnych działań.
Czy był to „zajazd na zoo”?
To określenie pojawia się w emocjonalnych komentarzach dotyczących interwencji.
Z perspektywy części mieszkańców mogło tak wyglądać: liczne służby, zatrzymania, transporty zwierząt, protesty i niepewność co do przyszłości ogrodu.
Z perspektywy prokuratury była to operacja procesowa oparta na zgromadzonym materiale dowodowym i potrzebie ochrony zwierząt.
Żadnej z tych perspektyw nie można zastąpić samym hasłem.
Najważniejsze pytanie nie brzmi bowiem, czy akcja wyglądała dramatycznie.
Brzmi: czy zastosowane środki były konieczne, odpowiednio przygotowane i proporcjonalne do stwierdzonych zagrożeń?
Odpowiedź wymaga porównania materiału dowodowego, planu interwencji, decyzji o relokacji oraz dokumentów sporządzonych podczas kolejnych oględzin.
W szczególności trzeba ustalić, czy przed 13 października analizowano możliwość pozostawienia części zwierząt na miejscu przy jednoczesnym nakazaniu pilnych działań naprawczych.
Trzeba również wiedzieć, jakie przesłanki doprowadziły do zmiany sposobu przechowywania zwierząt 27 października.
Sama zmiana decyzji nie jest dowodem wcześniejszego błędu. Może wynikać z nowych ustaleń, zmienionych okoliczności lub konieczności dostosowania działań do rzeczywistych możliwości.
Ale im większa skala interwencji, tym ważniejsze staje się jej szczegółowe uzasadnienie.
A co z oskarżeniami krążącymi w internecie?
Wokół ZOO Łączna pojawiły się również zarzuty dotyczące organizacji prozwierzęcych, w tym sugestie związane z rzekomym wykorzystywaniem dokumentacji zmarłego lekarza weterynarii.
Radio DTR analizowało wcześniej materiały rozpowszechniane w mediach społecznościowych.
Na obecnym etapie nie dysponujemy dokumentami źródłowymi, opiniami potwierdzającymi autentyczność podpisów ani ustaleniami właściwych organów, które pozwalałyby uznać te oskarżenia za udowodnione.
Nie wykazano również związku między opisywanymi zarzutami a konkretnymi czynnościami w ZOO Łączna.
Dlatego nie można wykorzystywać tych publikacji jako dowodu, że interwencja została przeprowadzona nielegalnie.
Jeżeli pojawią się wiarygodne dokumenty, temat wymaga odrębnej weryfikacji i umożliwienia zainteresowanym podmiotom przedstawienia stanowiska.
Pieniądze, odpowiedzialność i przyszłość zoo
W tle całej sprawy pozostają finanse.
Wcześniej przedstawiano szacunki miesięcznych kosztów funkcjonowania ogrodu na poziomie 200–300 tysięcy złotych. Nie są to kwoty potwierdzone audytem finansowym.
Prokuratura wskazywała, że nie ma podstaw do finansowania całej działalności prywatnego zoo z budżetu postępowania karnego.
Dopuszczała natomiast rozliczanie rzeczywiście poniesionych i udokumentowanych kosztów opieki nad zabezpieczonymi zwierzętami.
Zmiana sposobu przechowywania zwierząt nie rozwiązuje automatycznie problemów finansowych.
Nie wiadomo też, jaki będzie ostateczny koszt interwencji poniesiony przez poszczególne instytucje i podmioty pomagające przy transportach.
Do tego dochodzą potencjalne wydatki związane z modernizacją infrastruktury, której stan nadal budzi zastrzeżenia biegłych.
W praktyce przyszłość ogrodu zależy więc nie tylko od rozstrzygnięć w postępowaniu karnym.
Zależy również od możliwości wykonania zaleceń, finansowania niezbędnych inwestycji i wyniku postępowania dotyczącego zezwolenia.
Pytania, na które państwo powinno odpowiedzieć
Po blisko trzech tygodniach od rozpoczęcia interwencji wciąż nie znamy pełnych odpowiedzi na kilka podstawowych pytań.
Kto przygotował i zatwierdził plan relokacji? Jakie warianty zabezpieczenia zwierząt rozważano? Kto weryfikował placówki odbierające zwierzęta i według jakich kryteriów? Jaki był dokładny zakres zadań zewnętrznej firmy?
Dlaczego 16 października uznano za właściwe powierzenie zwierząt burmistrzowi, skoro ich codzienna opieka nadal zależała od pracowników prywatnego ogrodu?
Co konkretnie ustalono podczas oględzin 26 października, że następnego dnia zmieniono sposób przechowywania zwierząt?
Czy zmiana decyzji wynikała przede wszystkim z nowych ustaleń weterynaryjnych, czy z problemów organizacyjnych wcześniejszego rozwiązania?
I wreszcie: kto poniesie koszty poszczególnych etapów operacji oraz ewentualnych następstw decyzji, które zostaną później zakwestionowane?
To nie są pytania o sympatię do właściciela zoo ani o stosunek do organizacji prozwierzęcych.
To pytania o sposób działania instytucji publicznych.
Zwierzęta nie mogą być zakładnikami sporu
ZOO Łączna nie wróciło do punktu wyjścia.
Śledztwo trwa. Zaniedbania wskazywane przez organy nie zostały uznane za nieistniejące. Postępowanie administracyjne może nadal przesądzić o przyszłości placówki.
Jednocześnie prokuratura zmieniła wcześniejszą organizację opieki, a część wywiezionych zwierząt wraca do ogrodu.
To właśnie zestawienie tych faktów powinno skłaniać do szczegółowego sprawdzenia całej operacji.
Nie dlatego, że każda zmiana decyzji oznacza błąd.
Dlatego, że przy takiej skali działań każda decyzja ma konsekwencje dla zwierząt, ludzi, przedsiębiorstwa i finansów publicznych.
Ochrona zwierząt nie kończy się na ich odebraniu. Nie zaczyna się też dopiero wtedy, gdy pojawia się protest. Powinna obejmować rzetelne rozpoznanie zagrożenia, proporcjonalną reakcję, bezpieczne wykonanie czynności i ciągłość odpowiedzialności za ich skutki.
W Łącznej znamy już wiele faktów dotyczących interwencji. Nadal nie znamy pełnego uzasadnienia, dlaczego początkowo wybrano tak szeroką relokację, a następnie zdecydowano się na inny sposób zapewnienia opieki.
I właśnie tę różnicę Radio DTR będzie dalej wyjaśniać.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






