Audyt nie jest wyrocznią. Kleczew liczy szkoły, ale kto policzy koszt ich utraty?

Oceń materiał

Zamknięcie szkoły łatwo przedstawić w arkuszu kalkulacyjnym jako oszczędność. Znacznie trudniej policzyć dłuższe dojazdy dzieci, osłabienie wsi, utratę miejsc pracy, przepełnienie innych placówek i zmarnowaną szansę na edukację w małych klasach. Audyt oświaty w Kleczewie dostarcza ważnych danych, ale nie daje odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jakiej szkoły potrzebuje gmina, która chce mieć przyszłość?

W dyskusji o kleczewskiej oświacie audyt firmy VULCAN zaczął funkcjonować niemal jak dokument rozstrzygający sprawę. Są liczby, tabele, wykresy i prognozy demograficzne, więc pojawia się pokusa, aby uznać, że wynik równania może być tylko jeden: za mało dzieci, za wysokie koszty, trzeba zamknąć szkoły.

Tymczasem sami autorzy dokumentu zastrzegają, że ich opracowanie nie ocenia jakości oświaty, ponieważ nie istnieją obiektywne kryteria pozwalające sprowadzić dobrą szkołę do jednego zestawu wskaźników. W audycie zapisano również, że oświata zorganizowana tanio nie musi być dobra, a ta kosztowna nie musi być dobra automatycznie. Co więcej, autorzy przyznają, że wskazane możliwości oszczędzania nie zawsze są korzystne dla uczniów.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

To niezwykle ważne zastrzeżenie. Niestety właśnie ono najłatwiej ginie, kiedy z ponad stu stron opracowania do debaty publicznej przebijają się głównie dwa hasła: „niż demograficzny” i „likwidacja szkół”.

Oszczędność istnieje, ale rachunek jest niepełny

Kleczew wydał w 2025 roku na oświatę ponad 33,4 mln zł. Różnica między bieżącymi dochodami oświatowymi a wydatkami wyniosła około 16,4 mln zł. To poważne obciążenie dla gminnego budżetu i nie wolno go lekceważyć.

Audyt proponuje między innymi stopniowe wygaszanie naboru do szkół w Koziegłowach, Sławoszewku i Złotkowie. Według wyliczeń w pierwszym roku miałoby to przynieść około 450 tys. zł oszczędności, a w kolejnych latach kwota rosłaby wraz ze zmniejszaniem liczby oddziałów. Docelowo oszczędności na wynagrodzeniach nauczycieli mogłyby przekroczyć 3 mln zł rocznie.

Nie są to kwoty fikcyjne. Nie można jednak przedstawiać ich tak, jakby pojawiały się w budżecie automatycznie i bez żadnych kosztów ubocznych.

Pierwsze 450 tys. zł odpowiada mniej więcej 1,3 proc. wszystkich wydatków oświatowych gminy i niespełna 3 proc. obecnej luki między dochodami a wydatkami na edukację. Zamknięcie lub wygaszanie trzech szkół nie rozwiąże więc od razu problemów finansowych Kleczewa. Może natomiast uruchomić lawinę następstw, których w tabeli oszczędności nie wyceniono.

Trzeba zorganizować i finansować transport. Sprawdzić, ile czasu najmłodsze dzieci spędzą w drodze. Zapewnić opiekę przed lekcjami i po nich. Przygotować pozostałe placówki na przyjęcie uczniów. Rozstrzygnąć, co stanie się z budynkami, wyposażeniem i boiskami. Uwzględnić odprawy, przesunięcia kadrowe, koszty adaptacji oraz utrzymanie nieruchomości, których nie uda się szybko zagospodarować.

Dopiero po zestawieniu tych wydatków z prognozowanymi oszczędnościami można mówić o rzeczywistym bilansie finansowym. Na razie znamy przede wszystkim bilans księgowy.

Mała klasa nie jest błędem systemu

W audycie małe oddziały są przedstawiane głównie jako źródło wysokich kosztów. Z perspektywy arkusza organizacyjnego jest to logiczne: nauczyciel prowadzący lekcję dla pięciorga dzieci kosztuje podobnie jak nauczyciel pracujący z klasą dwudziestoosobową.

Tyle że dziecko nie jest kosztem jednostkowym, szkoła nie jest linią produkcyjną, a edukacji nie da się oceniać wyłącznie przez liczbę uczniów przypadających na etat.

Mała klasa sama w sobie nie gwarantuje świetnych wyników. Może jednak stworzyć warunki, których nie da się kupić żadnym programem naprawczym: więcej uwagi dla każdego ucznia, szybsze rozpoznawanie problemów, bliższą współpracę z rodzicami, spokojniejsze prowadzenie zajęć oraz możliwość dostosowania tempa pracy do konkretnych dzieci.

W małym oddziale nauczyciel szybciej zauważy ucznia, który przestał sobie radzić, dziecko wybitnie uzdolnione albo takie, które formalnie spełnia wymagania, lecz emocjonalnie zaczyna znikać z życia klasy. To właśnie w tej przestrzeni powstaje jakość edukacji – nie tylko w wynikach egzaminów, ale także w pewności siebie, samodzielności i umiejętności współpracy.

Jeżeli gmina rzeczywiście ma dziś więcej nauczycieli i mniejsze klasy, powinna najpierw odpowiedzieć na pytanie, jak wykorzystać tę przewagę. Można rozwijać indywidualizację nauczania, tutoring, zajęcia laboratoryjne, pracę projektową, kompetencje cyfrowe, naukę języków oraz wsparcie psychologiczne i pedagogiczne. Można również inwestować w rozwój nauczycieli, zamiast traktować ich przede wszystkim jako pozycję do redukcji.

Niż demograficzny nie musi oznaczać wyłącznie zwijania edukacji. Może być momentem przejścia od szkoły masowej do szkoły bardziej uważnej.

Ustawowe minimum nie jest definicją dobrej szkoły

Szczególnie niepokojące jest porównywanie zatrudnienia specjalistów – psychologów, pedagogów i innych osób wspierających uczniów – głównie z ustawowym minimum. W audycie wskazano, że w kleczewskich szkołach liczba etatów specjalistycznych jest o około 2,4 etatu wyższa od wymaganego minimum.

Ale minimum zapisane w przepisach jest poziomem, poniżej którego nie wolno zejść. Nie jest wzorcem najwyższej jakości.

W czasach narastających problemów emocjonalnych dzieci, kryzysów rodzinnych, trudności rozwojowych i specjalnych potrzeb edukacyjnych większa dostępność specjalistów może być nie rozrzutnością, lecz jedną z najmądrzejszych inwestycji samorządu. Im wcześniej problem zostanie zauważony, tym mniejszy jest późniejszy koszt społeczny i finansowy.

Podobnie wygląda sprawa dodatkowych lekcji języka niemieckiego, podziału klas na grupy podczas informatyki czy liczby pracowników obsługi. Każdy z tych elementów można przeliczyć na etaty i pieniądze. Każdy można też ograniczyć. Pytanie brzmi jednak: co mieszkańcy otrzymają w zamian poza niższą kwotą w jednej z rubryk?

Komputerów może być taniej dokupić niż utrzymywać podział na grupy. Ale komputer nie zastąpi nauczyciela, który ma czas podejść do ucznia. Ustawowe minimum specjalistów można spełnić. Ale spełnienie minimum nie oznacza, że każde dziecko otrzyma pomoc wtedy, kiedy naprawdę będzie jej potrzebowało.

Kto audytuje punkt widzenia audytora?

Analizę przygotowała firma VULCAN, od lat działająca na rynku oświatowym i świadcząca szkołom oraz samorządom usługi związane między innymi z organizacją i zarządzaniem edukacją.

Reklama
Reklama
Reklama

Sam fakt, że firma zarabia na obsłudze sektora oświaty, nie jest dowodem nierzetelności ani konfliktu interesów. Jest jednak powodem, aby dokładnie przyglądać się przyjętej metodologii i granicom opracowania.

Audyt patrzy na szkołę przede wszystkim przez organizację, liczbę etatów, wielkość oddziałów i koszty. To perspektywa potrzebna, ale niepełna. Firma może bardzo dobrze policzyć godziny nauczycielskie, lecz nie wyceni więzi społecznych. Może porównać powierzchnię szkoły z liczbą etatów sprzątających, ale nie odpowie, ile dla mieszkańców znaczy szkoła będąca centrum życia miejscowości.

Nie chodzi więc o odrzucenie audytu. Chodzi o odebranie mu statusu wyroczni.

Jeżeli opracowanie finansowo-organizacyjne ma być podstawą decyzji o przyszłości trzech miejscowości, powinno zostać uzupełnione o analizę społeczną, edukacyjną i transportową. Potrzebna jest ocena wyników nauczania, rozwoju uczniów, dostępności pomocy specjalistycznej, czasu dojazdów, sytuacji dzieci ze szczególnymi potrzebami oraz wpływu likwidacji szkoły na atrakcyjność osiedleńczą wsi.

Bez tego mieszkańcy dostają tylko część prawdy.

Zamknięcie szkoły może pogłębić problemy demograficzne

Audyt słusznie pokazuje gwałtowny spadek liczby urodzeń: ze 117 dzieci w 2018 roku do 62 w 2025 roku. Prognozy dla najmniejszych szkół są alarmujące – w niektórych rocznikach może pojawić się zaledwie kilkoro uczniów.

Prognoza nie jest jednak losem zapisanym raz na zawsze. Sami autorzy zastrzegają, że przewidywanie liczby uczniów dla konkretnej szkoły i konkretnego rocznika jest obarczone ryzykiem.

Co więcej, likwidacja szkoły może sama wpływać na demografię. Młode rodziny, wybierając miejsce zamieszkania, patrzą na dostępność przedszkola i szkoły. Miejscowość pozbawiona placówki staje się mniej atrakcyjna. Spada zainteresowanie budową domów, słabnie lokalna aktywność, trudniej przyciągnąć nowych mieszkańców.

Może więc powstać błędne koło: zamykamy szkołę z powodu małej liczby dzieci, a następnie brak szkoły sprawia, że dzieci jest jeszcze mniej.

Są rozwiązania pomiędzy „zostawić wszystko” a „zamknąć wszystko”

Debata nie powinna być sprowadzana do dwóch skrajności. Obrona obecnej sieci szkół bez jakichkolwiek zmian byłaby równie nieodpowiedzialna jak mechaniczne zamknięcie placówek na podstawie kosztu przypadającego na ucznia.

Sam audyt wskazuje wariant pośredni: pozostawienie w Sławoszewku klas I–III jako filii szkoły w Kleczewie. Podobne modele można analizować również szerzej – wraz z oddziałami przedszkolnymi, wspólną administracją, nauczycielami pracującymi w kilku placówkach i wykorzystywaniem budynków na potrzeby społeczne.

Można ograniczać koszty bez likwidowania obecności edukacji w miejscowości. Można tworzyć centra edukacyjno-społeczne, łączące szkołę, przedszkole, bibliotekę, zajęcia dla seniorów i usługi specjalistyczne. Można stopniowo dostosowywać powierzchnię budynków, wynajmować ich części albo lokować w nich zadania publiczne.

Takie rozwiązania są trudniejsze od prostego wykreślenia szkoły z sieci. Wymagają pomysłów, współpracy i kilkuletniego planu. Ale właśnie tego mieszkańcy powinni oczekiwać od samorządu.

Referendum nie może być plebiscytem strachu

Burmistrz Mariusz Musiałowski zapowiedział referendum, które ma dać władzom „mocny mandat”. To dobry kierunek pod warunkiem, że mieszkańcy otrzymają rzeczywisty wybór oraz pełną informację o konsekwencjach każdego wariantu.

Pytanie nie powinno brzmieć jedynie: „Czy jesteś za likwidacją szkół?”. Mieszkańcy muszą wiedzieć, które szkoły, w jakim terminie, dokąd zostaną przeniesione dzieci, ile potrwa dojazd, jakie będą koszty transportu, co stanie się z nauczycielami i budynkami oraz jaka będzie faktyczna oszczędność netto.

Powinni również poznać warianty alternatywne: filie z klasami początkowymi, wspólne zarządzanie, stopniową reorganizację, dodatkowe funkcje społeczne budynków i program wykorzystania małych klas jako przewagi edukacyjnej.

Niepokoi natomiast stwierdzenie burmistrza, że nie wyobraża sobie w referendum twardego „nie” mieszkańców. Referendum ma sens tylko wtedy, gdy władza dopuszcza każdą zgodną z prawem odpowiedź – również taką, której się nie spodziewa albo która komplikuje przygotowany plan.

Mandat mieszkańców nie polega na zatwierdzeniu decyzji podjętej wcześniej.

Najdroższa może się okazać oszczędność bez wizji

Kleczew musi reagować na spadek dochodów po zakończeniu wydobycia węgla i na coraz mniejszą liczbę dzieci. Udawanie, że nic się nie zmieniło, byłoby błędem. Ale jeszcze większym błędem byłoby potraktowanie edukacji wyłącznie jako kosztu, który należy dopasować do kurczącego się budżetu.

Szkoła tworzy wiedzę, kompetencje i jakość życia. Daje dzieciom szansę na rozwój, rodzicom poczucie bezpieczeństwa, a miejscowości zdolność do przetrwania. Nauczyciel nie jest wyłącznie wydatkiem płacowym. Mała klasa nie jest automatycznie marnotrawstwem. Dodatkowy psycholog nie jest luksusem. A budynek szkoły nie jest zwykłą nieruchomością, którą można wykreślić z tabeli razem z kosztami ogrzewania.

Audyt powinien rozpocząć rozmowę, a nie ją kończyć.

Bo ostatecznie najważniejsze pytanie nie brzmi: ile Kleczew zaoszczędzi na szkołach? Brzmi ono: jaką cenę gmina zapłaci za tę oszczędność za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat?

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry