Burmistrz poleca służbowo. „Lokalny Ryneczek” ma tłumaczyć promocję firmy. Tylko gdzie są zasady?

Oceń materiał

Odpowiedź Urzędu Miejskiego w Żmigrodzie miała wyjaśnić, dlaczego burmistrz Robert Lewandowski promował konkretną prywatną działalność gospodarczą. Zamiast zamknąć temat, otworzyła kolejne pytania. Gmina potwierdziła, że burmistrz działał służbowo, urzędnicy koordynowali promocję, a wpisy publikowano na oficjalnych kanałach samorządu. Pojawiła się też nazwa programu „Lokalny Ryneczek”. Problem w tym, że im uważniej czytamy urzędowe pismo, tym bardziej brakuje odpowiedzi na pytania o zasady, proporcje, koszty i transparentność.

Pierwszy artykuł Radia DTR dotyczył granicy pomiędzy promocją lokalnej przedsiębiorczości a promowaniem konkretnej firmy przez osoby sprawujące funkcje publiczne.

Nie ocenialiśmy przedsiębiorstwa. Nie ocenialiśmy kiszonek. Nie kwestionowaliśmy prawa samorządu do wspierania lokalnego biznesu.

Pytaliśmy o coś znacznie prostszego:

Reklama

dlaczego burmistrz służbowo rekomenduje konkretnego przedsiębiorcę i według jakich zasad inni przedsiębiorcy mogą otrzymać takie samo wsparcie?

Teraz mamy odpowiedź Urzędu Miejskiego w Żmigrodzie.

I zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Najważniejsze słowo w piśmie: „służbowy”

Urząd nie pozostawia tutaj miejsca na domysły:

„Udział Burmistrza w działaniach promujących ‘Kiszonki Sznajderów’ miał charakter służbowy”.

Dalej wyjaśnia, że celem było poznawanie miejsc, produktów i usługodawców budujących markę gminy, a działania koordynowali pracownicy Referatu Promocji, Organizacji Pozarządowych i Wsparcia Biznesu.

To fundamentalne.

Nie była to więc — według samej gminy — prywatna wizyta Roberta Lewandowskiego.

Nie był to wpis mieszkańca Żmigrodu, który gdzieś pojechał, spróbował produktu i podzielił się ze znajomymi własną opinią.

To było działanie burmistrza wykonywane służbowo.

A skoro służbowo, zmieniają się reguły gry.

Bo prywatny Robert Lewandowski może napisać:

„Smakowało mi. Polecam”.

Ale jeżeli rekomenduje burmistrz wykonujący zadanie publiczne, mamy prawo zapytać:

co właściwie oznacza służbowe „polecam”?

Promocja gminy czy rekomendacja firmy?

W swoim wpisie burmistrz nie ograniczył się do neutralnej informacji o istnieniu przedsiębiorstwa.

Opisał miejsce, ofertę, atrakcje i działalność, a na końcu napisał, że „z całego serca poleca” je odbiorcom.

I tu pojawia się granica, której urząd w odpowiedzi właściwie nie wyjaśnia.

Czym innym jest komunikat:

„W naszej gminie działa producent lokalnej żywności. Przedstawiamy jego działalność”.

A czym innym:

„Z całego serca polecam to miejsce”.

Pierwsze jest prezentacją.

Drugie jest rekomendacją.

Nie przesądzamy, czy takie sformułowanie stanowi reklamę w ścisłym znaczeniu prawnym. Ale trudno zaprzeczyć, że ma charakter promocyjno-rekomendacyjny.

I właśnie dlatego oficjalne potwierdzenie, że burmistrz działał służbowo, jest tak ważne.

Bo oznacza, że urząd powinien umieć odpowiedzieć:

według jakich zasad burmistrz służbowo poleca jedną prywatną działalność gospodarczą?

I wtedy z urzędowego kapelusza wychodzi „Lokalny Ryneczek”

Gmina w odpowiedzi informuje, że Referat POB realizuje program „Lokalny Ryneczek” oraz cykl „Po sąsiedzku”.

Według pisma mieszkańcy mogą zgłaszać istniejące przedsiębiorstwa, nowe firmy i punkty usługowe, a publikacje „Lokalnego Ryneczku” mają pojawiać się cyklicznie — w drugi piątek miesiąca.

Brzmi dobrze.

Tylko zaczynamy zadawać najprostsze pytania.

Gdzie jest strona „Lokalnego Ryneczku”?

Gdzie znajduje się opis programu?

Gdzie formularz zgłoszeniowy?

Gdzie zasady uczestnictwa?

Gdzie kryteria kwalifikacji przedsiębiorców?

Gdzie informacja, jaki zakres promocji otrzymuje uczestnik?

Gdzie archiwum dotychczasowych publikacji?

Gdzie opis tego, kto i kiedy może liczyć na osobisty udział burmistrza?

Bo jeżeli urząd używa w oficjalnej odpowiedzi określenia „program”, naturalne jest oczekiwanie, że przedsiębiorcy wcześniej mieli możliwość dowiedzieć się o jego istnieniu i zasadach.

„Po sąsiedzku” da się znaleźć. „Lokalny Ryneczek” — dużo trudniej

I tutaj robi się jeszcze bardziej interesująco.

Akcja #posąsiedzku istnieje oficjalnie i ma własną stronę w serwisie Gminy Żmigród.

Gmina jasno informuje tam przedsiębiorców, że mogą zgłaszać się poprzez Facebook albo mailowo, a pracownicy promocji przygotują materiał o ich działalności, produktach i pracy. Na stronie znajduje się również lista prezentowanych przedsiębiorców.

To jest czytelne.

Jest nazwa akcji.

Jest opis.

Jest sposób zgłoszenia.

Jest adres kontaktowy.

Jest archiwum materiałów.

Czyli można.

Tym bardziej pytamy:

dlaczego analogicznej przejrzystości nie potrafimy znaleźć przy „Lokalnym Ryneczku”, na który urząd powołuje się w odpowiedzi dla Radia DTR?

Nie twierdzimy, że program został stworzony po naszym artykule.

Nie mamy na to dowodu.

Ale mamy pełne prawo zapytać:

od kiedy działa?

Kiedy został po raz pierwszy publicznie ogłoszony?

Gdzie znajdował się komunikat kierowany do przedsiębiorców przed publikacją materiału o Kiszonkach Sznajderów?

I gdzie można znaleźć wcześniejsze wydania publikowane — jak zapewnia urząd — regularnie w drugi piątek miesiąca?

Jeżeli program istnieje od dawna, odpowiedź powinna być banalnie prosta.

Wystarczy pokazać dokumenty i publikacje.

A gdzie „Lokalny Ryneczek” w poście burmistrza?

To następna logiczna dziura.

W pokazanym przez burmistrza materiale o Kiszonkach Sznajderów nie widzimy czytelnego oznaczenia:

„Lokalny Ryneczek”.

Nie ma również wyjaśnienia:

„Materiał jest elementem gminnego programu wspierania lokalnych przedsiębiorców”.

Nie widzimy zaproszenia:

„Jeżeli prowadzisz firmę w gminie Żmigród, zgłoś się i skorzystaj z takiej samej promocji”.

Czyli odbiorca widzi burmistrza, konkretną firmę, opis jej oferty oraz słowa:

„z całego serca polecam”.

Dopiero kiedy Radio DTR pyta urząd o zasady tej promocji, w oficjalnej odpowiedzi pojawia się „Lokalny Ryneczek”.

I dlatego pytanie jest oczywiste:

jeżeli ten materiał rzeczywiście był elementem programu, dlaczego odbiorca publikacji nie został o tym poinformowany?

Transparentność nie polega przecież na tym, że zasady poznaje się dopiero po wysłaniu wniosku o informację publiczną.

Program równych szans czy promocja według uznania?

Tu dochodzimy do sedna.

Nie oczekujemy, żeby każda firma dostała dokładnie tyle samo zdjęć, identyczny film i burmistrza ustawionego pod tym samym kątem.

Ale administracja publiczna powinna być w stanie wyjaśnić różnice.

Jeżeli jeden przedsiębiorca otrzymuje krótki post, drugi film, trzeci materiał na stronie, a czwarty osobistą wizytę burmistrza i publiczne „polecam”, powinien istnieć racjonalny mechanizm decyzyjny.

Kto o tym decyduje?

Według jakich kryteriów?

Czy znaczenie ma wielkość przedsiębiorstwa?

Liczba miejsc pracy?

Wpływ na turystykę?

Rozpoznawalność produktu?

Kolejność zgłoszeń?

A może po prostu ocena pracownika promocji?

Tego z odpowiedzi nie wiemy.

Równość można bardzo łatwo sprawdzić

Załóżmy zatem prosty eksperyment.

Radio DTR również działa w regionie.

Informuje mieszkańców, promuje wydarzenia, pokazuje przedsiębiorców, samorządy, organizacje i lokalne inicjatywy.

Czy możemy zgłosić Radio DTR do „Lokalnego Ryneczku”?

Czy burmistrz przyjedzie do naszej redakcji?

Czy pracownicy referatu przygotują materiał?

Czy na profilu burmistrza znajdzie się informacja opisująca naszą działalność?

Czy burmistrz napisze:

„z całego serca polecam Radio DTR”?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Brzmi prowokacyjnie?

Owszem.

Ale właśnie dlatego jest to dobry test logiki tego systemu.

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, pytamy:

dlaczego?

Jeżeli media są wykluczone — gdzie jest to zapisane?

Jeżeli program obejmuje tylko producentów — gdzie jest taki warunek?

Jeżeli decyzja należy do urzędu — według czego jest podejmowana?

A jeżeli każdy przedsiębiorca rzeczywiście może otrzymać taką promocję, nie ma problemu.

Pokażcie zasady.

Urzędowe „zero złotych”

Odpowiedź gminy zawiera jeszcze jedno szczególnie interesujące stwierdzenie.

Urząd informuje:

„Nie poniesiono dodatkowych kosztów z budżetu gminy”.

A następnie:

„Nie poniesiono wydatków ze środków publicznych”.

Kilka linijek później czytamy jednak, że informacje publikowali pracownicy Referatu POB.

Wcześniej urząd sam przyznaje także, że to pracownicy tego referatu koordynowali działania.

Czyli:

pracownicy urzędu wykonywali zadanie służbowe,

koordynowali promocję,

publikowali materiały,

a burmistrz działał służbowo.

Ale według urzędu nie było wydatków publicznych.

Naprawdę?

Oczywiście można argumentować, że urząd miał na myśli brak dodatkowych wydatków: faktury, płatnej reklamy, delegacji czy osobnego wynagrodzenia.

To byłaby logiczna odpowiedź.

Ale stwierdzenie:

„nie poniesiono wydatków ze środków publicznych”

jest czymś szerszym.

Bo czas pracy urzędnika nie jest bezpłatny.

Czas pracy burmistrza również.

Sprzęt, telefon, komputer, przygotowanie treści i administracja profilem nie materializują się z powietrza.

Nie twierdzimy, że koszt był wysoki.

Pytamy:

jaki był?

Bo w profesjonalnej administracji publicznej powinno być możliwe odróżnienie:

„nie wystawiono dodatkowej faktury”

od:

„nie wykorzystano żadnych publicznych zasobów”.

To nie jest to samo.

I jeszcze jedno: Facebook nie jest miejską tablicą ogłoszeń

Gmina wskazuje media społecznościowe jako kanał promocji.

Tylko czy urząd mierzy efekty takiej promocji?

Bo opublikowanie posta na Facebooku nie oznacza automatycznie dotarcia do wszystkich mieszkańców.

System rankingowy platformy decyduje, komu daną treść pokaże.

To prowadzi do kolejnych pytań.

Jaki zasięg osiągnął materiał?

Ilu użytkowników go zobaczyło?

Ile osób przeszło do profilu przedsiębiorcy?

Czy zastosowano link umożliwiający pomiar ruchu?

Czy określono jakikolwiek KPI?

Czy przedsiębiorca zgłosił wzrost zainteresowania?

A przede wszystkim:

jaki efekt promocyjny osiągnęła dzięki temu sama Gmina Żmigród?

Bo jeżeli promocja realizowana jest jako zadanie publiczne, powinna mieć jakiś cel.

A cel powinien dać się przynajmniej próbować mierzyć.

Inaczej „strategia promocji” może oznaczać po prostu:

zrobiliśmy post.

Od dziennikarza wymaga się transparentności. Od burmistrza chyba również

W mediach istnieje bardzo prosty standard.

Jeżeli materiał ma charakter reklamowy albo powstaje w ramach współpracy komercyjnej, powinien być odpowiednio oznaczony.

Dziennikarz ma oddzielać informację od reklamy, fakt od opinii i własne interesy od przedstawianego materiału.

I słusznie.

Tylko dlaczego od osoby wykonującej zadanie publiczne mielibyśmy oczekiwać mniej?

Jeżeli burmistrz służbowo uczestniczy w promocji prywatnej działalności, odbiorca powinien wiedzieć:

w jakim programie uczestniczy przedsiębiorca, na jakich zasadach został do niego przyjęty i jak inni mogą skorzystać z takiej samej możliwości.

Nie po naszym wniosku.

Nie w odpowiedzi urzędu.

W chwili publikacji materiału.

Nie czepiamy się kiszonek

Warto to powtórzyć.

Ten artykuł nie dotyczy jakości produktów Kiszonek Sznajderów.

Nie zarzucamy przedsiębiorcy niewłaściwego działania.

Firma korzysta z możliwości, jakie daje jej promocja.

Nas interesuje ten, kto tę możliwość daje.

Samorząd.

Bo samorząd nie powinien działać według zasady:

„tego przedsiębiorcę pokażemy bardziej, bo nam się podoba”.

Jeżeli tworzy program wsparcia, powinien on być dostępny, rozpoznawalny i przejrzysty.

Jeżeli używa publicznych kanałów i czasu pracy urzędników — powinien umieć określić koszt.

Jeżeli burmistrz służbowo rekomenduje prywatną działalność — powinien umieć wyjaśnić zasady takich rekomendacji.

Odpowiedź gminy nie odpowiada na najważniejsze pytanie

Po dwóch stronach urzędowego pisma wiemy już, że:

burmistrz działał służbowo,

urzędnicy koordynowali promocję,

urzędnicy publikowali materiały,

gmina uważa te działania za realizację swojego zadania publicznego,

a w odpowiedzi pojawił się „Lokalny Ryneczek”.

Ale wciąż nie wiemy:

gdzie są zasady „Lokalnego Ryneczku”?

Kiedy program powstał?

Gdzie został wcześniej ogłoszony?

Kto może do niego wejść?

Kto wybiera uczestników?

Jak ustalany jest zakres promocji?

Dlaczego w materiale burmistrza nie oznaczono, że jest częścią programu?

Dlaczego jeden przedsiębiorca dostaje służbowe „polecam”?

Ile publicznych zasobów rzeczywiście wykorzystano?

Jak zmierzono skuteczność promocji?

To są zwyczajne pytania o standard administracji publicznej.

Można oczywiście powiedzieć, że Radio DTR się czepia.

Tylko wtedy pozostaje jedno, bardzo niewygodne pytanie:

Panie burmistrzu, gdzie mamy zgłosić Radio DTR, żeby w ramach „Lokalnego Ryneczku” również służbowo nas Pan polecił?

Jeżeli zasady są równe dla wszystkich, odpowiedź powinna być bardzo prosta.

Czekamy na formularz.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.