Cud nad Wisłą, którego pamiętamy wybiórczo

Oceń materiał

15 sierpnia obchodzimy Święto Wojska Polskiego i wspominamy zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej. Mówimy o zatrzymaniu bolszewików, „Cudzie nad Wisłą” i ocaleniu niepodległości. Tylko że historia jest bardziej skomplikowana niż rocznicowa akademia. Wojna nie zaczęła się pod Warszawą, Polska nie była wyłącznie bierną ofiarą, a Józef Piłsudski miał wobec wschodu własny, bardzo ambitny plan polityczny. Może właśnie 15 sierpnia warto o nim przypomnieć.

Kto dziś, poza historykami i pasjonatami historii, potrafi odpowiedzieć na proste pytanie:

dlaczego właściwie Polska walczyła z bolszewicką Rosją w 1920 roku?

Najczęstsza odpowiedź będzie zapewne taka:

Rosjanie napadli na Polskę, doszli pod Warszawę, a Polacy ich pokonali.

To prawda.

Ale tylko część prawdy.

A historia zbudowana z połowy prawdy szybko staje się legendą.

Wojna nie zaczęła się w 1920 roku

Pierwsze regularne starcia polsko-bolszewickie rozpoczęły się już w 1919 roku, gdy po zakończeniu I wojny światowej i wycofywaniu się wojsk niemieckich powstała ogromna polityczna i militarna próżnia na terenach dawnego Imperium Rosyjskiego.

Polska odbudowywała swoje państwo.

Bolszewicka Rosja próbowała odzyskiwać obszary dawnego imperium.

Litwini, Białorusini i Ukraińcy również mieli własne aspiracje państwowe.

Granice praktycznie nie istniały.

Tworzono je właśnie z karabinem w ręku.

Dlatego pytanie „kto rozpoczął wojnę?” nie ma tak prostej odpowiedzi, jak mogłoby wynikać z późniejszej propagandy którejkolwiek ze stron.

Wojna polsko-bolszewicka była narastającym konfliktem dwóch państw i dwóch projektów politycznych, które próbowały zagospodarować tę samą przestrzeń Europy Wschodniej. IPN opisuje działania zbrojne już w 1919 roku, a Bitwę Warszawską traktuje jako kulminację dłuższego konfliktu.

Ale wiosną 1920 roku to Polska ruszyła na Kijów

I tu zaczyna się część historii, którą w rocznicowych przemówieniach słyszymy znacznie rzadziej.

25 kwietnia 1920 roku rozpoczęła się wyprawa kijowska.

Była to ofensywa wojsk polskich i sprzymierzonych z nimi sił Ukraińskiej Republiki Ludowej Symona Petlury przeciw bolszewikom. Kilka dni wcześniej Piłsudski i Petlura zawarli porozumienie polityczne oraz wojskowe.

Polskie wojska ruszyły daleko na wschód.

7 maja zajęły Kijów.

Po co?

Nie dlatego, że Piłsudski marzył o przyłączeniu Kijowa do Polski.

Jego plan był znacznie bardziej interesujący.

Piłsudski chciał zbudować pas państw oddzielających Polskę od Rosji

Józef Piłsudski uważał, że niezależnie od tego, czy Rosja będzie carska, „biała”, czy bolszewicka, pozostanie zagrożeniem dla Polski.

Dlatego próbował stworzyć na wschodzie system państw, które oddzielałyby Polskę od Rosji.

Jednym z najważniejszych elementów tego projektu miała być niepodległa Ukraina.

Muzeum Józefa Piłsudskiego opisuje jego koncepcję jako próbę współpracy Polski z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami przeciwko rosyjskiemu imperializmowi.

Sojusz z Petlurą był praktyczną próbą realizacji tej koncepcji.

Niepodległa Ukraina miała być nie tylko państwem sąsiadującym z Polską.

Miała być strategiczną barierą.

Buforem pomiędzy Warszawą a Moskwą.

Brzmi znajomo?

Sto sześć lat później geografia nie zmieniła się ani o kilometr.

Kijów miał być początkiem, nie końcem

Bezpośrednim celem wyprawy kijowskiej było wyparcie bolszewików z Ukrainy Prawobrzeżnej i rozbicie ich sił.

Ale plan był szerszy.

Zakładano odbudowę ukraińskiej armii, która przejęłaby obronę własnego państwa. Wtedy część wojsk polskich można byłoby przesunąć na północ i tam rozprawić się z głównymi siłami bolszewickimi.

Piłsudski wykonywał więc ruch wyprzedzający.

Polski wywiad wiedział, że bolszewicy przygotowują własną ofensywę na Białorusi. Piłsudski postanowił zaatakować wcześniej na Ukrainie.

Problem polegał na tym, że cały plan się nie udał.

Nie powstała wystarczająco silna armia ukraińska.

Bolszewicy przeszli do kontruderzenia.

Wojska polskie rozpoczęły odwrót.

A konflikt, który w maju rozgrywał się pod Kijowem, w sierpniu znalazł się pod Warszawą.

I wtedy role się odwróciły.

Polska rzeczywiście walczyła już o przetrwanie.

Bolszewicy też mieli swój projekt polityczny

Byłoby jednak równie wielkim fałszem historycznym wyciągnięcie z tego wniosku:

„A więc to Polska napadła na niewinną Rosję”.

Nie.

Bolszewicka Rosja również prowadziła politykę ekspansji.

Jej przywódcy liczyli, że zwycięstwo nad Polską ułatwi przeniesienie rewolucji na zachód Europy, przede wszystkim w kierunku Niemiec.

IPN wskazuje wprost na bolszewickie dążenie do eksportu rewolucji na Europę.

Spotkały się więc dwa projekty.

Polski projekt federacyjny Piłsudskiego.

I bolszewicki projekt rewolucyjnej ekspansji.

Pomiędzy nimi były Ukraina, Białoruś, Litwa i miliony ludzi, którzy niekoniecznie chcieli być częścią któregoś z tych planów.

Historia rzadko przypomina western, w którym wystarczy ustalić, kto ma biały, a kto czarny kapelusz.

A potem pojawił się „Cud nad Wisłą”

Bitwa Warszawska została wygrana dzięki ludziom.

Dowódcom.

Żołnierzom.

Wywiadowi.

Łączności.

Planowaniu.

Mobilizacji.

Błędom przeciwnika.

I decyzjom wojskowym.

Ale niemal natychmiast zwycięstwo zaczęło otrzymywać również interpretację religijną.

Powstało określenie „Cud nad Wisłą”.

I właśnie tutaj historia, religia i polityka zaczynają się ze sobą splatać.

15 sierpnia jest bowiem w Kościele katolickim uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, jednym z najstarszych świąt maryjnych. Nie powstało ono wskutek Bitwy Warszawskiej — istniało na długo przed rokiem 1920.

Reklama

To bardzo ważne rozróżnienie.

Nie jest więc tak, że Kościół ustanowił 15 sierpnia świętem, ponieważ wydarzył się „Cud nad Wisłą”.

Było odwrotnie.

Wielkie polskie zwycięstwo przypadło w dniu, który już wcześniej miał niezwykle silne znaczenie religijne.

To oczywiście sprzyjało religijnej interpretacji wydarzenia.

Dla człowieka wierzącego może to być znak opatrzności.

Dla historyka pozostaje faktem kalendarzowym splecionym z wojskowym zwycięstwem.

Obie perspektywy mogą istnieć obok siebie, dopóki jedna nie zaczyna udawać drugiej.

Wojsko dostało swoje święto dopiero trzy lata później

Jest jeszcze jeden szczegół, którego prawie nikt nie pamięta.

15 sierpnia nie został oficjalnym świętem polskiego żołnierza w roku 1920.

Stało się to w 1923 roku.

Minister spraw wojskowych gen. Stanisław Szeptycki rozkazem z 4 sierpnia 1923 roku ustanowił 15 sierpnia Świętem Żołnierza dla upamiętnienia zwycięstwa nad bolszewikami.

Po II wojnie światowej komunistyczne władze z tej daty zrezygnowały.

Do 15 sierpnia jako święta polskiej armii powrócono w III Rzeczypospolitej w 1992 roku.

A zatem dzisiejsza data jest rezultatem kilku nakładających się tradycji.

Religijnej.

Historycznej.

Wojskowej.

I politycznej.

I właśnie tu zaczynam mieć wątpliwość

Czy naprawdę potrzebujemy budować święta narodowe głównie wokół bitew?

Wygranych.

Przegranych.

Powstań.

Wojen.

Śmierci.

Męczeństwa.

Krwawych rocznic.

Oczywiście państwo musi pamiętać o swoich żołnierzach.

Musi czcić ludzi, którzy go bronili.

15 sierpnia jako Święto Wojska Polskiego ma głęboki historyczny sens.

Ale patrząc szerzej na polski kalendarz pamięci, mam czasem wrażenie, że jako naród najlepiej potrafimy świętować wtedy, kiedy ktoś do nas strzela.

Albo kiedy my strzelamy do kogoś.

A gdzie święta sukcesu bez karabinu?

Może potrzebujemy równie silnych dni przypominających o tym, że państwo buduje się także bez wojny.

Nauką.

Pracą.

Samorządnością.

Gospodarką.

Kulturą.

Edukacją.

Technologią.

Dobrym prawem.

Niepodległość nie polega przecież tylko na tym, aby umieć ją odzyskać lub obronić.

Znacznie trudniej jest dobrze z niej korzystać.

Bohaterstwo na polu walki jest spektakularne.

Odpowiedzialne państwo budowane przez kilkadziesiąt spokojnych lat jest mniej widowiskowe.

Nie ma armat.

Nie ma szarży.

Nie ma dramatycznych obrazów do podręcznika.

Za to właśnie ono sprawia, że następne pokolenie być może nie będzie musiało wykazywać się bohaterstwem na wojnie.

Historia nie traci wartości, kiedy przestajemy ją upraszczać

Można oddać hołd żołnierzom Bitwy Warszawskiej i jednocześnie powiedzieć, że kilka miesięcy wcześniej Piłsudski rozpoczął ofensywę na Kijów.

Można mówić o bolszewickiej agresji na Polskę i jednocześnie pamiętać, że wojna rozpoczęła się znacznie wcześniej niż latem 1920 roku.

Można być człowiekiem wierzącym i widzieć w zwycięstwie znak opatrzności.

Można być historykiem i analizować decyzje Rozwadowskiego, Piłsudskiego, Sikorskiego, wywiadu i dowództwa.

Jedno nie musi niszczyć drugiego.

Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy z historii wybieramy tylko ten fragment, który dobrze wygląda podczas przemówienia.

15 sierpnia warto więc świętować. Ale również pytać

Może właśnie na tym powinna polegać dojrzała pamięć.

Nie na niszczeniu pomników.

Nie na odbieraniu ludziom bohaterów.

Nie na szukaniu winnych po stu latach.

Ale na zadawaniu pytań.

Dlaczego poszliśmy na Kijów?

Jaką Europę chciał zbudować Piłsudski?

Dlaczego ten projekt się nie udał?

Dlaczego bolszewicy znaleźli się kilka miesięcy później pod Warszawą?

Skąd właściwie wzięło się określenie „Cud nad Wisłą”?

I wreszcie:

dlaczego tak wiele naszych najważniejszych świąt prowadzi przez pole bitwy albo cmentarz?

Może dlatego, że Polska przez stulecia rzeczywiście musiała walczyć o swoje istnienie.

Ale jeżeli chcemy, aby następne sto lat wyglądało inaczej, powinniśmy nauczyć się świętować również to, czego na szczęście nie trzeba było bronić karabinem.

Najlepszym zwycięstwem państwa nie zawsze jest bowiem wygrana bitwa.

Czasami jest nim to, że do bitwy w ogóle nie dochodzi.

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry