Dziecko w sieci nie znika. Czasem wpada w system przemocy

dziecko w sieci nie znika
Oceń materiał
Radio DTR czyta:
Gotowy do czytania

Raport NABS+ pokazuje, że przemoc wobec młodych ludzi w sieci nie jest już tylko sprawą „złych treści”, przypadkowych kontaktów albo braku kontroli rodzicielskiej. To znacznie bardziej złożony mechanizm: algorytmy, samotność, potrzeba uznania, mizoginia, przemoc grupowa i cyfrowe środowisko, które potrafi zamienić ofiarę w narzędzie dalszego krzywdzenia. Brzmi jak temat dla wyspecjalizowanych służb? Owszem. Ale zaczyna się bardzo często tam, gdzie dorośli mówią: „on tylko siedzi w telefonie”.

Czy internetowe grupy przemocy są tylko marginesem?

Najwygodniej byłoby powiedzieć: to margines. Kilku zwyrodnialców, zamknięte fora, dziwne komunikatory, ciemne zakamarki internetu, do których „normalne dzieci” nie trafiają.

Problem w tym, że właśnie takie myślenie jest pierwszą porażką dorosłych.

Raport „Youth Exploitation, Harm, and Violence in Online Networks”, przygotowany przez Chloe L. Squires i Laurę G. E. Smith dla NABS+, opisuje zjawisko internetowych grup określanych jako „com groups”, w tym grup typu „764”. Autorzy nie sprowadzają sprawy do jednego powodu. Ich podstawowa teza brzmi: zaangażowania młodych ludzi w takie sieci nie da się wyjaśnić pojedynczym czynnikiem. Nie wystarczy powiedzieć: „brak wychowania”, „za dużo TikToka”, „samotność”, „patologia”, „algorytm” albo „zła grupa rówieśnicza”. To wszystko może się nakładać. I właśnie wtedy robi się niebezpiecznie.

Raport wskazuje, że w takich środowiskach mogą pojawiać się różne formy krzywdzenia: przemoc nihilistyczna, seksualne wykorzystywanie dzieci, szantaż seksualny, cyberprzestępczość, przemoc wobec zwierząt, a nawet wątki terrorystyczne. To nie jest już klasyczna szkolna przemoc przeniesiona do internetu. To raczej cyfrowy ekosystem przemocy, w którym upokorzenie staje się walutą, cierpienie materiałem do obiegu, a status — nagrodą za przekraczanie kolejnych granic.

I tu zaczyna się najtrudniejsze pytanie: kto pierwszy zauważy, że dziecko nie tylko ogląda dziwne treści, ale zaczyna być przez nie wciągane? ilustracja do artykulu dziecko w sieci nie znika ilustracja do artykułu dziecko w sieci nie znika

Dlaczego jedno wyjaśnienie nie wystarcza?

W raporcie opisano przegląd systematyczny, który objął 8044 zidentyfikowane publikacje, z czego 218 włączono do analizy. Badacze korzystali m.in. z wiedzy ekspertów, przeszukiwania baz naukowych i literatury dotyczącej radykalizacji, ekstremizmu online, seksualnego wykorzystywania dzieci, samookaleczeń, cyberprzemocy, mizoginii, wpływu algorytmów oraz grupowych mechanizmów przemocy.

To ważne, bo temat wymyka się prostym półkom.

Jeśli patrzymy tylko przez pryzmat przestępczości seksualnej — nie widzimy mechanizmów radykalizacji.
Jeśli patrzymy tylko przez pryzmat zdrowia psychicznego — nie widzimy przemocy grupowej.
Jeśli patrzymy tylko przez pryzmat algorytmów — nie widzimy samotności, potrzeby przynależności i statusu.
Jeśli patrzymy tylko przez pryzmat „złych dzieci” — możemy nie zobaczyć ofiar.

A raport mówi wprost: młody człowiek może być ofiarą, sprawcą, a czasem kimś uwięzionym pomiędzy tymi rolami.

To jest punkt, przy którym systemy instytucjonalne zwykle dostają zadyszki. Szkoła widzi „problem wychowawczy”. Policja widzi „czyn”. Rodzic widzi „dziwne zachowanie”. Psycholog widzi „kryzys”. Platforma widzi „naruszenie regulaminu”. A dziecko? Dziecko może już tkwić w układzie zależności, presji, wstydu, szantażu i cyfrowej lojalności wobec grupy.

Piękny podział kompetencji. Tylko ofiara jakoś nie chce się podzielić zgodnie z tabelką.

Jak działa ścieżka wejścia?

Autorzy raportu wskazują cztery potencjalne ścieżki angażowania się młodych ludzi w takie grupy. To nie są ostateczne wyroki nauki, lecz modele wymagające dalszych badań. Ale są wystarczająco mocne, by potraktować je jako ostrzeżenie.

Pierwsza ścieżka to wiktymizacja. Młody człowiek szuka w sieci treści związanych z samookaleczeniem, cierpieniem, ryzykiem albo innymi skrajnymi doświadczeniami. Algorytm może podsuwać kolejne materiały. Grupa może rozpoznać jego podatność. Potem zaczyna się grooming, presja, wykorzystywanie i zmuszanie do produkowania krzywdzących materiałów.

Druga ścieżka to poszukiwanie znaczenia i przynależności. Tu nie chodzi wyłącznie o dziecko „zagubione”. Chodzi o kogoś, kto czuje deficyt statusu, uznania, siły, wpływu. Grupa daje mu narrację: u nas będziesz kimś. U nas zdobędziesz miejsce. U nas słabość zamienisz w przewagę. Cena? Akceptacja norm grupowych.

Trzecia ścieżka to internalizacja norm i eskalacja. Grupa działa jak hierarchia. Aby zdobyć lub utrzymać pozycję, trzeba dostarczać coraz mocniejsze treści. Krzywda staje się walutą społeczną. Kto przekracza granice, zyskuje. Kto się waha, spada w hierarchii. Według raportu taki proces może prowadzić do efektu przypominającego radykalizację.

Czwarta ścieżka jest najbardziej niepokojąca: przejście od ofiary do sprawcy. Osoba wcześniej krzywdzona może zacząć uczestniczyć w krzywdzeniu innych. Nie dlatego, że „nagle stała się potworem”, lecz dlatego, że wcześniejsza wiktymizacja, presja grupy, internalizacja norm i środowisko online mogą zacząć działać razem. Autorzy podkreślają, że role ofiary i sprawcy mogą się nakładać albo zmieniać w różnych interakcjach i grupach.

To wymaga od dorosłych czegoś trudniejszego niż moralne oburzenie. Wymaga rozumienia mechanizmu.

Dlaczego mizoginia jest tu tak ważna?

Raport mocno akcentuje rolę mizoginii jako kontekstu społecznego. Nie chodzi tylko o wulgarne komentarze pod filmami czy „żarty” z dziewczyn. Chodzi o system przekonań i zachowań, który legitymizuje dominację mężczyzn oraz karze kobiety i dziewczęta za przekraczanie patriarchalnych norm. Według raportu mizoginia kształtuje normy takich grup, nagradzając wykorzystywanie i wiktymizację dziewcząt oraz kobiet.

To ważny fragment, bo często w debacie publicznej mizoginię traktuje się jak brzydką mowę, ale jednak „tylko mowę”. Tymczasem w środowiskach online może ona działać jako ideologiczne paliwo. Daje prostą opowieść: twoje cierpienie ma winnego. Twoje odrzucenie ma winnego. Twoja samotność ma winnego. Tym winnym jest „ona”, „one”, „kobiety”, „feminizm”, „świat, który cię upokorzył”.

Potem wystarczy grupa, która tę opowieść zamieni w zadanie.

Raport wskazuje także, że platformy internetowe i systemy rekomendacji mogą umożliwiać ekspozycję na treści mizoginistyczne lub skrajne. Przywołano przykłady badań, według których użytkownicy mogą być stopniowo przesuwani w stronę baniek informacyjnych i bardziej ekstremalnych treści. Autorzy zaznaczają przy tym ostrożnie: środowisko online nie jest jedyną przyczyną zaangażowania w takie grupy, ale algorytmy, platformy i mizoginia mogą tworzyć społeczne tło, na którym zjawisko się rozwija.

Czyli nie: „algorytm zrobił z dziecka sprawcę”.
Raczej: algorytm mógł pomóc prowadzić je korytarzem, w którym za każdym rogiem stał ktoś gotowy wykorzystać jego słabość.

Co z odpowiedzialnością platform?

W raporcie pojawia się wyraźna rekomendacja: trzeba reformować środowisko informacyjne. Autorzy piszą o usuwaniu skrajnie przemocowych treści i materiałów seksualnego wykorzystywania dzieci, o technicznych zabezpieczeniach w aplikacjach społecznościowych i komunikatorach oraz o większej transparentności i odpowiedzialności platform. Wspominają też o możliwości wykorzystania takich regulacji jak unijny Digital Services Act czy brytyjski Online Safety Act.

To jest moment, w którym wielkie platformy zwykle zaczynają mówić o „bezpieczeństwie użytkowników”, „narzędziach zgłaszania”, „moderacji” i „standardach społeczności”. Brzmi pięknie. Jak folder reklamowy banku po wycieku danych.

Ale problem polega na tym, że model biznesowy wielu platform premiuje zaangażowanie. A zaangażowanie nie zawsze oznacza wartość. Czasem oznacza gniew. Czasem lęk. Czasem obsesję. Czasem oglądanie coraz mocniejszych treści, bo łagodniejsze przestały działać.

Raport sugeruje, że organy konkurencji i rynku powinny tworzyć zachęty oraz antyzachęty dla firm, aby przeciwdziałać monetyzowaniu szkodliwych treści przez algorytmy oparte na zaangażowaniu.

To zdanie powinno wisieć w każdej instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Bo dopóki przemoc generuje uwagę, a uwaga generuje pieniądze, dopóty bezpieczeństwo będzie miało konkurenta. Bardzo bogatego konkurenta.

Dlaczego szkoła, rodzic i policja osobno nie wystarczą?

Raport NABS+ wskazuje, że odpowiedź na zjawisko musi być wieloagencyjna. W sprawę powinni być zaangażowani edukatorzy, pracownicy socjalni, regulatorzy, eksperci zdrowia publicznego i organy ścigania.

To brzmi jak urzędowa oczywistość, ale w praktyce oznacza coś bardzo konkretnego: dziecko nie może być przerzucane między instytucjami jak gorący kartofel z dopiskiem „nie nasza właściwość”.

Szkoła powinna rozpoznawać sygnały izolacji, przemocy rówieśniczej, nagłych zmian zachowania i ryzykownych aktywności online.
Pomoc społeczna powinna widzieć rodzinny kontekst, relacje opiekuńcze i zaniedbania.
Psychologowie i psychiatrzy powinni mieć narzędzia do pracy z dzieckiem, które może jednocześnie być ofiarą przemocy i uczestnikiem krzywdzenia innych.
Policja powinna rozumieć mechanizmy sieci, szantażu, presji i dowodów cyfrowych.
Regulatorzy powinni patrzeć platformom na ręce, a nie tylko wierzyć w ich prezentacje PowerPoint.

Najważniejsze jednak, by dorośli nie czekali, aż problem stanie się „sprawą karną”. Bo wtedy często jest już bardzo późno.

Co oznacza odporność cyfrowa?

Jedną z rekomendacji raportu jest zwiększanie odporności użytkowników poprzez edukację cyfrową. Nie chodzi o kolejną pogadankę pod tytułem „nie podawaj hasła i nie klikaj w podejrzane linki”. To potrzebne, ale zdecydowanie za mało.

Odporność cyfrowa musi obejmować rozumienie manipulacji, presji grupowej, mechanizmów uwodzenia przez skrajne treści, fałszywego poczucia przynależności, szantażu emocjonalnego i ekonomii uwagi. Raport wskazuje, że część szkodliwych treści będzie istnieć mimo zabezpieczeń, dlatego odporność użytkowników ma ograniczać szkody wynikające z ekspozycji na takie materiały.

Młody człowiek powinien wiedzieć nie tylko, że ktoś w sieci może kłamać. Powinien rozumieć, dlaczego ktoś daje mu poczucie wyjątkowości, dlaczego prosi o tajemnicę, dlaczego izoluje go od dorosłych, dlaczego najpierw daje akceptację, a potem żąda dowodu lojalności.

To jest edukacja cyfrowa XXI wieku. Nie „obsługa komputera”. Dzieci obsługują komputery często lepiej niż dorośli. Problem w tym, że komputer, telefon i aplikacja obsługują też je.

Jak pomagać, gdy ofiara stała się również sprawcą?

Najtrudniejsza część raportu dotyczy odpowiedzi karnej i terapeutycznej wobec młodych sprawców, którzy sami mogli wcześniej być ofiarami. Autorzy wskazują, że reakcje wymiaru sprawiedliwości powinny być trauma-informed, czyli uwzględniające doświadczenie traumy. Nie chodzi o bezkarność. Chodzi o to, by system widział napięcie między sprawiedliwością dla ofiar a ryzykiem dalszego krzywdzenia dzieci-sprawców, które same mogły być wykorzystywane.

To brzmi niewygodnie. I dobrze, że brzmi niewygodnie.

Bo łatwo jest powiedzieć: sprawca to sprawca. Tylko że w cyfrowych sieciach przemocy czasem sprawczość rodzi się z wcześniejszego złamania, zastraszenia, zależności, wstydu i prób odzyskania kontroli. System, który tego nie widzi, może ukarać czyn, ale nie przerwać mechanizmu.

Raport rekomenduje kierowanie osób wykorzystanych przez takie grupy do wsparcia opartego na traumie, obejmującego edukację, zdrowie, pomoc społeczną i programy ochrony, jeśli istnieje ryzyko dalszego zagrożenia.

To oznacza, że „interwencja” nie może kończyć się na rozmowie z pedagogiem, przesłuchaniu albo usunięciu konta. Sieć przemocy potrafi wracać. Presja może się odnowić. Materiały mogą krążyć. Wstyd może kneblować ofiarę skuteczniej niż groźba.

Czego brakuje w polskiej debacie?

W Polsce wciąż zbyt często rozmawiamy o bezpieczeństwie dzieci w sieci w trybie moralnej paniki albo technologicznego poradnika. Albo straszymy internetem jako takim, albo sprowadzamy sprawę do kontroli rodzicielskiej, limitów czasu i aplikacji blokujących.

Tymczasem raport NABS+ przesuwa akcent. Pokazuje, że problem dotyczy relacji między podatnością młodych ludzi, środowiskiem społecznym, algorytmami, przemocą symboliczną, potrzebą statusu i grupową dynamiką eskalacji.

To oznacza, że pytania powinny być inne.

Nie tylko: ile czasu dziecko spędza w telefonie?
Ale: czego tam szuka?
Kto daje mu poczucie uznania?
Czy ktoś wymaga od niego tajemnicy?
Czy zaczęło używać języka pogardy?
Czy śmieje się z przemocy?
Czy nagle traktuje cierpienie jako żart?
Czy zniknęło z realnych relacji, ale „żyje” w grupie, której nikt z dorosłych nie zna?

I jeszcze jedno: czy dorośli są gotowi słuchać, zanim zaczną krzyczeć?

Bo dziecko, które boi się reakcji dorosłych, może zostać z grupą. Nawet jeśli ta grupa je niszczy.

Co powinno się wydarzyć teraz?

Ten raport powinien być potraktowany jako materiał roboczy dla szkół, kuratoriów, samorządów, policji, prokuratury, organizacji pomocowych i instytucji odpowiedzialnych za politykę cyfrową. Nie jako ciekawostka z Wielkiej Brytanii. Internet nie zatrzymuje się na granicy, choć czasem administracja zachowuje się, jakby świat kończył się na właściwości miejscowej.

Potrzebne są trzy poziomy działania.

Po pierwsze: prewencja. Mniej pustych pogadanek, więcej realnej edukacji o manipulacji, przemocy grupowej, algorytmach, seksualnym szantażu, mizoginii i cyfrowej zależności.

Po drugie: wczesne wykrywanie. Nauczyciele, pedagodzy, pracownicy socjalni i rodzice muszą znać sygnały ostrzegawcze. Nie po to, by śledzić dzieci jak służby specjalne w wersji domowej, ale by nie przegapić momentu, w którym dziecko zaczyna znikać.

Po trzecie: pomoc i ochrona. Dziecko wyciągnięte z sieci przemocy nie jest „naprawione”. Ono dopiero zaczyna drogę powrotu. Czasem z poczuciem winy. Czasem ze wstydem. Czasem z konsekwencjami prawnymi. Czasem z materiałami, które nadal krążą w sieci.

Najgorsze, co można zrobić, to potraktować ten problem jak kolejną sezonową panikę technologiczną. Dziś TikTok, jutro Discord, pojutrze nowa aplikacja, której dorośli jeszcze nie umieją wymówić. Nazwy się zmienią. Mechanizm zostanie.

A mechanizm jest brutalnie prosty: tam, gdzie młody człowiek szuka ulgi, uznania albo przynależności, może pojawić się ktoś, kto zamieni tę potrzebę w narzędzie przemocy.

I właśnie dlatego rozmowa o dzieciach w sieci nie może zaczynać się od pytania: „jaką aplikację zablokować?”.
Powinna zaczynać się od pytania: „dlaczego dziecko w ogóle szuka tam kogoś, kto ma mu powiedzieć, że jest coś warte?”.

Źródło

Opracowano na podstawie raportu NABS+ „Youth Exploitation, Harm, and Violence in Online Networks. Summary of Results of a Systematic Review with Recommendations for Multi-Agency Responses”, maj 2026, autorstwa Chloe L. Squires i Laury G. E. Smith.

Ten artykuł jest częścią
Magazynu Radio DTR 6/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →

📰 Śledź nas w
Google News, bądź na bieżąco z regionem

☕ Postaw kawę
Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry