Czy demokrację da się „kupić” na sztuki, jak karty SIM w hurcie? Naukowcy z Cambridge policzyli, ile naprawdę kosztuje budowanie armii fałszywych kont do wpływania na opinię publiczną.
Rynek, który działa… legalnie, choć w szarej strefie
Fałszywe konta w mediach społecznościowych nie biorą się znikąd. Powstają w całkiem realnym ekosystemie usług, firm i cenników. Badacze z Uniwersytetu Cambridge postanowili ten ekosystem rozebrać na czynniki pierwsze – bez moralizowania, za to z kalkulatorem w ręku.
Jak tłumaczy jeden z autorów badania, psycholog Jon Roozenbeek, celem nie było instruowanie kogokolwiek, jak manipulować wyborami czy reputacją konkurenta.
„Chcieliśmy zrozumieć, jak działa ten rynek na dużą skalę i gdzie są jego słabe punkty” – mówi badacz.
Kluczowym „wąskim gardłem” okazała się weryfikacja SMS. Aby założyć konto na platformach społecznościowych czy w komunikatorach, potrzebny jest numer telefonu. I tu pojawiają się firmy, które masowo skupują karty SIM na całym świecie, a następnie sprzedają kody weryfikacyjne jako usługę.
Formalnie – często zgodnie z prawem. Regulaminy platform są łamane, ale kodeks karny zwykle milczy.
Ile kosztuje fałszywe konto? Od groszy do kilku dolarów
Zespół badawczy przez rok monitorował ceny u czterech firm oferujących weryfikację SMS. Efektem jest indeks cen, pokazujący zarówno koszt, jak i dostępność numerów w poszczególnych krajach.
Wyniki są zaskakujące:
-
Rosja: ok. 0,08 dolara za weryfikację
-
USA: ok. 0,26 dolara
-
Australia: ponad 3 dolary
-
Japonia: niemal 5 dolarów
Różnice wynikają głównie z lokalnych przepisów. W Japonii, gdzie do zakupu karty SIM wymagane jest potwierdzenie miejsca zamieszkania, „surowiec” jest drogi. Tam, gdzie kontrola jest słabsza – ceny lecą w dół.
Co istotne, badanie obejmuje nie tylko Facebooka czy X (dawnego Twittera), ale setki usług: od Tindera i Airbnb po Netflix i PayPal. Podszywanie się pod lokalnych użytkowników może ułatwiać oszustwa albo dostęp do regionalnych promocji.
Wybory? Wtedy ceny idą w górę
Najciekawsze pojawia się przy analizie anomalii. Naukowcy zauważyli, że tuż przed ważnymi wyborami gwałtownie rosły ceny kont na Telegramie i WhatsAppie. To wyraźny sygnał zwiększonego popytu.
Nie dotyczyło to jednak platform takich jak X czy Instagram. Dlaczego?
Jak zauważa Renée DiResta, badaczka dezinformacji z Georgetown University:
„Konta używane w operacjach wpływu są często zakładane dużo wcześniej. Nagły wysyp nowych profili wyglądałby podejrzanie”.
Innymi słowy – manipulacja jest planowana z wyprzedzeniem, jak kampania reklamowa. Tyle że bez oznaczenia „materiał sponsorowany”.
Ekonomia propagandy zamiast analizy postów
Dotychczas badania dezinformacji skupiały się głównie na treściach: narracjach, hasłach, emocjach. To podejście odwraca perspektywę.
„To unikalne, bo zamiast patrzeć na propagandę, badacze przyglądają się zapleczu ekonomicznemu, które ją umożliwia” – podkreśla Shelby Grossman z Arizona State University.
Indeks cen może stać się narzędziem ostrzegawczym – czymś w rodzaju sejsmografu dla manipulacji informacyjnej. Skok cen? Być może ktoś właśnie szykuje operację wpływu.
Presja na platformy i państwa
Autorzy badania nie ukrywają, że ich praca ma też wymiar polityczny.
„Jeśli pokazujemy, jak tanio można tworzyć fałszywe konta, platformy powinny się z tego tłumaczyć” – mówi Sander van der Linden, współautor publikacji.
Jednym z rozwiązań byłoby powiązanie numeru telefonu z rzeczywistą lokalizacją urządzenia. Inne – to zaostrzenie przepisów dotyczących kart SIM. Co ważne: skutki takich zmian dałoby się od razu zobaczyć w indeksie cen.
Co dalej?
Naukowcy planują rozszerzyć badania o ceny „pakietów lajków” oraz gotowych kont. W przyszłości, przy dostępie do danych platform, możliwe byłoby nawet szacowanie, jaki odsetek nowych kont jest fałszywy.
Jak podsumowuje Jacob Shapiro z Princeton University:
„Skoro ludzie spędzają ogromną część życia w sieci, społeczeństwo powinno inwestować w narzędzia, które pozwalają zrozumieć, jak ten świat naprawdę działa”.
Bo dziś okazuje się, że manipulacja opinią publiczną nie wymaga ani geniuszu, ani wielkich pieniędzy. Wystarczy karta SIM. Albo tysiąc.
Źródło informacji
Artykuł opracowany na podstawie publikacji naukowej i materiału informacyjnego opublikowanego w czasopiśmie „Science” (policy paper) oraz komentarzy badaczy z Uniwersytetu Cambridge. Autor pierwotnego tekstu: Kai Kupferschmidt, Science, 12 grudnia 2025 r.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


