Jeszcze rok temu wydawało się, że Michał Jaros przejmie realną kontrolę nad Dolnym Śląskiem. Dziś coraz więcej wskazuje na to, że zamiast budować pozycję regionalnego lidera, ugrzązł w wojnie podjazdowej z własnym środowiskiem. I to wojnie, którą może przegrać drugi raz z rzędu.
W polityce czasem nie przegrywa się przy urnie. Czasem przegrywa się w kuluarach. W przerwach obrad. W telefonach wykonywanych późnym wieczorem. I właśnie tak wygląda dziś sytuacja wokół dolnośląskiej Koalicja Obywatelska.
Dlaczego Dolny Śląsk stał się politycznym polem minowym?
Formalnie wszystko wygląda stabilnie. W sejmiku województwa rządzi koalicja: KO, PSL, Polska 2050 i Bezpartyjni Samorządowcy. PiS został odsunięty od władzy. Problem w tym, że pod powierzchnią od miesięcy trwa brutalna walka o wpływy.
Pierwsza odsłona konfliktu nastąpiła po wyborach samorządowych w 2024 roku. Klub KO miał najwięcej mandatów, więc naturalnym kandydatem na marszałka wydawał się Michał Jaros. Tyle że w tajnym głosowaniu… zabrakło mu głosów nawet we własnym obozie.
Czytaj dalej
Zanim czytasz dalej
To był sygnał alarmowy.
Marszałkiem został ostatecznie Paweł Gancarz z PSL. Jaros musiał obejść się smakiem. Oficjalnie koalicja trwała. Nieoficjalnie — rozpoczęła się zimna wojna.
Druga batalia wyglądała jak próba sił
Wiosną 2026 roku konflikt wybuchł ponownie. Po kontrowersyjnych wyborach regionalnych w KO Jaros umocnił pozycję przewodniczącego dolnośląskich struktur partii. Co więcej — zawarł polityczny rozejm z dawnym rywalem, Grzegorz Schetyna.
I wtedy rozpoczęła się ofensywa.
Cel? Większa kontrola nad zarządem województwa. Ludzie Jarosa chcieli trzeciego miejsca dla KO i wymiany Jarosław Rabczenko na polityka bliższego frakcji Jarosa.
Niby zwykła roszada personalna. W praktyce — pokaz siły.
Podczas sesji sejmiku doszło do politycznego chaosu. Wnioski o przerwy, przeciąganie obrad, blokowanie głosowań nad absolutorium i votum zaufania dla zarządu województwa. W kuluarach zaczęto mówić o niepokojącej synchronizacji części działań KO z radnymi PiS.
I właśnie wtedy centrala w Warszawie miała zacząć nerwowo patrzeć na Dolny Śląsk.
Tusk chce spokoju. Dolny Śląsk daje mu awanturę
Dla Donald Tusk sytuacja jest niewygodna z bardzo prostego powodu: krajowa koalicja rządząca i tak jest delikatną konstrukcją.
PSL miało jasno sygnalizować, że próba siłowego przejęcia większej kontroli nad Dolnym Śląskiem może odbić się na relacjach w innych regionach. A to już problem ogólnopolski, nie lokalny.
W dodatku powrót Schetyny do regionalnej gry politycznej dla części otoczenia Tuska brzmi jak powrót dawnych konfliktów, które miały zostać zamknięte lata temu.
Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy Michał Jaros nie zaczął grać za ostro?
Wrocław udało się przejąć częściowo. Województwa już nie
Ciekawy jest jeszcze jeden element tej układanki. O ile w samym Wrocławiu środowisko Jarosa i Schetyny potrafiło skutecznie negocjować wpływy wokół prezydenta Jacek Sutryk, o tyle sejmik wojewódzki okazał się dużo trudniejszy do podporządkowania.
Bo tutaj nie wystarczy partyjna dyscyplina.
Tu trzeba utrzymać kruche relacje z PSL, Polską 2050 i Bezpartyjnymi Samorządowcami. Każdy gwałtowny ruch może rozsypać układankę.
I właśnie dlatego marszałek Gancarz zaczął wyglądać nie jak polityk przejściowy, ale jak człowiek, którego partnerzy koalicji wolą zostawić na stanowisku niż otwierać nową wojnę.
Czy Jaros może stracić stanowisko w rządzie?
Na razie nie ma sygnałów o natychmiastowej dymisji, ale polityka działa trochę jak kredyt zaufania. Można go długo budować i bardzo szybko stracić.
W Warszawie pojawiają się już spekulacje o możliwych zmianach w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. W tle przewija się nazwisko Ryszard Petru.
To jeszcze nie wyrok. Ale wyraźny sygnał ostrzegawczy.
Jeśli Jaros dalej będzie postrzegany jako polityk destabilizujący układ koalicyjny, może się okazać, że jego regionalne ambicje staną się dla centrali zbyt kosztowne.
Co wydarzy się 20 maja?
Wszystko wskazuje na to, że absolutorium dla zarządu województwa przejdzie. Coraz więcej polityków wysyła sygnały o „uspokojeniu sytuacji”. Prawdopodobnie nie będzie żadnej wielkiej rewolucji personalnej.
Czyli dokładnie odwrotnie niż oczekiwało środowisko Jarosa.
I tu pojawia się największy problem wizerunkowy. Bo polityk, który dwa razy próbuje przejąć kontrolę nad regionem i dwa razy kończy bez pełnego sukcesu, zaczyna tracić aurę skuteczności.
A w polityce aura bywa czasem ważniejsza niż stanowiska.
Dolny Śląsk pokazuje dziś coś więcej niż lokalny konflikt
Ta historia nie dotyczy już wyłącznie personalnych sporów między politykami KO. To opowieść o tym, jak trudne staje się utrzymanie szerokiej koalicji, gdy lokalni liderzy zaczynają budować własne księstwa polityczne.
Bo Dolny Śląsk coraz bardziej przypomina laboratorium napięć wewnątrz obozu rządzącego.
I możliwe, że Warszawa właśnie zaczyna się zastanawiać, czy eksperyment nie wymyka się spod kontroli.
Magazynu Radio DTR 5/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
