Kiedy widzę, że nawet były premier – człowiek z politycznym stażem dłuższym niż niejedna kariera zawodowa – podbija emocjonalny wpis powielający niesprawdzone tezy, to wiem, że w Polsce właśnie umarła kolejna porcja zdrowego rozsądku. A przecież mówimy o zdrowiu, życiu, bezpieczeństwie pacjentów. To nie powinno być paliwem na Twittera.
Ale jest.
Bo dramat, strach i „obcy” zawsze klikają się najlepiej.
Polska ochrona zdrowia traci lekarzy szybciej niż zyskuje. I to jest sedno.
Zacznijmy od najważniejszego:
w Polsce dramatycznie brakuje lekarzy.
Dane OECD?
Najniższa liczba lekarzy na 1000 mieszkańców w całej Unii poza Cyprem i Rumunią.
Dane NRL?
Deficyt ponad 50 tysięcy medyków do pełnej obsady.
Dane o migracji?
Tysiące młodych lekarzy, zaraz po stażu, wyjeżdża do Niemiec, Skandynawii, Wielkiej Brytanii.
Dlaczego?
Bo wolą pracować za godne pieniądze, w normalnym grafiku, bez bycia popychadłem.
To są dane.
Twarde jak zimny blat w izbie przyjęć o 3 w nocy.
I teraz sedno manipulacji:
jeżeli w kraju brakuje rąk do pracy, to ktoś musi te dziury łatać.
W Polsce robią to często lekarze z Ukrainy, Białorusi, Indii, Filipin, a nawet z Ameryki Południowej. Nie dlatego, że ktoś „chce zastąpić Polaków”, tylko dlatego, że… Polaków w tym zawodzie w Polsce po prostu brakuje.
Czy faktycznie doszło do opisanej śmierci?
Do dziś nie ma oficjalnego potwierdzenia, że wrocławski zgon miał związek z nieznajomością polskiego języka przez lekarzy.
Nie ma komunikatu szpitala.
Nie ma stanowiska NFZ.
Nie ma raportu DRL.
Jest tylko:
polityczna teza,
emocjonalna narracja,
i ludzka skłonność do obwiniania „innych”.
To wystarcza, by zrobić burzę.
Nie wystarcza jednak, by napisać prawdę.
A może zapytajmy uczciwie: skąd mają pochodzić lekarze, skoro ich w Polsce nie ma?
Od Konfederacji – która rozpętała narrację „obcokrajowcy mordują Polaków” – nie dowiemy się jednej rzeczy:
skąd wziąć lekarzy, gdy polski system ich nie produkuje, a ci wykształceni uciekają?
Bo teza antyimigracyjna nie ma odpowiedzi na pytanie systemowe.
Brzmi dobrze, klika się fantastycznie, ale jest oderwana od realiów.
Dlaczego tak mało lekarzy zostaje w Polsce?
Odpowiedzi są cztery:
Wynagrodzenia: młody lekarz w Polsce zarabia mniej niż jego rówieśnik w Lidlu na kasie.
Przeciążenie pracą: normy unijne to 48 h tygodniowo. W Polsce zdarza się, że lekarz ma 300–400 godzin miesięcznie.
Chaos organizacyjny: system zmienia się tak często, że trudno mówić o stabilności.
Agresja wobec medyków: i tak – rosnąca, podgrzewana przez narracje polityczne.
Dlaczego nie ma w Polsce modelu, w którym prywatna opieka zasila system NFZ?
To pytanie Miller powinien zadać w Sejmie.
Ale nie zada.
Bo odpowiedź jest niewygodna.
Otóż:
1. Prywatna opieka to biznes.
A biznes nie lubi limitów, które nakłada NFZ.
Biznes likwiduje kolejki, ale tylko tym, którzy mają środki.
2. System jest celowo rozszczelniony.
Jeśli sektor publiczny działa źle, ludzie uciekają do prywatnego.
To napędza pieniądze do firm prywatnych.
I wszystkim „zaangażowanym” politycznie podmiotom to na rękę od 20 lat.
3. Żadna władza – ani lewa, ani prawa – nie odważyła się włączyć prywatnych placówek do rygorów sprawozdawczych NFZ.
Bo to wywołałoby potężne lobby przeciwko rządowi.
Więc mamy schizofrenię:
państwowy system tonie, a prywatny rośnie jak na drożdżach.
A do tego wszystkiego dochodzi starannie pielęgnowana legenda, że „to przez migrantów system się wali”.
Nie przez 30 lat zaniedbań.
Nie przez chaos organizacyjny.
Nie przez niedofinansowanie.
Nie przez emigrację polskich lekarzy.
Nie przez brak planowania kadr.
Nie.
Wygodniej jest krzyczeć:
„obcy zagrażają Polakom!”
Kto naprawdę chce coś ugrać na tej histerii?
Konfederacja – to oczywiste.
To partia żyjąca z antyimigracyjnych lęków.
Ale Miller?
Jego reakcja pokazuje, że polityka to sport, w którym emocja bije rozum trzy do zera.
I w tym wszystkim ginie najważniejsza rzecz:
prawdziwa reforma ochrony zdrowia.
Taka, która:
odbuduje kadry,
poprawi językowe wymagania dla zagranicznych lekarzy,
uszczelni procedury,
uporządkuje chaos finansowy,
przywróci sensowność pracy w szpitalach.
Na to niestety nie ma tweetów.
Nie da się tego zmieścić w 280 znakach.
I nie da się na tym zbić klików tak łatwo, jak na strachu.
I na koniec: kto naprawdę zagraża bezpieczeństwu pacjentów?
Nie Ukraina.
Nie Białoruś.
Nie migranci.
Zagraża brak lekarzy.
Zagraża przemęczenie.
Zagrażają kolejki.
Zagrażają zaniedbania kolejnych rządów.
Zagrażają proste opowieści zamiast twardych danych.
A największym ryzykiem jest polityka, która woli krzyczeć o „zagrożeniu z zewnątrz”, zamiast przyznać, że krwawi nam system od środka.
I że nie da się go uleczyć hejtem.
Autor: Rafał Chwaliński


