Komisje rewizyjne, których członkowie należą do tego samego środowiska politycznego co kontrolowana władza. Samorządowcy, którzy swoją aktywność coraz częściej mierzą obecnością w mediach społecznościowych. Mieszkańcy przyzwyczajeni do tego, że tak po prostu wygląda lokalna polityka. Czy można zachować wszystkie demokratyczne procedury, a jednocześnie stopniowo pozbawiać je znaczenia? Erich Fromm kilkadziesiąt lat temu postawił pytanie, które dziś nabiera zaskakującej aktualności: czy to, co powszechnie uznajemy za normalne, rzeczywiście jest zdrowe?
Wszyscy wiedzą, jak to działa. I właśnie w tym tkwi problem
W niewielkiej gminie wszyscy się znają. Radny zna burmistrza, burmistrz przewodniczącego rady, przewodniczący zna członków komisji rewizyjnej. Wspólnie startowali w wyborach, organizowali kampanię, przekonywali mieszkańców, że mają pomysł na przyszłość.
Wygrali.
Teraz jedni zarządzają gminą, a drudzy mają ich kontrolować.
Formalnie wszystko się zgadza. Rada obraduje, komisje działają, dokumenty trafiają do porządku obrad. Uchwały są podejmowane, sprawozdania przyjmowane, absolutoria udzielane.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Na Facebooku pojawiają się fotografie. Uśmiechnięci samorządowcy przecinają wstęgi, spotykają się z mieszkańcami, wręczają podziękowania, uczestniczą w uroczystościach.
Pod zdjęciami gratulacje. Kolejne serduszka. Kolejne zapewnienia, że gmina się rozwija.
A gdzieś pomiędzy jednym wydarzeniem a drugim pozostają pytania o zadłużenie, koszty administracji, sens inwestycji, jakość zamówień publicznych czy odpowiedzialność za nietrafione decyzje.
Kto powinien je zadawać?
Między innymi komisja rewizyjna.
A jeśli jej członkowie należą do tego samego politycznego środowiska, które podejmowało kontrolowane decyzje?
Nie oznacza to jeszcze, że kontrola jest nierzetelna. Ale tworzy sytuację, w której niezależność trzeba wykazać działaniem, a nie samą nazwą komisji.
I tu pojawia się szczególny rodzaj lokalnej normalności.
Wszyscy wiedzą, że większość rządzi. Wszyscy wiedzą, że większość obsadza komisje w granicach obowiązujących przepisów. Wszyscy wiedzą, że radni związani z władzą zwykle ją popierają.
Nikt nie jest tym szczególnie zaskoczony.
Pytanie brzmi: czy przyzwyczajenie do określonego mechanizmu wystarcza, aby uznać go za właściwy?
Fromm: społeczeństwo może przyzwyczaić się do własnych dysfunkcji
Erich Fromm był psychoanalitykiem, filozofem społecznym i jednym z ważnych przedstawicieli humanistycznej krytyki współczesnej cywilizacji.
W jego rozważaniach nad patologią normalności pojawia się myśl, która burzy wygodne przekonanie: skoro większość ludzi postępuje podobnie, to takie postępowanie musi być zdrowe, racjonalne i właściwe.
Fromm kwestionował samo kryterium przystosowania.
Człowiek może znakomicie funkcjonować w społeczeństwie, którego wymagania pozostają w konflikcie z jego autentycznymi potrzebami. Może być szanowany, nagradzany, awansować, realizować oczekiwania otoczenia, a jednocześnie stopniowo tracić autonomię i zdolność samodzielnego osądu.
Co więcej, system może nagradzać właśnie te zachowania, które utrwalają jego dysfunkcje.
W świecie zawodowym będzie to bezrefleksyjna rywalizacja. W społeczeństwie konsumpcyjnym — utożsamienie wartości człowieka z posiadaniem. W polityce może to być lojalność wobec grupy, która z czasem zaczyna znaczyć więcej niż odpowiedzialność za podejmowane decyzje.
Przeniesienie tej koncepcji na współczesny samorząd nie oznacza, że Fromm opisywał polskie rady gmin czy powiatów. To interpretacja jego myśli, a nie dosłowne zastosowanie diagnozy klinicznej.
Pozwala jednak postawić niewygodne pytanie.
Czy lokalna wspólnota może tak bardzo przywyknąć do politycznych zależności, że przestanie dostrzegać ich wpływ na funkcjonowanie demokratycznych instytucji?
A jeśli tak, to kiedy przestaje odróżniać kontrolę rzeczywistą od kontroli wykonywanej wyłącznie dlatego, że wymaga jej ustawa?
Komisja rewizyjna. Demokracja ma mechanizm kontroli, tylko czy potrafi go używać?
Polskie prawo nie pozostawia wątpliwości co do podstawowej funkcji komisji rewizyjnej.
Artykuł 18a ustawy o samorządzie gminnym stanowi, że rada gminy kontroluje działalność wójta, gminnych jednostek organizacyjnych oraz jednostek pomocniczych. W tym celu powołuje komisję rewizyjną.
Komisja opiniuje wykonanie budżetu i występuje z wnioskiem dotyczącym udzielenia lub nieudzielenia absolutorium.
W powiecie odpowiednikiem jest art. 16 ustawy o samorządzie powiatowym. Rada powiatu kontroluje zarząd i powiatowe jednostki organizacyjne za pośrednictwem komisji rewizyjnej.
Co istotne, ustawodawca przewidział udział przedstawicieli wszystkich klubów radnych. Wykluczył też z komisji określone osoby zajmujące funkcje we władzach rady, a w powiecie również członków zarządu.
To ważne zabezpieczenia.
Nie ma natomiast generalnego zakazu zasiadania w komisji przez radnych należących do tego samego obozu wyborczego co organ wykonawczy.
I trudno byłoby taki zakaz wprowadzić bez naruszania politycznej konstrukcji samorządu. Większość ma przecież prawo realizować program, z którym wygrała wybory.
Problem nie polega więc na samej politycznej przynależności.
Problem zaczyna się wtedy, gdy większość traktuje komisję rewizyjną jak kolejne miejsce potwierdzania swoich decyzji, a nie instytucję zdolną do ich niezależnego badania.
Wyobraźmy sobie kontrolę wielomilionowej inwestycji.
Komisja może ograniczyć się do zapoznania ze sprawozdaniem przedstawionym przez urząd. Może przyjąć wyjaśnienia i zakończyć sprawę bez zastrzeżeń.
Może również zażądać dokumentów, przeanalizować kolejne aneksy do umowy, porównać pierwotne założenia z ostatecznymi kosztami, sprawdzić harmonogram i zbadać, kto odpowiadał za podejmowane decyzje.
Oba działania mogą zostać opisane w urzędowym sprawozdaniu jako przeprowadzona kontrola.
Ale ich rzeczywista wartość dla mieszkańców jest nieporównywalna.
Nie liczba posiedzeń świadczy o jakości nadzoru. Nie liczba sporządzonych protokołów. Nawet nie liczba wykrytych nieprawidłowości.
Znaczenie ma to, czy komisja potrafi samodzielnie ustalić stan faktyczny, zadać niewygodne pytania i przedstawić wnioski również wtedy, gdy są one politycznie niekorzystne dla własnego środowiska.
Warto przy tym pamiętać, że część problemów samorządowych — od niegospodarności po wadliwe procedury finansowe — może ujawnić się dopiero po wielu latach.
Kontrola, która nie dostrzega niczego wymagającego wyjaśnienia, nie musi być pozorna. Może być rzetelna, jeśli rzeczywiście nie stwierdziła uchybień.
Ale jej rzetelność powinno dać się ocenić na podstawie przeprowadzonych czynności i zgromadzonych dowodów.
Samo zapewnienie, że wszystko jest w porządku, to za mało.
Psychologia lojalności. Dlaczego czasami nie trzeba nikomu niczego zabraniać?
W latach siedemdziesiątych amerykański psycholog Irving Janis spopularyzował pojęcie groupthink, czyli myślenia grupowego.
Opisywał sytuacje, w których dążenie do jednomyślności ogranicza zdolność grupy do krytycznej oceny własnych decyzji.
Członkowie zespołu niekoniecznie tracą umiejętność samodzielnego myślenia. Mogą jednak powstrzymywać się od wyrażania zastrzeżeń, jeśli dostrzegają ryzyko konfliktu, utraty wpływów lub zakwestionowania wspólnej tożsamości.
Badania Michaela Callawaya i Jamesa Essera z 1984 roku pokazały, że silnie zintegrowane grupy pozbawione odpowiednich procedur decyzyjnych miały tendencję do podejmowania gorszych decyzji.
Charakterystyczne były również ograniczona liczba głosów sprzeciwu i wysoka pewność słuszności przyjmowanych rozwiązań.
Nie oznacza to, że każda zgodna politycznie grupa działa wadliwie.
Późniejsze przeglądy badań wskazywały, że teoria Janisa nie wyjaśnia wszystkich niepowodzeń zbiorowego podejmowania decyzji, a jej pierwotne założenia miały ograniczone potwierdzenie empiryczne.
Mimo tego stanowi użyteczne ostrzeżenie przed utożsamianiem zgodności z jakością rozumowania.
W samorządzie mechanizm może być wyjątkowo subtelny.
Radny nie musi otrzymać polecenia, żeby nie zadawał pytań.
Może sam uznać, że nie wypada publicznie kwestionować decyzji kolegów, z którymi prowadził kampanię wyborczą.
Członek komisji nie musi otrzymać zakazu kontroli.
Może po prostu preferować tematy, które nie prowadzą do wewnętrznego konfliktu.
Przewodniczący nie musi blokować dyskusji.
Wystarczy, że za każdym razem proponuje szybkie zakończenie posiedzenia, ponieważ sprawa została już przecież omówiona.
W pojedynczych sytuacjach takie zachowania mogą mieć racjonalne uzasadnienie. Kłopot pojawia się, kiedy stają się utrwaloną praktyką unikania krytycznej weryfikacji.
Wtedy polityczna lojalność zaczyna konkurować z publiczną odpowiedzialnością.
Największym zagrożeniem nie jest komisja, w której radni się spierają. Znacznie bardziej niepokojąca byłaby komisja, w której nikt nie ma już odwagi albo potrzeby zadawać pytań.
Nie każda jednomyślność jest dowodem konformizmu. Bywa rezultatem prawidłowo przeprowadzonej analizy. Ale warto sprawdzić, czy zgoda poprzedzona była rzeczywistą debatą, czy jedynie wynikała z politycznego przyzwyczajenia.
Facebook. Nowa wiejska tablica ogłoszeń, która zaczęła udawać całe życie publiczne
Kiedyś informacje rozchodziły się przez wiejską tablicę ogłoszeń, rozmowy w sklepie, spotkania przed kościołem, zebrania mieszkańców i lokalną prasę.
Dzisiaj spora część tego świata przeniosła się do Facebooka.
Zmieniły się narzędzia, ale nie zniknęła potrzeba przynależności, uznania i uczestniczenia w życiu wspólnoty.
Różnica jest jednak zasadnicza.
Dawna lokalna plotka miała ograniczony zasięg. Współczesny wpis może dotrzeć do tysięcy odbiorców, wywołać lawinę komentarzy i przez kilka dni organizować lokalną debatę.
Co więcej, to nie mieszkańcy samodzielnie decydują o kolejności wszystkich informacji, które zobaczą. Istotną rolę odgrywa system rekomendacji platformy, indywidualne zachowania użytkowników i mechanizmy dystrybucji treści.
Facebook stał się więc czymś więcej niż elektroniczną tablicą ogłoszeń.
To przestrzeń, w której lokalna rzeczywistość jest równocześnie przedstawiana, komentowana, oceniana i przekształcana w publiczny wizerunek.
Samorządowcy szybko dostrzegli jej możliwości.
Zdjęcie z festynu pokazuje aktywność. Relacja ze spotkania dokumentuje obecność. Fotografia z podpisania umowy stwarza okazję do przedstawienia inwestycji. Film z uroczystości buduje rozpoznawalność.
Nie ma w tym niczego niewłaściwego.
Obowiązkiem samorządu jest przecież informowanie mieszkańców o swojej działalności.
Jednak informowanie o sprawowaniu władzy nie jest tym samym co rozliczanie się ze sposobu jej sprawowania.
Tutaj zaczyna się współczesna patologia normalności — rozumiana nie jako choroba ludzi korzystających z Facebooka, lecz jako społeczny mechanizm przyzwyczajania się do powierzchownego obrazu rzeczywistości.
Wpis informuje o wybudowaniu drogi.
Nie musi jednak wyjaśniać, dlaczego inwestycja kosztowała więcej, niż początkowo planowano.
Fotografia przedstawia nowy obiekt.
Nie pokazuje kosztów jego wieloletniego utrzymania.
Komunikat mówi o pozyskanej dotacji.
Nie zawsze przedstawia pełną wartość przedsięwzięcia, wysokość wkładu własnego i przyszłe zobowiązania budżetowe.
Tak powstaje rzeczywistość, w której można bardzo dużo wiedzieć o tym, gdzie był burmistrz, a zaskakująco mało o tym, jakie decyzje podjął i jakie będą ich konsekwencje.
Nie jest to wyłącznie problem samorządowców.
W procesie uczestniczą również odbiorcy.
Polubienie nie wymaga przeczytania sprawozdania finansowego. Gratulacje nie wymagają znajomości umowy. Udostępnienie zdjęcia nie wymaga sprawdzenia wieloletniej prognozy finansowej.
W rezultacie widoczność staje się łatwiejsza do osiągnięcia niż zrozumienie.
A popularność może zacząć pełnić funkcję społecznego potwierdzenia, że wszystko działa prawidłowo.
Nauka pokazuje, dlaczego obraz potrafi być atrakcyjniejszy od rzeczywistości
W 2024 roku opublikowano metaanalizę 78 badań dotyczących korzystania z mediów społecznościowych i dobrostanu psychicznego.
Wyniki były bardziej złożone, niż sugerują popularne opinie o szkodliwości internetu.
Porównywanie się z innymi użytkownikami wiązało się z niższym dobrostanem, ze współczynnikiem korelacji wynoszącym około −0,30.
Jednocześnie komunikowanie się przez media społecznościowe wykazywało dodatni związek z dobrostanem społecznym (r = 0,18).
To ważne rozróżnienie.
Media społecznościowe mogą służyć budowaniu kontaktów i wzmacnianiu więzi. Mogą również sprzyjać niekorzystnym porównaniom i kreowaniu wyidealizowanego obrazu życia.
Badania te dotyczyły przede wszystkim jednostek. Nie stanowią bezpośredniego dowodu na istnienie podobnych mechanizmów w samorządowej polityce.
Warto jednak postawić hipotezę: skoro użytkownicy selektywnie przedstawiają własne życie, to instytucje publiczne również mogą ulegać pokusie selektywnego przedstawiania swoich osiągnięć.
Różnica polega na odpowiedzialności.
Osoba prywatna ma prawo pokazywać na Facebooku wyłącznie udane wakacje.
Samorząd, który działa za publiczne pieniądze, powinien przedstawiać mieszkańcom również koszty, ograniczenia i problemy związane z wykonywaniem swoich zadań.
Prywatne konto może być albumem sukcesów. Komunikacja instytucji publicznej nie powinna ograniczać się do takiego albumu.
Nie oznacza to konieczności publikowania każdej trudności na Facebooku. Oznacza natomiast, że pozytywnym komunikatom powinny towarzyszyć rzetelne, dostępne informacje pozwalające mieszkańcom samodzielnie ocenić działania władz.
Mieszkaniec jako widz. Demokracja jako spektakl
Najciekawszy problem zaczyna się wtedy, gdy media społecznościowe nie tylko informują o działalności samorządu, ale stopniowo zmieniają wyobrażenie mieszkańców o uczestnictwie w życiu publicznym.
Obywatel może odnieść wrażenie, że bierze udział w debacie, ponieważ regularnie komentuje wpisy burmistrza.
Może uznać, że kontroluje władzę, ponieważ krytykuje jej decyzje pod kolejną publikacją.
Może nawet mieć poczucie wpływu, jeżeli jego komentarz otrzymuje kilkadziesiąt polubień.
Ale czy rzeczywiście uczestniczył w podjęciu decyzji?
Czy przedstawiono mu jej warianty?
Czy dowiedział się, jakie były koszty i ryzyka?
Czy jego argumenty zostały przeanalizowane?
Czy otrzymał odpowiedź, zanim rozstrzygnięcie stało się faktem?
To zasadnicza różnica między udziałem w demokracji a obserwowaniem jej w mediach społecznościowych.
W tej drugiej sytuacji mieszkaniec jest często widzem wydarzeń, których przebieg ustalono wcześniej.
Może pochwalić, skrytykować, oburzyć się albo udostępnić informację.
Nie musi jednak mieć rzeczywistego wpływu na ich wynik.
I właśnie tu dochodzimy do badań, które pokazują, że ludzie potrzebują czegoś więcej niż możliwości komentowania.
41 procent. Tyle osób wierzyło, że będzie mogło zabrać głos
W badaniu OECD przeprowadzonym w 2023 roku w 30 państwach, którego wyniki opublikowano w lipcu 2024 roku, średnio 41% respondentów uważało za prawdopodobne, że będą mieli możliwość wyrażenia opinii przed podjęciem przez lokalne władze decyzji dotyczącej ich społeczności.
Mniej więcej podobna część ankietowanych była przeciwnego zdania.
OECD ustaliła również, że przekonanie o możliwości zabrania głosu należało do najsilniejszych czynników związanych z zaufaniem do władz lokalnych. Respondenci pozytywnie oceniający taką możliwość mieli, po uwzględnieniu innych zmiennych w modelu statystycznym, o 6,1 punktu procentowego większe prawdopodobieństwo deklarowania wysokiego lub umiarkowanie wysokiego zaufania.
OECD TRUST SURVEY 2023 • WYNIKI OPUBLIKOWANE W 2024 ROKU
41%
uważało, że prawdopodobnie będzie mogło zabrać głos przed lokalną decyzją
6,1 p.p.
różnicy w modelowanym prawdopodobieństwie zaufania do władz lokalnych
Średnie dla uczestniczących państw OECD, nie osobne wyniki dla Polski. Badanie wskazuje zależności statystyczne, a nie dowodzi prostego związku przyczynowo-skutkowego.
To szczególnie ważny wynik.
Zaufanie do lokalnej władzy nie zależy wyłącznie od tego, ile informacji urząd publikuje. Istotne jest również to, czy mieszkańcy wierzą, że ich stanowisko może zostać rzeczywiście wysłuchane.
Samorząd może więc posiadać znakomicie prowadzony profil społecznościowy, publikować codzienne relacje i jednocześnie pozostawiać mieszkańcom niewielkie możliwości oddziaływania na najważniejsze rozstrzygnięcia.
Możliwa jest także sytuacja odwrotna: urząd może prowadzić skromną komunikację internetową, ale organizować rzetelne konsultacje, odpowiadać na uwagi i przedstawiać uzasadnienia swoich decyzji.
Nie sposób ocenić jakości lokalnej demokracji na podstawie liczby postów.
Miarą uczestnictwa obywatelskiego nie jest to, jak często mieszkaniec widzi władzę, lecz czy władza potrafi go wysłuchać, zanim podejmie decyzję.
Kiedy kontrola staje się niewygodna, a krytyka uchodzi za atak
W niewielkiej wspólnocie polityka jest szczególnie osobista.
Radni spotykają się na uroczystościach, znają swoje rodziny, współpracują w organizacjach społecznych, uczestniczą w tych samych przedsięwzięciach.
Takie relacje mogą być ogromną zaletą. Ułatwiają rozwiązywanie problemów, skracają dystans między mieszkańcem a przedstawicielem samorządu, wzmacniają poczucie wspólnoty.
Mogą jednak również komplikować rozliczanie decyzji.
Bo inaczej dyskutuje się o anonimowym urzędniku, a inaczej o człowieku, z którym od kilkunastu lat współorganizuje się lokalne wydarzenia.
W takim środowisku pytanie o wydatki bywa odbierane jako osobista nieufność.
Wniosek o kontrolę może zostać uznany za demonstrację politycznej wrogości.
Publikacja krytycznego artykułu może wywołać dyskusję nie o ustaleniach, lecz o intencjach dziennikarza.
A mieszkaniec, który pyta o konkretne dokumenty, może usłyszeć, że zamiast krytykować, powinien docenić wysiłki władz.
Nie twierdzimy, że tak dzieje się w każdej gminie czy każdym powiecie. Chodzi o rozpoznawalny mechanizm społeczny, którego występowanie należy oceniać na podstawie konkretnych sytuacji.
W poprawnie funkcjonującym samorządzie krytyka działań publicznych nie powinna być traktowana jak atak na wspólnotę.
Wręcz przeciwnie.
Pytanie o zasadność wydatku nie jest deklaracją wrogości wobec burmistrza.
Wniosek o udostępnienie umowy nie oznacza oskarżenia o nieuczciwość.
Domaganie się wyjaśnień od zarządu powiatu nie jest próbą destabilizacji jego pracy.
To zwykłe elementy demokratycznej odpowiedzialności.
Kiedy zaczynamy traktować je jak zachowania nadzwyczajne, warto się zastanowić, co właściwie uznaliśmy za normalne.
Społeczeństwo, które przywykło. Najbardziej niepokojący wymiar patologii normalności
Wróćmy do Fromma.
Jego refleksja nie dotyczyła wyłącznie systemów politycznych. Dotykała głębszego problemu: zdolności człowieka do dostosowania się do otoczenia nawet wtedy, gdy ceną za tę adaptację jest ograniczenie własnej niezależności.
W lokalnej demokracji odpowiednikiem tego zjawiska może być stopniowe obniżanie społecznych oczekiwań.
Mieszkańcy wiedzą, że komisja rewizyjna jest zdominowana przez radnych związanych z większością rządzącą.
Uznają to za oczywistość.
Wiedzą, że informacje samorządowe przedstawiają przede wszystkim sukcesy.
Uznają, że tak wygląda komunikacja publiczna.
Wiedzą, że na odpowiedzi dotyczące trudnych spraw trzeba niekiedy długo czekać.
Przyzwyczajają się.
Z czasem ważniejsze od pytania o jakość działania instytucji staje się pytanie, czy wszystko przebiega zgodnie z ustaloną praktyką.
Nie musi dojść do żadnego spektakularnego naruszenia prawa.
Nie musi wybuchnąć afera.
Nie trzeba nawet ukrywać dokumentów.
Wystarczy, że formalne procedury zaczną być traktowane jako wystarczający dowód prawidłowego funkcjonowania samorządu.
Tymczasem ich istnienie nie zwalnia nikogo z oceny rezultatów.
Można przeprowadzić konsultacje, nie uwzględniając żadnego argumentu mieszkańców. Może to być uzasadnione, jeśli argumenty zostały rzetelnie rozpatrzone i przedstawiono powody ich odrzucenia. Ale sama organizacja konsultacji nie przesądza jeszcze o ich wartości.
Można zorganizować kontrolę i nie stwierdzić nieprawidłowości. Jeżeli była dokładna, stanowi to ważne ustalenie. Jeżeli ograniczała się do formalności, jej wartość jest niewielka.
Można prowadzić rozbudowaną komunikację społeczną, a jednocześnie przekazywać mieszkańcom głównie informacje o uroczystościach i zakończonych przedsięwzięciach.
I można mieć tysiące obserwujących, nie wiedząc, ilu mieszkańców naprawdę rozumie kondycję finansową własnej gminy.
Patologia normalności zaczyna się nie wtedy, gdy wydarza się coś nadzwyczajnego, lecz wtedy, gdy przestajemy dostrzegać różnicę między funkcjonowaniem instytucji a wypełnianiem przez nią rzeczywistych obowiązków.
A gdzie w tym wszystkim są mieszkańcy?
Łatwo byłoby zakończyć ten tekst stwierdzeniem, że winę ponosi władza.
Byłoby to jednak uproszczenie.
Demokracja lokalna nie składa się wyłącznie z burmistrzów, starostów, radnych i urzędników.
Jej częścią są również mieszkańcy, organizacje społeczne, lokalni przedsiębiorcy i media.
Jeżeli oczekujemy od samorządowców niezależnego myślenia, musimy również sami umieć odróżniać informację od reklamy, fakt od komentarza, popularność od skuteczności.
Trzeba przyznać, że jest to trudniejsze niż kliknięcie przycisku „Lubię to”.
Analiza budżetu wymaga czasu.
Przeczytanie protokołu komisji nie dostarcza takich emocji jak burzliwa dyskusja pod zdjęciem burmistrza.
Sprawdzenie umowy jest mniej atrakcyjne od krótkiego filmu, w którym ktoś zapewnia, że inwestycja zmieni przyszłość gminy.
Ale to właśnie w dokumentach, decyzjach i ich konsekwencjach znajduje się znaczna część prawdy o sposobie zarządzania wspólnymi pieniędzmi.
Nie oznacza to, że wszyscy mieszkańcy powinni zostać ekspertami od finansów publicznych.
Wystarczy, aby nie rezygnowali z podstawowego prawa do zadawania pytań.
I aby istniały instytucje, które potrafią udzielać na nie konkretnych odpowiedzi.
Nie takich, które zamykają dyskusję.
Takich, które pozwalają zrozumieć, dlaczego podjęto określoną decyzję, jakie rozważano możliwości i kto odpowiada za jej wykonanie.
Demokracja nie potrzebuje jednomyślności. Potrzebuje niezależności
Nie ma niczego złego w tym, że radni współpracują z burmistrzem.
Nie ma niczego złego w tym, że zarząd powiatu posiada stabilną większość.
Nie ma również powodu, aby każdy członek komisji rewizyjnej z góry podejrzewał kontrolowaną instytucję o nieprawidłowości.
Demokracja nie wymaga permanentnego konfliktu.
Wymaga natomiast zdolności do przeprowadzenia kontroli również wtedy, gdy jej ustalenia są niewygodne dla politycznych partnerów.
To różnica pomiędzy lojalnością wobec wspólnego programu a bezwarunkową akceptacją wszystkich działań osób, które go realizują.
Dojrzały radny może popierać burmistrza i równocześnie zakwestionować konkretny wydatek.
Członek komisji rewizyjnej może należeć do większości, ale domagać się szczegółowej analizy decyzji zarządu.
Samorządowiec może z dumą prezentować zakończoną inwestycję, a jednocześnie publicznie przyznać, że jej koszt okazał się wyższy od zakładanego.
Takie zachowania nie osłabiają demokracji.
Przeciwnie — pozwalają mieszkańcom ocenić, czy polityczne zaufanie jest oparte na konkretnych działaniach.
Warto również zauważyć, że opozycja nie posiada automatycznie monopolu na rzetelność. Kontrola może zostać wykorzystana jako narzędzie politycznej rywalizacji, podobnie jak większość może próbować unikać niewygodnych tematów.
Dlatego o jakości nadzoru powinny przesądzać dokumenty, ustalenia i argumenty, a nie wyłącznie przynależność polityczna kontrolujących.
Największy sukces władzy? Kiedy nikt już nie oczekuje wyjaśnień
W jednej z najbardziej niepokojących interpretacji myśli Fromma człowiek może tak dalece przystosować się do społecznych oczekiwań, że zacznie uważać własne ograniczenia za naturalny element rzeczywistości.
W lokalnym życiu publicznym podobne zjawisko może oznaczać coś bardzo konkretnego.
Mieszkańcy przestają pytać, ponieważ nie wierzą, że otrzymają odpowiedź.
Radni przestają kontrolować, ponieważ nie chcą naruszać politycznej równowagi.
Urzędnicy komunikują głównie pozytywne wydarzenia, ponieważ właśnie takich informacji oczekują przełożeni i część odbiorców.
Media społecznościowe zapewniają nieustanny przepływ komunikatów, dając złudzenie, że o wszystkim już poinformowano.
A rzeczywiste problemy?
Niekiedy pozostają w dokumentach, które są publiczne, ale rzadko czytane.
W protokołach, do których można dotrzeć, choć wymagają analizy.
W sprawozdaniach, które formalnie przedstawiono, lecz których treść nie stała się przedmiotem szerszej dyskusji.
W tym miejscu pojawia się paradoks.
Współczesny samorząd może komunikować więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a mieszkaniec niekoniecznie musi dzięki temu lepiej rozumieć jego działalność.
Może znać twarze wszystkich radnych, ale nie wiedzieć, za jakimi rozwiązaniami głosowali.
Może obserwować codzienną aktywność burmistrza, ale nie znać kosztów utrzymania urzędu.
Może wiedzieć o każdym festynie, a nie mieć pojęcia, które inwestycje odsunięto na kolejne lata i dlaczego.
Nie dlatego, że informacje muszą być ukrywane.
Czasem dlatego, że te najważniejsze są po prostu mniej widowiskowe.
Normalność nie jest jeszcze dowodem, że wszystko jest w porządku
Fromm nie pozostawił nam instrukcji kontrolowania gminnego budżetu ani przepisu na skuteczną komisję rewizyjną.
Pozostawił coś innego.
Przestrogę przed utożsamianiem społecznej akceptacji ze zdrowiem społeczeństwa.
To, że określony sposób postępowania stał się powszechny, nie oznacza, że służy ludziom.
To, że wszyscy przyzwyczaili się do politycznych zależności, nie znaczy, że nie należy ich analizować.
To, że samorządowy Facebook pełen jest pochwał i gratulacji, nie dowodzi jeszcze skuteczności zarządzania.
I wreszcie — to, że komisja rewizyjna przeprowadziła kontrolę, nie zwalnia z pytania, co rzeczywiście sprawdziła.
Nie musimy doszukiwać się patologii w każdej instytucji ani podejrzewać wszystkich samorządowców o złe intencje.
Wystarczy konsekwentnie odróżniać deklaracje od działań, obecność od skuteczności, zgodność od niezależności.
Bo samorząd nie jest prywatnym przedsięwzięciem zwycięskiego komitetu wyborczego.
Nie jest także profilem społecznościowym włodarza ani wspólnotą ludzi zobowiązanych do wzajemnego potwierdzania swoich sukcesów.
Jest organizacją mieszkańców, która dysponuje ich wspólnymi pieniędzmi i podejmuje decyzje wpływające na ich codzienne życie.
Dlatego demokratyczna kontrola nie może sprowadzać się do przekonania, że skoro wszystko odbywa się zgodnie z przyjętym zwyczajem, to nie ma powodu do zadawania dalszych pytań.
Najbardziej niebezpieczna dla demokracji nie musi być władza, która otwarcie odrzuca kontrolę. Może nią być sytuacja, w której kontrola stopniowo traci znaczenie, a społeczeństwo przestaje zauważać tę zmianę.
Wtedy nawet nie potrzeba nikomu zakazywać krytyki.
Wystarczy, że wszyscy uznają jej brak za coś zupełnie normalnego.
I być może to właśnie byłoby najbardziej niepokojącym przykładem patologii normalności.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

