Felieton (część 2): „Powiat sprzyja biznesowi… ciąg dalszy farsy”
Autor: Rafał Chwaliński
Jeżeli pierwsza część była o ironii, to druga — niestety — musi być o mechanizmach. Bo ironia sama z siebie nie powstaje. Ona zawsze ma jakieś źródło. Zwykle bardzo konkretne, bardzo ludzkie i bardzo… powiatowe.
Gdzie kończy się wsparcie, a zaczyna marketing?
Spotkania typu „samorząd przyjazny biznesowi” mają tę jedną wspólną cechę:
im bardziej uroczyste, tym mniej z nich wynika.
Sala elegancka, prezentacje profesjonalne, logotypy równiutko ustawione – raj dla fotografa, piekło dla przedsiębiorcy.
Bo przedsiębiorca, wbrew oczekiwaniom urzędu, nie żywi się cukierkowymi deklaracjami.
Żywi się:
stabilnością prawa,
przejrzystością procedur,
niskimi kosztami administracyjnymi,
dostępem do informacji,
i uczciwym traktowaniem.
A powiat? Powiat żywi się… tym, jak wygląda na zdjęciach.
Widać to szczególnie wtedy, gdy porozmawia się z firmami, które działają tu 10–15 lat. One od dawna wiedzą, że:
wsparcie powiatu to bardziej slogan niż instrument.
Diagnoza nr 1: selektywna troska
W powiecie bardzo łatwo zauważyć pewną prawidłowość:
– Firmy, które są „po linii i na bazie”, są zapraszane, chwalone i włączane do układanki.
– Firmy niezależne, krytyczne albo po prostu „nie z naszej bajki” — są obsługiwane czysto technicznie, z dystansem, czasem z pobłażliwą miną, jakby przeszkadzały w narracji.
To nie teza. To praktyka.
Praktyka, którą widać w wyborze prelegentów, partnerów, tematów.
I w tym, komu faktycznie poświęca się czas, a komu tylko uścisk dłoni w ramach obowiązkowego rytuału.
Diagnoza nr 2: „wsparcie” bez instrumentów
Największa powiatowa tajemnica brzmi:
Powiat sam w sobie nie ma żadnych realnych narzędzi rozwoju przedsiębiorczości.
Może:
organizować spotkania,
zapraszać prelegentów,
drukować banery,
pozować do zdjęć,
przygotować prezentacje,
mówić, że wspiera.
Ale prawdziwe narzędzia?
Te są:
na poziomie rządu,
ministerstw,
PARP,
urzędów marszałkowskich,
programów UE,
specjalnych stref ekonomicznych.
Powiat to przekaźnik wizerunkowy, nie gospodarczy.
Dlatego tak często spotkania kończą się jedną, klasyczną frazą:
„Prosimy śledzić programy i nabory”.
Czyli: my zdjęcia zrobimy, a wy radźcie sobie dalej.
Diagnoza nr 3: konflikt interesów jako przyprawa lokalna
Trzebnica to miejsce, w którym trudno nie zauważyć, że biznes i władza mają czasem wspólne ścieżki — czasem wyjątkowo dobrze wysypane drobnym tłuczniem z powiatowego zaplecza.
Tu ktoś prowadzi firmę i pracuje w instytucji publicznej.
Tam ktoś jest małżonkiem urzędnika, a jednocześnie beneficjentem współpracy.
Gdzie indziej ktoś zasiada w radzie społecznej i jednocześnie rozlicza powiat z usług.
Czy to patologia?
W polskich realiach — absolutnie nie.
To naturalny ekosystem lokalny.
Ale o jednym nie wolno zapominać:
Im bliżej władzy, tym łagodniejszy klimat dla firmy.
I odwrotnie:
im dalej od władzy, tym większy wiatr w oczy.
I powiedzmy to bez owijki:
To nie są przypadki — to system.
Diagnoza nr 4: biznes w powiecie jako element dekoracji
Przedsiębiorca z potrzebami?
To problem.
Przedsiębiorca z sukcesem?
To trofeum.
Przedsiębiorca z wątpliwościami?
To komplikacja.
Przedsiębiorca z mikrofonem podczas spotkania powiatowego?
To ryzyko.
Dlatego łatwiej jest organizować wydarzenia:
złożone z prezentacji,
pozbawione debat,
bez pytań trudnych,
z wcześniej ustalonym scenariuszem.
Powiat nie lubi zaskoczeń.
Powiat lubi kontrolę i obraz.
To wszystko prowadzi do starego pytania:
Czy powiat sprzyja biznesowi?
Czy sprzyja wybranym?
W praktyce:
sprzyja tam, gdzie to bezpieczne i wygodne.
Nie dlatego, że ktoś jest zły.
Dlatego, że system lokalnej władzy nagradza przewidywalność i poukładanie.
A biznes, który zadaje pytania, patrzy na ręce i chce realnych zmian?
To już całkiem inna historia.
Nie na zdjęcia.
Nie do albumu.
Nie pod hasło „samorząd przyjazny”.
Finał
Jeśli więc ktoś ma wrażenie, że te wszystkie powiatowe „przyjazności” są bardziej dekoracją niż działaniem — to nie jest przesada.
To obserwacja.
I, co gorsza, obserwacja coraz bardziej powszechna.
