Wrocław i jego aglomeracja mogą pochwalić się niemal pełnym zatrudnieniem, relatywnie wysokim dobrostanem i mieszkańcami, którzy w większości nie opisują swojej sytuacji jako złej. A jednak pod tą powierzchnią znajduje się znacznie mniej wygodny obraz. Najnowsza Wrocławska Diagnoza Społeczna pokazuje strukturę mocno rozciągniętą między górą i dołem, z wyjątkowo wąskim środkiem. Klasa średnia obejmuje w przyjętym przez badaczy modelu zaledwie 15 proc. mieszkańców. I właśnie ta liczba może być jednym z najważniejszych sygnałów ostrzegawczych całego raportu.
Wrocław lubi opowiadać o sobie językiem sukcesu: inwestycje, nowe miejsca pracy, rozwój usług, wysokie kwalifikacje, napływ mieszkańców, międzynarodowe firmy.
Wrocławska Diagnoza Społeczna 2025 tej opowieści nie przekreśla.
Robi coś znacznie ciekawszego.
Pokazuje, że miasto może jednocześnie dobrze prosperować i pozostawać społecznie bardzo nierówne.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Badacze już we wnioskach głównych określają aglomerację jako obszar o relatywnie wysokim poziomie dobrostanu i stabilności ekonomicznej, ale zaraz potem wskazują na „głęboką i wielowymiarową stratyfikację społeczną”.
Przeczytaliśmy ten wątek z uwagą: najpierw przez główne wnioski raportu, a następnie przez szczegółowe dane dotyczące klas społecznych, dochodów, oszczędności, edukacji, pracy oraz mieszkań.
I właśnie przy drugim czytaniu obraz staje się jeszcze mocniejszy.
38,1 proc. na dole, tylko 15 proc. pośrodku
Badanie przeprowadzono na 2503 osobach — 2000 mieszkańcach Wrocławia oraz ponad 500 mieszkańcach dziewięciu sąsiednich gmin. Dane zbierano jesienią 2025 roku metodą bezpośrednich wywiadów w gospodarstwach domowych.
Do określenia pozycji społecznej badacze zastosowali klasyfikację ESeC — European Socio-economic Classification.
I tu potrzebne jest ważne zastrzeżenie.
„Klasa wyższa” w tym badaniu nie oznacza automatycznie milionerów, właścicieli willi i ludzi żyjących z kapitału. Jest to kategoria społeczno-zawodowa obejmująca przede wszystkim kadry kierownicze i specjalistów.
Podobnie „klasa niższa” nie jest synonimem biedy. Tworzą ją m.in. pracownicy handlu i usług, robotnicy wykwalifikowani oraz pracownicy półwykwalifikowani i niewykwalifikowani.
Po takim uporządkowaniu struktura aglomeracji wygląda następująco:
25,2 proc. — klasa wyższa,
15 proc. — klasa średnia,
38,1 proc. — klasa niższa.
Kolejne 19,7 proc. stanowią osoby, którym nie ustalono pozycji klasowej z powodu braku odpowiednio długiego doświadczenia zawodowego; około 2 proc. odmówiło odpowiedzi.
Co ważne, nie jest to efekt „rozmycia” Wrocławia przez biedniejsze przedmieścia.
W samym mieście proporcje są niemal identyczne: 25,6 proc. klasy wyższej, 15,2 proc. średniej i 38,3 proc. niższej.
Problem jest więc strukturalny.
Gdzie podziała się klasa średnia?
To chyba najciekawsze pytanie, jakie rodzi ten raport.
Przez ostatnie trzy dekady klasa średnia miała być symbolem polskiej transformacji: wykształcona, samodzielna ekonomicznie, posiadająca mieszkanie, odkładająca pieniądze, konsumująca, inwestująca w dzieci i stabilizująca system społeczny.
Tymczasem zastosowany przez badaczy model pokazuje strukturę przypominającą raczej zwężenie pośrodku.
Na górze znajduje się duża grupa specjalistów i kierowników. Na dole jeszcze większa grupa pracowników usług, handlu i zawodów robotniczych. Pomiędzy nimi stosunkowo niewielki segment techników, pracowników umysłowych średniego szczebla, samozatrudnionych i drobnych przedsiębiorców.
Autorzy raportu sami zwracają uwagę, że słabo rozwinięty środkowy segment może ograniczać zdolność systemu społecznego do amortyzowania nierówności.
To zdanie jest znacznie ważniejsze od samej tabeli.
Bo problemem nie jest tylko to, ilu ludzi przypisano do poszczególnych klas. Problem zaczyna się wtedy, kiedy wraz z pozycją zawodową zmieniają się również pieniądze, bezpieczeństwo, wykształcenie, możliwości rozwoju i zdolność poradzenia sobie z kryzysem.
A dokładnie to pokazują kolejne strony raportu.
Średnio żyjemy nieźle. Tyle że średnia zaczyna oszukiwać
47,3 proc. respondentów deklaruje, że żyje dobrze lub bardzo dobrze.
Brzmi optymistycznie.
Dopóki nie rozbijemy tej liczby według pozycji zawodowej.
Wśród kadr kierowniczych i specjalistów dobrą lub bardzo dobrą sytuację materialną deklaruje 62,8 proc. badanych. Wśród drobnych przedsiębiorców — 57,5 proc.
Wśród robotników już tylko 29,8 proc.
Wśród pracowników handlu i usług — 35,7 proc.
I nagle okazuje się, że jedna miejska średnia przykrywa kilka bardzo różnych rzeczywistości.
To jeden Wrocław geograficznie.
Ekonomicznie — niekoniecznie.
5345 zł średnio. Ale średnia znów nie mówi wszystkiego
Średni indywidualny dochód netto w badaniu wyniósł około 5345 zł.
Jednak i tutaj pozycja społeczna zasadniczo zmienia obraz.
Pracownicy handlu i usług osiągali średnio około 4329 zł netto. Kadry kierownicze i specjaliści — około 6275 zł, a przedsiębiorcy — 6875 zł.
Jeszcze wyraźniej różnice widać na poziomie całych gospodarstw domowych.
Dochód powyżej 12 600 zł miesięcznie osiągało:
36,9 proc. gospodarstw przedsiębiorców,
25,2 proc. gospodarstw kadr kierowniczych i specjalistów,
9 proc. gospodarstw pracowników usług,
8,9 proc. gospodarstw robotników.
To już nie jest kosmetyczna różnica.
To są zupełnie odmienne możliwości podejmowania decyzji.
Jedni zastanawiają się, gdzie ulokować nadwyżkę.
Drudzy — czy nadwyżka w ogóle powstanie.
Prawdziwą granicę widać wtedy, kiedy wydarzy się coś złego
Być może jeszcze ważniejszym wskaźnikiem od miesięcznego dochodu jest pytanie: co się stanie, kiedy zepsuje się samochód, trzeba będzie pilnie leczyć zęby, wymienić piec albo przez miesiąc zabraknie części dochodu?
Badacze sprawdzili możliwość szybkiego zgromadzenia określonej sumy pieniędzy.
Kwotę 5000 zł byłoby w stanie zdobyć:
73,7 proc. kadr kierowniczych i specjalistów,
70,9 proc. przedsiębiorców,
48,9 proc. pracowników handlu i usług,
46,2 proc. robotników.
Przy 10 tys. zł różnica robi się jeszcze większa.
Taką sumę mogłoby zmobilizować 49,4 proc. kadr i 47,5 proc. przedsiębiorców, ale tylko około jedna czwarta pracowników usług i robotników.
A 50 tys. zł?
12,2 proc. kadr, 15,1 proc. przedsiębiorców — oraz 3–3,5 proc. ludzi z dwóch najniższych analizowanych grup zawodowych.
I chyba właśnie tutaj najbardziej widać, czym w praktyce jest nierówność.
Nie musi oznaczać głodu.
Może oznaczać brak marginesu błędu.
Jedni pracują. Drudzy pracują i budują majątek
64,9 proc. wszystkich badanych nie posiada dodatkowych źródeł dochodu.
Ale znowu — średnia zaciera podział.
Wśród pracowników usług bez alternatywnego źródła dochodu pozostaje 75,7 proc., a wśród robotników 72,8 proc.
U przedsiębiorców — 43,6 proc.
Przedstawiciele lepiej sytuowanych kategorii częściej posiadają również dochody z kapitału: nieruchomości przeznaczone na wynajem, lokaty, obligacje czy papiery wartościowe.
I tu zaczyna działać mechanizm, który może być znacznie ważniejszy niż sama różnica pensji.
Kapitał rodzi kolejny kapitał.
Wyższy dochód pozwala oszczędzać. Oszczędności pozwalają inwestować. Inwestycje tworzą dodatkowy dochód. Dodatkowy dochód zwiększa odporność na kryzys.
Na dole mechanizm może działać odwrotnie.
Brak nadwyżki oznacza brak inwestycji. Nagły wydatek konsumuje oszczędności albo wymusza zadłużenie. Kryzys finansowy trudniej przetrwać bez uszczerbku dla poziomu życia.
Raport nie pokazuje więc jedynie różnicy między zarobkami.
Pokazuje różnicę między zdolnością do gromadzenia przewagi a ciągłym bronieniem obecnej pozycji.
Edukacja nie kończy nierówności. Czasami je utrwala
Jeszcze ciekawszy jest mechanizm związany z kwalifikacjami.
Wśród kadr kierowniczych i specjalistów 78,9 proc. posiada wyższe wykształcenie.
Wśród robotników — około 2,5 proc.
Można powiedzieć: nic dziwnego.
Ale kolejny krok jest już znacznie bardziej niepokojący.
W ciągu dwóch lat kwalifikacji ani nowych umiejętności nie zdobywało 73,8 proc. robotników i 70,8 proc. pracowników handlu i usług.
Wśród kadr kierowniczych i specjalistów było to 41,7 proc.
Czyli ci, którzy już mają przewagę edukacyjną i zawodową, częściej inwestują w kolejne kompetencje.
Ci, którzy mają ich mniej — robią to rzadziej.
Powstaje klasyczny mechanizm kumulacyjny:
kto ma więcej zasobów, ma również większe możliwości zdobywania następnych.
Badacze piszą wprost o zdolności do „akumulowania przewag społecznych i reprodukowania nierówności”.
To prawdopodobnie jedna z najważniejszych konkluzji całej diagnozy.
Na dole łatwiej zdecydować się na zmianę pracy. Nie zawsze dlatego, że jest się odważniejszym
Pracowników zapytano również, czy zmieniliby pracę na wymagającą przekwalifikowania, gdyby nowe miejsce oferowało lepsze warunki i wynagrodzenie wyższe o 30 proc.
Największą gotowość wykazali pracownicy handlu i usług oraz pracownicy półwykwalifikowani i niewykwalifikowani.
Najmniejszą — przedsiębiorcy oraz kadry kierownicze i specjaliści.
Można byłoby powiedzieć, że niższe warstwy są bardziej elastyczne.
Raport podsuwa jednak inne wyjaśnienie.
Mają więcej powodów, żeby odejść.
Im większy obecny dochód, tym mniejsza była skłonność do zmiany zatrudnienia. Dla osoby posiadającej dobrą pracę zmiana oznacza ryzyko utraty pozycji. Dla osoby zarabiającej niewiele podwyżka o 30 proc. może być szansą na zasadniczą zmianę poziomu życia.
Elastyczność nie zawsze jest więc przywilejem.
Czasami jest skutkiem niezadowolenia.
Podział widać także w mieszkaniu
Generalny obraz warunków mieszkaniowych w aglomeracji jest dobry. Większość gospodarstw nie zgłasza poważnych problemów technicznych.
Jednak gdy badacze zaczęli sprawdzać, co najbardziej wpływa na ocenę mieszkania, odpowiedź okazała się jednoznaczna.
Nie wiek.
Nie nawet miejsce w aglomeracji.
Sytuacja materialna.
To ona najsilniej wiąże się zarówno z techniczną jakością mieszkania, jak i z satysfakcją z warunków mieszkaniowych.
Osoby z klasy niższej zgłaszają więcej problemów technicznych niż klasa wyższa. Najemcy są w trudniejszej sytuacji od właścicieli. W wyodrębnionej przez badaczy grupie „deprywacji mieszkaniowej” osoby żyjące bardzo biednie mają ponad 30-krotnie większe prawdopodobieństwo znalezienia się w najgorszej klasie mieszkaniowej niż osoby dobrze sytuowane.
To już nie jest dyskusja o metrażu.
To pytanie o to, jak pozycja ekonomiczna przekłada się na codzienne warunki życia.
I nawet obywatelskość nie jest rozłożona równo
Podział klasowy wychodzi jeszcze dalej.
Raport pokazuje, że aktywność obywatelska jest wyraźnie związana z poziomem wykształcenia, sytuacją materialną i klasą społeczną.
Innymi słowy, ludzie posiadający więcej zasobów ekonomicznych i edukacyjnych częściej posiadają również zasoby pozwalające uczestniczyć w życiu publicznym.
Mają czas, kompetencje, informacje, sieci kontaktów i większe przekonanie, że ich działanie może przynieść skutek.
To prowadzi do niewygodnego pytania:
czy głos wszystkich mieszkańców miasta rzeczywiście ma takie same szanse zostać usłyszany?
Formalnie — oczywiście.
Socjologicznie — raport pokazuje już znacznie bardziej skomplikowany obraz.
Bogaty Wrocław nie jest mitem. Ale jest tylko połową prawdy
Najłatwiej byłoby z tego raportu zrobić tekst o „biednym Wrocławiu”.
Byłoby to jednak nieuczciwe.
Badanie pokazuje miasto o wysokiej aktywności zawodowej, niewielkim bezrobociu, generalnie dobrych warunkach mieszkaniowych i stosunkowo wysokiej ocenie jakości życia.
Wrocław rzeczywiście jest miastem sukcesu gospodarczego.
Problem polega na tym, że korzyści z tego sukcesu nie rozkładają się równomiernie.
Jedni posiadają jednocześnie lepszą pracę, wyższe dochody, oszczędności, aktywa, większe możliwości kształcenia i wyższą odporność na kryzys.
Inni mają pracę — ale niekoniecznie bezpieczeństwo.
A to ogromna różnica.
Najważniejsze nie jest 15 procent. Najważniejsze jest to, co dzieje się wokół niego
Można dyskutować, czy zastosowana przez socjologów klasyfikacja ESeC odpowiada potocznemu rozumieniu klasy średniej. Nie odpowiada wprost — i trzeba o tym mówić jasno.
Ale to nie osłabia najważniejszego ustalenia raportu.
Bo klasy zawodowe nie pozostają tylko etykietami.
Badacze sprawdzili je później w dochodach, oszczędnościach, możliwościach finansowych, edukacji, mieszkalnictwie i aktywności społecznej.
I różnice powracały.
Dlatego liczba 15 proc. jest interesująca, lecz jeszcze ważniejszy jest mechanizm stojący za tabelą.
Wrocław nie dzieli się po prostu na biednych i bogatych.
Dzieli się na tych, którzy potrafią akumulować kolejne przewagi, oraz tych, którzy znaczną część swoich zasobów przeznaczają na utrzymanie pozycji, którą już mają.
A pomiędzy nimi znajduje się stosunkowo wąska grupa mogąca pełnić rolę społecznego amortyzatora.
Konkluzja
Najważniejszy wniosek z Wrocławskiej Diagnozy Społecznej 2025 nie brzmi więc: „Wrocław jest biedny”.
Brzmi znacznie bardziej niepokojąco:
Wrocław może być coraz bogatszy, a jednocześnie coraz silniej podzielony pod względem tego, kto ma możliwość korzystania z tego bogactwa, zabezpieczania przyszłości i powiększania własnych szans życiowych.
W mieście można mieć pracę i jednocześnie nie mieć poduszki finansowej.
Można należeć do rozwijającej się gospodarki i nie mieć środków na inwestowanie we własne kompetencje.
Można mieszkać w jednej z najdynamiczniejszych metropolii w kraju, ale być od jej ekonomicznego sukcesu oddzielonym znacznie grubszą szybą, niż sugerowałyby statystyki bezrobocia.
I być może właśnie dlatego 15 procent klasy średniej jest liczbą, którą warto zapamiętać.
Nie dlatego, że sama rozstrzyga, czy Wrocław jest miastem nierównym.
Ale dlatego, że otwiera drzwi do całego zestawu danych pokazujących, jak bardzo różne mogą być życia ludzi mieszkających obok siebie w tym samym, zamożnym mieście.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.





