Najpierw były anomalie statystyczne. Potem eksperci wskazali komisje, w których ryzyko błędu było szczególnie wysokie. Prokuratorzy otworzyli zabezpieczone pakiety i ponownie policzyli karty. W 84 spośród 250 sprawdzonych komisji wyniki zapisane w protokołach nie odpowiadały temu, co znajdowało się na kartach. W 16 komisjach głosy kandydatów przypisano odwrotnie. Są dziesiątki osób z zarzutami, akty oskarżenia i wyrok sądu. To nie dowodzi, że wynik wyborów prezydenckich został zmieniony. Dowodzi jednak czegoś wystarczająco poważnego: w części komisji mechanizmy kontroli zawiodły. A nauka potrafiła wskazać miejsca, które należało sprawdzić.
Wybory prezydenckie z 2025 roku są zakończone. Sąd Najwyższy 1 lipca 2025 roku stwierdził ważność wyboru Karola Nawrockiego na Prezydenta RP. Tego faktu prowadzone obecnie postępowania karne nie zmieniają.
Nie oznacza to jednak, że wszystko, co wydarzyło się podczas liczenia głosów, było prawidłowe.
Dziś wiemy już znacznie więcej niż kilka dni po wyborach.
Nie na podstawie wpisów w mediach społecznościowych. Nie na podstawie deklaracji polityków. Nawet nie tylko na podstawie modeli matematycznych.
Na podstawie fizycznych kart wyborczych.
I właśnie dlatego ta historia jest ważniejsza niż kolejna awantura o to, kto wygrał wybory.
Najpierw statystyka powiedziała: sprawdźcie te komisje
Po drugiej turze wyborów zaczęły pojawiać się informacje o wynikach odbiegających od typowych zależności obserwowanych pomiędzy pierwszą i drugą turą.
Prokurator Generalny zlecił przygotowanie dwóch niezależnych opinii ekspertów zajmujących się analizą danych.
Jednym z nich był dr hab. Jacek Haman z Uniwersytetu Warszawskiego.
Jego analiza wskazała 145 obwodowych komisji wyborczych z bardzo wysokim ryzykiem wystąpienia błędu oraz 104 komisje z wysokim ryzykiem.
I tutaj należy zatrzymać się przy jednym słowie.
Ryzyko.
Model statystyczny nie powiedział:
„Tutaj sfałszowano wybory”.
Nie wskazał winnych.
Nie ustalił zamiaru.
Nie zastąpił prokuratora ani sądu.
Powiedział jedynie:
wynik tej komisji jest na tyle nietypowy, że należy go sprawdzić.
I właśnie tak powinno się korzystać z nauki.
Nie jako z wyroczni.
Jako z narzędzia pozwalającego zadawać właściwe pytania.
Potem przestała mówić statystyka. Zaczęły mówić karty
Prokuratorzy przeprowadzili oględziny kart z 250 komisji wyborczych.
Nie było to zwykłe ponowne wpisanie liczb do arkusza. Otwierano zabezpieczone pakiety, sprawdzano karty i porównywano rzeczywiste głosy z oficjalnymi protokołami komisji.
W 166 komisjach wszystko się zgadzało.
Ale w 84 komisjach stwierdzono rozbieżności.
To około jednej trzeciej badanej grupy.
Nie oznacza to, że błędy występowały w jednej trzeciej wszystkich komisji wyborczych w Polsce. Sprawdzane komisje nie stanowiły losowej, reprezentatywnej próby kraju. Wytypowano je właśnie dlatego, że istniały przesłanki wskazujące na możliwość wystąpienia nieprawidłowości.
I właśnie dlatego wynik kontroli jest tak interesujący.
Metoda selekcji pozwoliła znaleźć miejsca, w których rzeczywiście występowały problemy.
W 16 komisjach głosy kandydatów zamieniono miejscami
Wśród 84 komisji z rozbieżnościami Prokuratura Krajowa stwierdziła przypadki różnego rodzaju.
W 42 komisjach przynajmniej część głosów oddanych na Rafała Trzaskowskiego przypisano Karolowi Nawrockiemu.
W 34 komisjach działało to w przeciwną stronę — głosy Nawrockiego przypisano Trzaskowskiemu.
W ośmiu różnice dotyczyły wyłącznie głosów nieważnych.
Ale w 16 komisjach doszło do odwrotnego przypisania głosów kandydatom.
I tutaj kończy się komfort określenia:
„drobne błędy przy liczeniu”.
Bo mamy komisje, w których protokół wskazywał zupełnie inny obraz głosowania niż karty znajdujące się w pakiecie wyborczym.
Gdańsk. 585 do 346. W rzeczywistości 343 do 583
Jednym z najbardziej obrazowych przypadków jest komisja nr 17 w Gdańsku.
Według oficjalnego protokołu:
Karol Nawrocki — 585 głosów.
Rafał Trzaskowski — 346.
Po sprawdzeniu kart okazało się, że rzeczywisty wynik wynosił:
Karol Nawrocki — 343.
Rafał Trzaskowski — 583.
To nie jest różnica kilku kart.
W oficjalnym dokumencie zwycięzcą głosowania w tym obwodzie został inny kandydat niż ten, który rzeczywiście otrzymał więcej głosów.
Prokuratura ustaliła, że członkowie komisji nie zweryfikowali prawidłowo danych wprowadzonych do systemu oraz sporządzonego protokołu. Dziewięć osób usłyszało zarzuty.
Kamienna Góra. Dolny Śląsk też ma swój przykład
Nie musimy zresztą jechać do Gdańska.
W komisji nr 6 w Kamiennej Górze 90 głosów oddanych na Rafała Trzaskowskiego przypisano Karolowi Nawrockiemu.
Protokół wskazywał wynik:
368 do 338 dla Nawrockiego.
Po sprawdzeniu kart:
428 do 278 dla Trzaskowskiego.
Znów mamy więc sytuację, w której oficjalny protokół wskazywał innego zwycięzcę głosowania w komisji niż rzeczywiste karty.
Sprawa znalazła się w akcie oskarżenia skierowanym przez Prokuraturę Okręgową w Opolu.
Strzelce Opolskie i Olesno. Ten sam problem
Podobne przypadki stwierdzono w województwie opolskim.
W Strzelcach Opolskich protokół wskazywał:
Nawrocki — 416, Trzaskowski — 223.
Ponowne sprawdzenie kart wykazało odwrotny rezultat.
W Oleśnie protokół wskazywał:
Nawrocki — 637, Trzaskowski — 378.
Również tam rzeczywisty wynik okazał się odwrotny.
To zaczyna pokazywać istotę problemu.
Nie chodzi wyłącznie o to, że człowiek może pomylić 438 z 483.
W niektórych przypadkach całe pakiety głosów zostały przypisane niewłaściwemu kandydatowi, a system kontroli komisji nie zatrzymał błędu przed podpisaniem oficjalnego dokumentu.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem
Obwodowa komisja wyborcza nie składa się z jednego człowieka.
Głosy są liczone zespołowo.
Powstaje zestawienie.
Dane są wprowadzane do systemu.
Drukowany jest protokół.
Protokół podlega kontroli.
Podpisują go członkowie komisji.
Każdy z tych etapów jest bezpiecznikiem.
A mimo tego w niektórych komisjach błąd przeszedł przez wszystkie bezpieczniki.
To znacznie poważniejsza informacja niż sama liczba źle przypisanych głosów.
Prokuratura mówi już o odpowiedzialności karnej
Prokuratura Okręgowa w Siedlcach prowadzi jedno z największych postępowań dotyczących pracy komisji wyborczych.
Na początku września informowała o 68 osobach z zarzutami.
Aż 40 podejrzanych przyznało się do zarzucanych czynów i złożyło wyjaśnienia.
15 września rzecznik prokuratury przekazał PAP, że liczba osób z zarzutami wzrosła do 69.
I tutaj warto uporządkować informację pojawiającą się w części mediów.
69 osób z zarzutami nie oznacza 69 osób zatrzymanych.
Zatrzymanie i przedstawienie zarzutów to dwie różne czynności procesowe.
W sprawie, która dotyczy prawidłowości liczenia głosów, sami powinniśmy wyjątkowo starannie liczyć również podejrzanych.
Jest już wyrok
Sprawa nie kończy się jednak na śledztwach.
18 czerwca 2026 roku zapadł wyrok dotyczący członków komisji nr 4 w Wieńcu.
Według prokuratury komisja nie sporządziła wymaganego ręcznego projektu protokołu, nie przeprowadziła właściwego porównania danych oraz nie wykonała części procedur kontrolnych. Efektem była zamiana liczby głosów kandydatów.
Przewodniczący komisji został skazany na grzywnę w wysokości 1800 zł, jego zastępca — 1500 zł.
Wobec pozostałych członków komisji postępowanie zostało warunkowo umorzone na trzyletni okres próby i orzeczono świadczenia pieniężne.
To bardzo ważna granica.
Nie mówimy już wyłącznie:
„prokuratura podejrzewa”.
W przynajmniej jednej sprawie sąd wydał już rozstrzygnięcie dotyczące odpowiedzialności członków komisji.
Błędy działały w obie strony
Trzeba to powtórzyć szczególnie wyraźnie.
Dostępne dane nie dają podstaw do stwierdzenia, że wszystkie ujawnione przypadki były elementem jednego zorganizowanego mechanizmu działającego na rzecz jednego kandydata.
Błędy działały w obu kierunkach.
To niezwykle ważne, ponieważ łatwo byłoby zbudować z tych danych efektowną polityczną opowieść.
Tyle że wtedy zniszczylibyśmy najciekawszą część tej historii.
Bo problem może być bardziej fundamentalny niż pytanie:
„kto na tym zyskał?”
Pytanie brzmi:
dlaczego system pozwolił na to, żeby ktokolwiek zyskał lub stracił głosy w wyniku błędu komisji?
1239 i 1242
Po ponownym policzeniu kart w 250 sprawdzonych komisjach bilans zmienił się względem oficjalnych protokołów.
Karol Nawrocki miał w rzeczywistości o 1239 głosów mniej.
Rafał Trzaskowski — o 1242 głosy więcej.
Co ciekawe, wcześniej Prokuratura Krajowa podała inne wartości: –1538 oraz +1541.
Później wykryto błędy w zestawieniu dotyczącym dwóch komisji i dane skorygowano.
Można się z tego śmiać:
nawet kontrolujący kontrolujących musieli skontrolować własne liczenie.
Ale właśnie tak powinien działać dobry system.
Błąd zostaje wykryty.
Dane zostają poprawione.
Pozostaje ślad pokazujący, dlaczego nastąpiła korekta.
Nieomylność nie jest warunkiem wiarygodności.
Warunkiem wiarygodności jest zdolność wykrywania i naprawiania własnych błędów.
I tutaj nauka dostała bardzo mocny argument
W tej historii najbardziej fascynujący może się okazać nie prokurator, polityk ani członek komisji.
Tylko statystyk.
Bo analiza danych została wykonana przed otwarciem pakietów.
Najpierw matematyka wskazała:
tutaj dzieje się coś nietypowego.
Dopiero później człowiek zajrzał do środka.
To bardzo ważna kolejność.
Gdybyśmy najpierw poznali błędy, a później zbudowali model wskazujący miejsca, w których już wiemy, że wystąpiły, wartość takiego doświadczenia byłaby znacznie mniejsza.
Tutaj analiza została wykorzystana jako narzędzie selekcji przypadków wymagających kontroli, a następnie jej użyteczność można było skonfrontować z materialnym dowodem — kartami wyborczymi.
Nie oznacza to, że każda anomalia statystyczna oznacza błąd.
Nie oznacza również, że każdy model był bezbłędny.
Ale pokazuje coś niezwykle istotnego:
naukowa analiza danych może pomagać państwu znajdować miejsca, w których zawodzą procedury.
Nauka nie wybiera prezydenta
I dobrze.
Algorytm nie powinien rozstrzygać, czy wybory były uczciwe.
Statystyk nie powinien zastępować sądu.
Model matematyczny nie powinien wskazywać winnych.
Może natomiast powiedzieć:
„ten wynik jest nietypowy. Sprawdź go”.
A później należy otworzyć pakiet.
Wyjąć karty.
Policzyć.
Porównać.
To znakomity przykład współpracy dwóch światów, które zbyt często traktujemy jak przeciwieństwa:
statystyki i materialnego dowodu.
Największym problemem nie jest 1242 głosy
Oficjalna różnica pomiędzy kandydatami w całych wyborach wyniosła 369 591 głosów. Sąd Najwyższy stwierdził ważność wyborów i uznał, że stwierdzone nieprawidłowości nie wpłynęły na ich końcowy rezultat.
Nie ma więc podstaw do napisania:
„udowodniono sfałszowanie wyborów prezydenckich”.
Nie udowodniono.
Ale równie nierzetelne byłoby stwierdzenie:
„nic się nie stało”.
Stało się.
Dla konkretnego wyborcy nie istnieje coś takiego jak statystycznie nieistotny głos.
Jeżeli zagłosował na kandydata A, a jego głos został zapisany kandydatowi B, państwo nie wykonało wobec niego najbardziej podstawowego obowiązku wynikającego z organizacji wyborów.
Nie ma znaczenia, że pięć województw dalej ktoś omyłkowo zrobił odwrotnie.
Głosy nie są punktami w programie lojalnościowym.
Nie kompensują się pomiędzy obywatelami.
„Wybory ważne” nie znaczy „wybory bezbłędne”
Te dwa zdania mogą być jednocześnie prawdziwe:
Sąd Najwyższy stwierdził ważność wyborów prezydenckich.
I:
w konkretnych komisjach źle przypisano głosy wyborców.
Nie ma pomiędzy nimi sprzeczności.
Pierwsze dotyczy prawnej oceny ważności całego procesu i wpływu nieprawidłowości na wynik wyborów.
Drugie — jakości pracy konkretnych komisji.
Próba sprowadzenia całej dyskusji do pytania „czy Nawrocki jest legalnym prezydentem?” byłaby więc wygodnym sposobem ucieczki od znacznie trudniejszego problemu.
Dlaczego zabezpieczenia procesu wyborczego nie zatrzymały tych błędów?
Teraz powinien rozpocząć się audyt systemu, a nie kolejna wojna polityczna
Prokuratura Krajowa sama wskazuje, że wyniki prowadzonych postępowań mogą zostać wykorzystane do poznania mechanizmów powstawania nieprawidłowości, a następnie do prac nad uszczelnieniem systemu wyborczego.
I właśnie tutaj znajduje się najważniejsza konsekwencja całej sprawy.
Mamy wyjątkowy materiał badawczy.
Wiemy, które komisje popełniły błędy.
Wiemy, jakie były błędy.
Wiemy, na których etapach procedury nie zadziałały zabezpieczenia.
Mamy modele statystyczne, które wcześniej wskazywały podwyższone ryzyko.
Możemy więc sprawdzić ich skuteczność i zbudować lepszy system kontroli.
Nie po to, aby komputer liczył za komisję.
Nie po to, aby algorytm decydował o ważności wyborów.
Po to, aby po wyborach automatyczny audyt potrafił powiedzieć:
„Tu wystąpiła anomalia. Człowieku, policz jeszcze raz”.
Koszt takiej kontroli jest niewielki.
Koszt utraty zaufania do wyborów — ogromny.
Bo nauka nie powiedziała nam, kto miał wygrać
Powiedziała coś znacznie skromniejszego.
I przez to bardziej wartościowego:
„Sprawdźcie”.
Sprawdzono.
Otworzono pakiety.
Policzono karty.
W większości kontrolowanych komisji wszystko się zgadzało.
Ale w 84 się nie zgadzało.
W 16 głosy przypisano odwrotnie.
Pojawiły się zarzuty.
Akty oskarżenia.
Zapadł wyrok.
To wystarczająco dużo, aby przestać traktować sprawę jak powyborczą ciekawostkę.
Nie wystarczająco dużo, aby ogłosić, że udowodniono zmianę wyniku wyborów.
Wystarczająco dużo, żeby naprawić system przed następnymi.
Bo w demokracji nie chodzi wyłącznie o to, żeby obywatel mógł wrzucić kartę do urny.
Chodzi o coś jeszcze prostszego.
Żeby państwo potrafiło później przeczytać z tej karty dokładnie to, co obywatel na niej zaznaczył.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.





