To jest właśnie ten moment, w którym „moja zabawa” wygrywa z cudzym spokojem. I to bez dogrywki.
Noworoczne fajerwerki są dziś papierkiem lakmusowym egoizmu.
Logika bywa prosta jak lont: strzelam, bo mogę; strzelam, bo lubię; strzelam, bo mnie stać. Reszta? Niech się dostosuje.
Masz psa, który trzęsie się pod wanną.
Kota, który wali w ściany ze strachu.
Dziecko z nadwrażliwością sensoryczną.
Starszą osobę, która reaguje lękiem na huk.
— To twój problem — słyszysz w tle.
Albo jeszcze lepiej: przecież to tylko raz w roku.
Tak, tylko że strach nie ma kalendarza, a trauma nie wie, że to „świętowanie”.
Najbardziej uderza jedno:
to nie jest brak empatii chwilowej.
To świadoma decyzja, żeby jej nie używać.
Setki złotych wystrzelone w powietrze — dosłownie — tylko po to, żeby przez kilka sekund było głośno i kolorowo. Zero refleksji, zero myśli o tym, że obok ktoś przeżywa to jak bombardowanie.
I jeszcze ta dumna poza: „ja się bawię”. Jakby zabawa wymagała huku, a radość nie istniała bez wybuchu.
Najsmutniejsze?
Niektórzy wcale nie myślą, czy robią krzywdę.
Inni myślą… i robią to mimo wszystko.
To już nie jest beztroska.
To jest wybór.
A wybory — nawet te noworoczne — coś o nas mówią.
I mówią głośniej niż fajerwerki.







