Najwyższa Izba Kontroli po raz kolejny pokazała, że w polskich szpitalach nie brakuje wyłącznie pieniędzy. Brakuje również realnego nadzoru, przejrzystości decyzji i odwagi do zmiany zasad, które od lat wszyscy znają, opisują, krytykują — i zostawiają prawie nietknięte.
NIK skontrolowała dziesięć szpitali klinicznych. Wniosek pierwszy brzmi uspokajająco: placówki zapewniały ciągłość leczenia, realizowały zadania dydaktyczne i prowadziły działalność naukowo-badawczą. Czyli na zewnątrz system działa. Pacjenci są przyjmowani, świadczenia są wykonywane, studenci się uczą, badania kliniczne trwają.
Problem zaczyna się wtedy, gdy zajrzeć pod maskę. A tam, jak zwykle w polskiej ochronie zdrowia, nie ma jednej awarii. Jest cała tablica kontrolek świecących na czerwono: finanse, infrastruktura, aparatura, zamówienia publiczne, gospodarowanie majątkiem, procedury kontraktowania świadczeń i przede wszystkim czas pracy personelu.
Ilustracja przedstawiająca nocny szpitalny korytarz, zmęczonego lekarza, zegar i grafiki dyżurów jako symbol przepracowania personelu medycznego oraz problemów opisanych w raporcie NIK.
Najmocniejszy punkt raportu dotyczy organizacji pracy lekarzy i pielęgniarek. W dziewięciu z dziesięciu skontrolowanych szpitali naruszano normy odpoczynku. Stwierdzono przypadki pracy ponad 24 godziny przez 75 lekarzy i pielęgniarek. Rekordowy nieprzerwany czas pracy lekarza wyniósł 70 godzin i 10 minut. To już nie jest „dyżur”. To jest jazda bez trzymanki karetką przez system, który udaje, że ma kierownicę.
NIK wskazuje wprost: brak realnego nadzoru nad całkowitym obciążeniem pracą personelu medycznego, zwłaszcza przy wieloetatowości i kontraktach, stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa pacjentów. Izba ponownie postuluje centralny, jednolity mechanizm rejestracji czasu pracy personelu medycznego — niezależnie od tego, czy ktoś pracuje na etacie, kontrakcie, czy w kilku miejscach jednocześnie.
I tu dochodzimy do sedna. Ten wniosek nie jest nowy. NIK przypomina, że podobne postulaty pojawiały się już po wcześniejszych kontrolach z lat 2015–2016 oraz 2023–2024. Apelował o to również Rzecznik Praw Obywatelskich. Skoro więc problem jest rozpoznany, opisany i powtarzany od lat, to pytanie nie brzmi już: „co trzeba zrobić?”. Pytanie brzmi: dlaczego tego nadal nie zrobiono?
Raport pokazuje także inne obszary słabości. W części szpitali stwierdzono zaniedbania techniczne, braki w przeglądach aparatury medycznej, naruszenia przy zakupach sprzętu, nieefektywne wykorzystanie urządzeń, uchybienia w gospodarowaniu majątkiem i braki w przejrzystości procesów decyzyjnych. W dwóch placówkach systemy jakości miały charakter w dużej mierze fasadowy: dobrze wyglądały w dokumentach, ale nie były w pełni stosowane w codziennej pracy.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Finanse również nie dają powodów do spokoju. Łączna suma zobowiązań i rezerw w skontrolowanych jednostkach wzrosła z 4,75 mld zł na koniec 2022 roku do 5,77 mld zł na koniec 2024 roku. Najtrudniejsza sytuacja wystąpiła w szpitalu w Warszawie, gdzie zadłużenie ogółem wyniosło 1,47 mld zł, czyli 68,6 proc. rocznych przychodów ze sprzedaży. Sama obsługa długu kosztowała w 2024 roku 107,1 mln zł.
To wszystko układa się w obraz systemu, który nauczył się funkcjonować w permanentnym napięciu. Szpitale leczą, bo muszą. Personel pracuje, bo pacjent nie może czekać. Dyrekcje łatają budżety, bo kontrakty, wynagrodzenia, energia i sprzęt nie poczekają na idealną reformę. Państwo z kolei produkuje kolejne diagnozy, zalecenia i kontrole. Papier jest cierpliwy. Pacjent mniej.
Najbardziej niewygodna część tej historii dotyczy oporu przed realną zmianą. Nie trzeba od razu mówić, że całe środowisko medyczne blokuje reformy. To zbyt proste. Ale trzeba zapytać uczciwie: kto korzysta na tym, że czas pracy personelu nie jest liczony w jednym, wspólnym systemie? Kto boi się pokazania pełnego obrazu wieloetatowości? Kto nie chce wiedzieć, ile naprawdę godzin pracuje lekarz, zanim stanie przy łóżku pacjenta albo przy stole operacyjnym?
Bo jeśli państwo przez lata wie, że problem istnieje, a mimo to nie tworzy skutecznego mechanizmu kontroli, to nie mamy do czynienia z brakiem wiedzy. Mamy do czynienia z tolerowaniem stanu, który wszystkim jest znany, ale dla wielu jest wygodniejszy niż reforma.
Raport NIK nie mówi więc tylko o szpitalach klinicznych. Mówi o polskim sposobie zarządzania ochroną zdrowia: dużo odpowiedzialności na dole, dużo dokumentów na górze i za mało decyzji pośrodku. A gdy decyzji brakuje, system jedzie dalej — czasem 70 godzin i 10 minut bez odpoczynku.
Źródło: materiał NIK o funkcjonowaniu szpitali klinicznych.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.



