Szarlatan nadal sprzedaje nadzieję. Państwo nie wie, jak go zatrzymać bez wyłączania stron internetowych

Oceń materiał

Prezydent nie podpisał ustawy nazywanej „Lex szarlatan” i skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Ministerstwo Zdrowia przedstawia tę decyzję przede wszystkim jako odebranie państwu narzędzi służących ochronie pacjentów. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Ustawa miała pozwolić szybko zatrzymywać pseudoterapeutów, ostrzegać chorych i nakładać milionowe kary. Jednocześnie umożliwiała przekierowanie całej domeny internetowej na stronę Rzecznika Praw Pacjenta — jeszcze przed prawomocnym rozstrzygnięciem sądu. W sporze nie chodzi więc tylko o to, czy walczyć z medycznymi oszustami, lecz również o to, kto i według jakich zasad może decydować, co obywatel zobaczy w internecie.

Ministerstwo Zdrowia nie pozostawia wątpliwości: brak podpisu prezydenta oznacza, że pacjenci nadal nie otrzymają wystarczającej ochrony przed osobami zarabiającymi na chorobie, strachu i desperacji.

Trudno kwestionować sam problem. Internet pełen jest ofert cudownego leczenia nowotworów, chorób przewlekłych i zaburzeń psychicznych. Czasami sprzedawany jest suplement, czasami „terapia energetyczna”, badanie bez wartości diagnostycznej albo urządzenie, którego działanie kończy się na migających lampkach i sprawnie wystawionej fakturze.

Najbardziej niebezpieczne są jednak sytuacje, w których chory słyszy, że powinien zrezygnować z diagnostyki, chemioterapii, insuliny, leczenia psychiatrycznego lub innej terapii zgodnej z wiedzą medyczną. Szarlatan nie zawsze wygląda dziś jak znachor z butelką tajemniczego eliksiru. Częściej ma profesjonalną stronę, studio nagraniowe, płatny kurs i tysiące obserwujących.

Problem jest rzeczywisty. Pytanie brzmi, czy przygotowane przez rząd lekarstwo nie miało zbyt szerokich skutków ubocznych.

To nie było weto

Najpierw konieczne jest uporządkowanie faktów. Prezydent nie zawetował ustawy. Skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Oznacza to, że przepisy nie weszły w życie, a ich dalszy los zależy od rozstrzygnięcia Trybunału.

Dla obywatela skutki są na razie proste:

  • nie powstał rejestr podmiotów rozpowszechniających dezinformację medyczną;
  • nie działa mechanizm przekierowywania stron internetowych;
  • Rzecznik Praw Pacjenta nie otrzymał nowych kompetencji wobec osób działających poza systemem ochrony zdrowia;
  • nie obowiązują nowe kary sięgające miliona złotych;
  • państwo nadal ma ograniczone możliwości szybkiego zatrzymywania pseudomedycznych interesów.

Pozostają obecne przepisy karne, cywilne, konsumenckie i regulacje dotyczące reklamy oraz produktów leczniczych. Są jednak rozproszone i często zaczynają działać dopiero wtedy, gdy pojawi się konkretna ofiara, szkoda albo możliwe do udowodnienia bezpośrednie zagrożenie.

Co ustawa miała uznać za pseudomedycynę?

Wbrew niektórym przekazom ustawa nie zakazywała automatycznie zielarstwa, dietetyki, masażu, jogi, akupunktury czy innych usług uzupełniających.

Za praktykę pseudomedyczną miało zostać uznane między innymi:

  • udzielanie przez osobę bez zawodu medycznego świadczeń stwarzających ryzyko uszkodzenia ciała, rozstroju zdrowia albo śmierci;
  • oferowanie metody niebędącej świadczeniem zdrowotnym i wprowadzanie w błąd, że służy ona diagnostyce lub leczeniu dzieci, nowotworów, ciężkich chorób nieuleczalnych albo zaburzeń psychicznych;
  • prowadzenie działalności leczniczej bez wymaganego wpisu do rejestru.

Działania te musiały być podejmowane w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej.

Zielarz nadal mógłby więc sprzedawać zioła, dietetyk układać jadłospis, a masażysta świadczyć usługi relaksacyjne. Granica zostałaby przekroczona, gdyby ktoś obiecywał, że zioła wyleczą nowotwór, dieta zastąpi insulinę, a masaż usunie ciężką chorobę neurologiczną.

Dlatego stwierdzenie Ministerstwa Zdrowia, że firmy oferujące zioła czy masaże nie były objęte ustawą, jest prawdziwe tylko częściowo. Ustawa nie zakazywała tych działalności jako takich, ale mogła obejmować sposób reklamowania i przedstawiania konkretnych usług.

Milion złotych i natychmiastowe wykonanie decyzji

Rzecznik Praw Pacjenta mógłby nakazać zaprzestanie praktyki pseudomedycznej, usunięcie jej skutków oraz publikację decyzji na koszt podmiotu, którego dotyczyło postępowanie.

Za naruszanie zbiorowych praw pacjentów albo kontynuowanie zakazanej praktyki możliwa byłaby kara do miliona złotych. Za nieprzekazanie dokumentów lub informacji Rzecznikowi groziłoby do 100 tys. zł.

Co szczególnie istotne, niektóre decyzje otrzymywałyby rygor natychmiastowej wykonalności. Można byłoby je zaskarżyć do sądu administracyjnego, ale skarga nie oznaczałaby automatycznego zatrzymania ich wykonania.

W praktyce przedsiębiorca lub właściciel serwisu mógłby wygrać sprawę po miesiącach, a nawet latach, lecz wcześniej stracić klientów, reputację oraz możliwość prowadzenia działalności. Wygrana po takim czasie mogłaby przypominać wręczenie gaśnicy właścicielowi domu, który zdążył się już spalić.

Zamiast strony — komunikat urzędowy

Najdalej idąca zmiana dotyczyła internetu.

Rzecznik miał prowadzić jawny rejestr osób i podmiotów uznanych za rozpowszechniające dezinformację medyczną. Rejestr zawierałby nazwę firmy albo imię i nazwisko, uzasadnienie wpisu, nazwę domeny oraz datę dokonania wpisu.

Dostawca internetu, na wniosek Rzecznika, musiałby w ciągu siedmiu dni przekierować połączenia z takiej domeny na stronę urzędu zawierającą ostrzeżenie. Obywatel wpisujący adres serwisu nie zobaczyłby jego treści, lecz komunikat Rzecznika Praw Pacjenta.

Nie byłoby to wyłącznie oznaczenie pojedynczego artykułu, reklamy lub filmu. Przepis posługiwał się nazwą domeny. Jeżeli na stronie znajdowałyby się również legalne materiały, sklep, archiwum, forum albo treści niemające żadnego związku z medycyną, przekierowanie mogłoby w praktyce odciąć dostęp także do nich.

Ustawa nie tworzyła natomiast powszechnego mechanizmu nakazującego Facebookowi, YouTube’owi czy TikTokowi usuwanie konkretnych kont i publikacji. Jej najważniejszym narzędziem cyfrowym było przekierowanie domeny przez operatorów dostępu do internetu.

Reklama
Reklama
Reklama

To różnica zasadnicza. Państwo nie zdejmowałoby pojedynczej niebezpiecznej ulotki z witryny. Mogłoby zasłonić całą witrynę.

A co z dziennikarzami i debatą publiczną?

Definicja dezinformacji medycznej obejmowała publiczne rozpowszechnianie lub promowanie nieprawdziwych informacji o diagnostyce i leczeniu, jeżeli odbywało się to dla korzyści majątkowej albo osobistej, wprowadzało odbiorców w błąd i mogło zagrażać zdrowiu lub życiu.

Podczas prac parlamentarnych zaproponowano, aby wyraźnie wyłączyć z tej definicji działalność dziennikarską, debatę publiczną, wypowiedzi naukowe, polemiki eksperckie, opinie oraz relacje z własnych doświadczeń. Poprawka została odrzucona.

Odrzucono również propozycję, aby przekierowanie domeny mogło nastąpić dopiero na podstawie prawomocnego postanowienia sądu i było ograniczone do treści rzeczywiście uznanych za nielegalne.

Nie oznacza to, że każdy krytyczny tekst o szczepieniach, leczeniu szpitalnym, skutkach ubocznych leku czy błędzie medycznym zostałby automatycznie uznany za dezinformację. Do zastosowania ustawy konieczne byłoby spełnienie kilku przesłanek.

Brak jednoznacznej ochrony działalności dziennikarskiej mógłby jednak wywołać efekt mrożący. Redakcje, administratorzy stron i autorzy podcastów mogliby unikać trudnych tematów albo usuwać kontrowersyjne materiały na zapas. Szczególnie ryzykowne stałyby się artykuły sponsorowane dotyczące suplementów, terapii, urządzeń diagnostycznych i usług zdrowotnych.

Walka z dezinformacją nie może prowadzić do sytuacji, w której za „dezinformację” zostanie uznana rzetelna krytyka funkcjonowania ochrony zdrowia. Nauka rozwija się również poprzez spór, podważanie wcześniejszych ustaleń i przedstawianie nowych dowodów. Dzisiejsza hipoteza może być jutro odrzucona — albo potwierdzona.

Jedna instytucja z bardzo silnymi narzędziami

Prezydent zakwestionował nie cel ustawy, lecz sposób jego realizacji.

Według Kancelarii Prezydenta problemem były między innymi nieostre definicje, szeroki zakres uznania Rzecznika, wykonywanie decyzji przed prawomocnym rozstrzygnięciem oraz brak ustawowego obowiązku udziału niezależnych ekspertów medycznych.

Wątpliwości legislacyjne pojawiły się również w Senacie. Biuro Legislacyjne zwróciło uwagę, że niektóre kryteria stosowania sankcji administracyjnych były określone zbyt ogólnie, co mogło naruszać konstytucyjną zasadę określoności prawa.

To nie jest argument za pozostawieniem pseudomedycznego rynku bez kontroli. Jest to argument za stworzeniem procedury, w której szybka ochrona pacjenta zostanie połączona z rzeczywistą kontrolą sądową.

Prezydent proponuje więzienie zamiast rejestru

Równocześnie ze skierowaniem ustawy do Trybunału Konstytucyjnego prezydent przedstawił własny projekt.

Zakłada on wprowadzenie do Kodeksu karnego nowego przestępstwa polegającego między innymi na manipulacyjnym nakłanianiu człowieka do przerwania leczenia albo zastosowania metody zagrażającej życiu lub zdrowiu.

Kara mogłaby wynieść do trzech lat pozbawienia wolności, a w cięższych przypadkach do pięciu lat. Jeżeli wskutek działania sprawcy pacjent doznałby ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, kara mogłaby sięgnąć dziesięciu lat, a w przypadku śmierci — piętnastu lat.

Projekt zawiera jednocześnie wyraźne zastrzeżenie, że samo przedstawianie informacji, opinii, ocen lub przekonań dotyczących leczenia nie stanowi przestępstwa, jeżeli autor umyślnie nie wprowadza drugiej osoby w błąd i nie stosuje wobec niej manipulacji, groźby lub niedopuszczalnej presji.

To rozwiązanie mocniej chroni debatę publiczną, ale ma inną wadę: prawo karne działa wolniej. Wymaga postępowania prokuratorskiego, zebrania dowodów i wykazania wszystkich znamion przestępstwa. Nie daje natomiast szybkiego rejestru ostrzeżeń ani możliwości natychmiastowego zatrzymania masowo reklamowanej pseudoterapii.

Rząd zaproponował więc rozwiązanie szybkie, ale bardzo ingerujące. Prezydent — ostrożniejsze proceduralnie, lecz prawdopodobnie wolniejsze i trudniejsze dowodowo.

Pacjent został pomiędzy dwoma projektami

Na razie najważniejszy skutek dla obywatela jest niekorzystny: nowe narzędzia ochrony nie działają, a pseudomedyczny biznes może funkcjonować niemal tak jak wcześniej.

Nie oznacza to jednak, że prezydent zatrzymał ustawę pozbawioną wad. Ministerialny komunikat przedstawia tylko jedną stronę sprawy. Pomija fakt, że nowe przepisy mogły prowadzić do ograniczenia dostępu do całych domen, wykonywania dotkliwych decyzji przed kontrolą sądu i objęcia postępowaniem także działalności medialnej.

Dobre prawo powinno połączyć oba podejścia.

Rzecznik Praw Pacjenta powinien mieć możliwość natychmiastowego opublikowania ostrzeżenia i czasowego zatrzymania działalności rzeczywiście zagrażającej życiu. O odcięciu dostępu do domeny powinien jednak decydować niezależny sąd w pilnym trybie. Blokada musi dotyczyć wyłącznie niebezpiecznych treści, a nie całego serwisu. W postępowaniu powinien uczestniczyć niezależny zespół medyczny, a ustawa musi wyraźnie chronić dziennikarstwo, badania naukowe i uczciwą debatę publiczną.

Pacjent nie może pozostawać bezbronny wobec człowieka, który obiecuje wyleczenie nowotworu za kilkaset złotych. Obywatel nie powinien jednak również dowiadywać się, że legalna strona została wyłączona, ponieważ najpierw wykonano decyzję urzędu, a dopiero później zapytano sąd, czy była prawidłowa.

Szarlataneria potrzebuje zdecydowanej odpowiedzi państwa. Ale ustawa dotycząca ochrony zdrowia powinna najpierw dokładnie sprawdzić własne skutki uboczne.

Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry