Przez miesiące trwały rozmowy, porozumienia, spór o pieniądze i odpowiedzialność za połączenie Trzebnica–Milicz. Ostatecznie autobus przestał kursować. Gdy jednak problem stał się publiczny, uczniowie zostali bez dojazdu, a sprawą zajęły się media i mieszkańcy, znalezienie rozwiązania zajęło kilka dni. Od 5 października ma ruszyć nowa linia. To dobra wiadomość dla pasażerów. Ale jednocześnie bardzo niewygodne pytanie dla Powiatu Trzebnickiego: skoro można było zorganizować transport tak szybko po wybuchu kryzysu, dlaczego nie zabezpieczono jego ciągłości wcześniej?
Najpierw sukces komunikacyjny
28 września Powiat Trzebnicki uruchomił cztery własne linie autobusowe.
Towarzyszyła temu rozbudowana akcja promocyjna. Przedstawiciele samorządu mówili o dotrzymywaniu obietnic, przeciwdziałaniu wykluczeniu komunikacyjnemu i odpowiadaniu na rzeczywiste potrzeby mieszkańców.
Kilka dni później rzeczywistość postawiła tę narrację w dość niewygodnym świetle.
1 października przestało kursować istniejące połączenie Trzebnica–Milicz.
Nie chodziło przy tym o linię turystyczną czy marginalny kurs. Z autobusu korzystali mieszkańcy, a szczególnie uczniowie z powiatu trzebnickiego dojeżdżający do szkół w Miliczu.
Właśnie takich pasażerów nowy powiatowy transport miał przecież chronić przed komunikacyjnym wykluczeniem.
Problem nie pojawił się 30 września
To najważniejszy element całej historii.
Z dostępnych dokumentów i wypowiedzi stron wynika, że zagrożenie dla połączenia nie pojawiło się nagle.
Według PKS Wołów umowa zabezpieczająca finansowanie przewozów wygasła 30 czerwca 2026 roku.
Przewoźnik mimo to wykonywał kursy jeszcze podczas wakacji oraz we wrześniu. Jak relacjonował przedstawiciel spółki, odbywało się to w oczekiwaniu na dalsze uzgodnienia i po ustnych zapewnieniach dotyczących finansowania.
To oznacza, że między końcem czerwca a końcem września istniał trzymiesięczny okres, w którym sytuację można było uporządkować.
Nie uporządkowano jej.
Autobus kursował, choć formalne podstawy jego dalszego finansowania nie były zamknięte.
Dopiero kiedy pieniądze i cierpliwość przewoźnika się skończyły, połączenie zostało zawieszone.
Powiat mówi: swoje zrobiliśmy
Powiat Trzebnicki od początku podkreślał, że nie był organizatorem połączenia ani stroną umowy z PKS Wołów.
To prawda istotna.
Organizatorem przewozów był Powiat Milicki. Powiat Trzebnicki uczestniczył w finansowaniu zadania na podstawie porozumienia między samorządami.
Trzebnica wskazuje również, że zabezpieczyła na ten cel 81 tys. zł i wykonała zobowiązania wynikające z przyjętych ustaleń.
Ale administracyjna odpowiedzialność za publiczną usługę nie kończy się na odpowiedzi:
„przelaliśmy kwotę zapisaną w porozumieniu”.
Jeżeli wiadomo, że z połączenia korzystają mieszkańcy własnego powiatu, w tym uczniowie, a finansowanie wystarcza tylko do połowy roku, trzeba odpowiedzieć na pytanie, co wydarzy się później.
Zwłaszcza gdy problem jest znany z wyprzedzeniem.
Pieniądze wystarczyły do czerwca. A rok ma dwanaście miesięcy
Według informacji przedstawianych przez Powiat Milicki i przewoźnika na funkcjonowanie linii w 2026 roku przeznaczono łącznie około 90 tys. zł: 81 tys. zł ze strony Powiatu Trzebnickiego i około 9 tys. zł ze strony Powiatu Milickiego.
Przyjęty podział miał odpowiadać proporcji 90 do 10.
Problem polegał na tym, że środki wystarczyły do czerwca.
I tutaj pojawia się pytanie banalne, ale niezwykle istotne.
Jeżeli połączenie miało funkcjonować przez cały rok, dlaczego finansowanie zapewniono na poziomie niewystarczającym do jego utrzymania przez cały rok?
Możliwe są różne odpowiedzi.
Mogły wzrosnąć koszty przewozów.
Mogły zmienić się stawki przewoźnika.
Mogły pojawić się inne założenia przy zawieraniu porozumienia.
Mogło zabraknąć mechanizmu automatycznej korekty finansowania.
Ale żadna z tych możliwości nie zmienia faktu, że jeszcze przed wakacjami było wiadomo, iż system finansowania wymaga korekty.
A korekty do końca września nie uzgodniono.
Trzy miesiące nie wystarczyły. Cztery dni wystarczyły
I tu dochodzimy do najbardziej wymownego elementu całej historii.
1 października połączenie przestało działać.
Tego samego dnia w Starostwie Powiatowym odbyło się spotkanie dotyczące rozwiązania problemu. Uczestniczyli w nim przedstawiciele Powiatu, samorządów gminnych oraz sołtysi miejscowości leżących na trasie.
2 października Gmina Trzebnica poinformowała o gotowym rozwiązaniu.
Od 5 października ma funkcjonować nowa linia nr 5.
Trasa obejmuje:
Trzebnica – Księginice – Ligota – Jaźwiny – Blizocin – Kuźniczysko – Czeszów – Skoroszów – Lasowice – Miłochowice – Milicz.
Autobusy mają wykonywać trzy kursy dziennie w każdym kierunku.
Z Trzebnicy do Milicza:
6:00, 13:30 i 15:40.
Z Milicza do Trzebnicy:
7:00, 14:40 i 16:40.
Pierwszy poranny kurs ma dodatkowo zatrzymywać się przy rondzie na ul. Żołnierzy Września w Trzebnicy, aby ułatwić młodzieży dojazd do szkół.
Rozwiązanie powstało więc właściwie natychmiast po tym, gdy kryzys stał się faktem.
To dobra reakcja. Ale fatalny argument na obronę wcześniejszego sposobu działania
Nie ma powodu krytykować samego uruchomienia linii nr 5.
Przeciwnie.
Jeżeli zapewni ona mieszkańcom i uczniom stabilny transport, jest to racjonalna odpowiedź na problem.
Tyle że szybkość tej reakcji działa równocześnie jak bardzo niewygodne lustro.
Pokazuje bowiem, że Powiat potrafił:
zebrać zainteresowane strony,
ustalić potrzeby mieszkańców,
przygotować trasę,
dopasować godziny do szkół i pracy,
uzgodnić przewozy,
przygotować rozkład
i zapowiedzieć rozpoczęcie kursowania —
w ciągu kilku dni.
A zatem problemem wcześniej nie był brak technicznej możliwości zorganizowania transportu.
Problemem było to, że działania podjęto skutecznie dopiero wtedy, gdy dotychczasowy system już się załamał.
Presja działa
Sam komunikat Gminy Trzebnica pozwala odtworzyć mechanizm.
Po zawieszeniu połączenia pojawiła się presja mieszkańców.
Sołtysi zaczęli zgłaszać problemy swoich miejscowości.
Problem uczniów przestał być abstrakcyjną pozycją w porozumieniu między dwoma powiatami.
Stał się konkretnym pytaniem:
jak dziecko ma w poniedziałek dojechać do szkoły?
Sprawą zainteresowały się media.
Rozpoczęła się publiczna wymiana stanowisk pomiędzy powiatami.
I nagle organizacyjne koła zaczęły obracać się bardzo szybko.
To dobra wiadomość o zdolności samorządu do reagowania.
Ale znacznie gorsza o zdolności do przewidywania.
Administracja publiczna nie powinna potrzebować kryzysu medialnego, aby wykonywać czynności, które mogła zaplanować kilka miesięcy wcześniej.
Nie chodzi o to, kto pierwszy zadzwonił
W najnowszym komunikacie pojawia się sporo nazwisk i podziękowań.
Dowiadujemy się, kto zabiegał o rozwiązanie, kto wykazał przychylność, kto konsultował rozkład, kto uczestniczył w spotkaniu i kto reprezentował mieszkańców.
To naturalny element komunikacji politycznej.
Ale dla pasażera nazwiska są sprawą drugorzędną.
Pasażer potrzebuje autobusu.
I dlatego znacznie ważniejsze od pytania, kto może przypisać sobie zasługę za uruchomienie nowej linii, jest inne:
dlaczego mieszkańcy musieli najpierw stracić połączenie, żeby administracja uruchomiła procedurę awaryjną?
Powiat sam przyznaje, że to reakcja na kryzys
Komunikat Gminy Trzebnica jest pod tym względem wyjątkowo jednoznaczny.
Czytamy w nim, że rozszerzenie komunikacji następuje po zawieszeniu dotychczasowych kursów do Milicza i jest odpowiedzią na problem osób pozbawionych wcześniejszego transportu.
To ważne.
Piąta linia nie jest więc zwykłym, planowanym kolejnym etapem rozwijania sieci.
Jej szybkie uruchomienie jest reakcją na przerwanie wcześniejszego połączenia.
Samorząd znalazł rozwiązanie dlatego, że wcześniejszy mechanizm przestał działać.
To zasadnicza różnica.
A teraz najważniejsze pytanie: ile to kosztuje?
I tutaj kończą się komunikaty o sukcesie, a zaczyna rachunek.
Cztery pierwsze linie powiatowe w pilotażu mają kosztować ponad 550 tys. zł do końca 2026 roku.
Teraz do systemu dołącza piąta linia.
Nie znamy jeszcze odpowiedzi na kilka podstawowych pytań:
ile kosztuje jej uruchomienie,
ile kilometrów miesięcznie będzie wykonywał przewoźnik,
jaka będzie stawka za kilometr,
czy zmieniono dotychczasową umowę z operatorem,
z jakiego paragrafu budżetowego finansowane są dodatkowe kursy
oraz kto płaci za odcinek wykonywany poza pierwotnym zakresem powiatowej komunikacji.
To nie są techniczne drobiazgi.
Cały konflikt Trzebnica–Milicz zaczął się przecież właśnie od pieniędzy.
Nie można więc ogłosić końca problemu bez pokazania kosztu nowego rozwiązania.
90 tysięcy było problemem. Ile zapłacimy teraz?
To może okazać się najciekawsze ekonomicznie.
Dotychczasowe połączenie upadło na tle niedostatecznego finansowania.
Teraz powstaje nowy mechanizm przewozów.
Jeżeli okaże się droższy od kontynuacji poprzedniego rozwiązania, pojawi się pytanie o gospodarność.
Jeżeli będzie tańszy — trzeba zapytać, dlaczego takiego rozwiązania nie zastosowano wcześniej.
Jeśli koszt będzie podobny — tym bardziej trudno będzie wytłumaczyć, dlaczego przez kilka miesięcy dwa samorządy nie potrafiły zapewnić ciągłości istniejącej usługi.
Dlatego dopiero poznanie umowy dla linii nr 5 pozwoli uczciwie ocenić finansowy efekt całej operacji.
Jest jeszcze problem przesiadki
W komunikacie Gminy Trzebnica znalazła się informacja, że w Skoroszowie pasażerowie mają możliwość kontynuowania podróży do Milicza autobusami Turbo Trans.
Jednocześnie opublikowany rozkład przedstawia trasę jako ciągłe połączenie:
Trzebnica → Czeszów → Skoroszów → Milicz.
Rozkład pokazuje godziny przejazdu przez wszystkie przystanki aż do Milicza, bez wyraźnego oznaczenia miejsca przesiadki.
To również wymaga jednoznacznego wyjaśnienia.
Czy pasażer jedzie jednym pojazdem?
Czy przesiada się w Skoroszowie?
Czy potrzebuje dwóch biletów?
Co stanie się w przypadku opóźnienia pierwszego autobusu?
Kto odpowiada za zagwarantowanie połączenia?
Dla urzędu może być to kwestia organizacyjna.
Dla ucznia stojącego rano na przystanku to różnica zasadnicza.
Największym problemem nie jest konflikt dwóch powiatów
Spór finansowy między Trzebnicą i Miliczem jest ważny.
Ale po ostatnich wydarzeniach widać, że jeszcze ważniejszy jest problem systemowy.
Samorządy zawarły porozumienie dotyczące usługi publicznej.
Finansowanie okazało się niewystarczające.
Przewoźnik miał sygnalizować problem.
Rozmowy trwały.
Nie uzgodniono rozwiązania.
Mimo to autobus przez trzy miesiące nadal kursował.
W końcu przestał.
Dopiero wtedy rozpoczęto działania, które w ciągu kilku dni doprowadziły do powstania alternatywy.
To właśnie jest istota sprawy.
Nie trzeba nikomu przypisywać złej woli.
Wystarczy spojrzeć na chronologię.
Odpowiedzialność nie kończy się na wykonaniu przelewu
Powiat Trzebnicki może mieć rację, gdy mówi, że formalnie przekazał środki wynikające z porozumienia.
Powiat Milicki może mieć rację, wskazując, że środki nie wystarczały na dalsze funkcjonowanie przewozów.
Przewoźnik może mieć rację, twierdząc, że bez finansowania nie mógł dalej utrzymywać nierentownej linii.
Te trzy twierdzenia mogą być jednocześnie prawdziwe.
I właśnie dlatego problem jest poważniejszy niż spór o to, kto „zawinił”.
Bo jeśli wszyscy formalnie wykonywali swoje czynności, a na końcu autobus i tak przestał jeździć, to znaczy, że zawiódł system zarządzania całym zadaniem.
A odpowiedzialność administracji publicznej nie polega wyłącznie na wykazaniu, że wykonano własny punkt porozumienia.
Polega również na tym, aby przewidzieć skutek.
5 października autobus ma wrócić. Ale sprawa się na tym nie kończy
Dla mieszkańców najważniejsze jest oczywiście to, że transport ma zostać przywrócony.
Jeżeli nowa linia zadziała zgodnie z rozkładem, uczniowie ponownie dostaną możliwość dojazdu do Milicza, a mieszkańcy miejscowości położonych przy trasie otrzymają trzy pary kursów.
To dobra wiadomość.
Dla redakcji jest to jednak dopiero połowa historii.
Teraz trzeba sprawdzić:
ile kosztowała awaria starego modelu, ile kosztuje ratowanie sytuacji nową linią, kto podpisał odpowiednie dokumenty, z jakiego źródła pochodzą pieniądze oraz czy podobny kryzys może powtórzyć się po 31 grudnia, gdy zakończy się obecny pilotaż.
Bo właśnie wtedy skończy się możliwość tłumaczenia wszystkiego słowem „pilotaż”.
Najkrótsze podsumowanie tej historii?
Przez trzy miesiące nie udało się zabezpieczyć ciągłości istniejącego połączenia.
Kiedy autobus przestał jeździć, rozwiązanie przygotowano w kilka dni.
Presja zadziałała.
Dobrze, że zadziałała.
Ale dobra administracja publiczna powinna reagować przed kryzysem, nie dopiero wtedy, gdy pasażer stoi na przystanku i odkrywa, że autobusu nie będzie.
I to jest dziś znacznie ważniejsze pytanie niż to, kto pojawi się na zdjęciu przy uruchomieniu piątej linii.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.










