Dyspensa, czyli post à la carte

dyspensa ale pokuta muzi byc

Kościół katolicki ma niezwykły talent do tworzenia zasad, które obowiązują, ale tylko wtedy, gdy nie przeszkadzają. A jeśli przeszkadzają – nie obowiązują. Choć nadal obowiązują. Tylko trochę inaczej. Najlepiej na piśmie, z pieczątką.

Przykład świeży jak świąteczna kiełbasa: dyspensa od wstrzemięźliwości od mięsa na 26 grudnia, wydana przez metropolitę wrocławskiego. Dokument elegancki, poprawny formalnie, oparty na kanonach. Wszystko się zgadza. Tylko sens… sens gdzieś wyszedł po karpia i nie wrócił.

Bo oto dowiadujemy się, że:
– piątek to dzień pokutny,
– post obowiązuje,
– ALE… wszyscy są z niego zwolnieni. Hurtowo. Z automatu. Bez pytania.

Czyli zasada istnieje, ale jej nie ma. A jeśli z niej nie skorzystasz – to też dobrze. A jeśli skorzystasz – to też dobrze, ale masz czuć, że coś zrobiłeś „na skróty”, więc dla równowagi odmów modlitwę albo wrzuć parę złotych do puszki.

To już nie jest duchowość.
To księgowość moralna.


Post, który boi się stołu

Post w chrześcijaństwie nie miał nigdy nic wspólnego z mięsem jako takim. To nie schabowy był problemem. Problemem była rezygnacja, symbol, znak oporu wobec wygody. Tyle że współczesny Kościół bardzo nie chce rezygnować z niczego, co mogłoby zirytować wiernych przy świątecznym stole.

Więc zamiast powiedzieć uczciwie:
„Słuchajcie, w dzisiejszym świecie ten przepis traci sens”
albo:
„Post obowiązuje – kto chce, niech go zachowa”

dostajemy trzecią drogę:

„Zasada zostaje, ale wszyscy mogą jej nie przestrzegać. Tylko pamiętajcie, że była.”

To trochę jakby straż pożarna ogłosiła:

„Pożar jest, ale dziś nie gasimy. Prosimy jednak zachować świadomość, że się pali.”


Jedz, ale z wyrzutami sumienia

Najbardziej perwersyjny fragment dokumentu brzmi jak żart, choć żartem nie jest:

osoby korzystające z dyspensy zobowiązane są do innych form pokuty

Czyli:
– nie grzeszysz,
– ale pokutuj, bo nie grzeszyłeś zgodnie z procedurą.

To już nie jest religia.
To instrukcja obsługi sumienia w wersji urzędowej.

Instytucja mówi: „My wam pozwalamy”,
a potem dodaje szeptem: „Ale pamiętajcie, że tak naprawdę nie wypada”.

Hipokryzja?
Nie. To coś gorszego.
To strach przed decyzją.


Kościół bez odwagi

Bo dyspensa ta nie wynika z refleksji teologicznej. Wynika z kalkulacji:
– ludzie i tak będą jedli mięso,
– lepiej ich nie stawiać w konflikcie z przepisem,
– ale też nie zmieniać samego przepisu, bo „zawsze tak było”.

Efekt?
Zasady są elastyczne, gdy robi się niewygodnie,
ale retoryka poświęcenia zostaje.

Odpowiedzialność?
Zawsze po stronie wiernego.


Puenta

Jeśli post można zawiesić jednym pismem,
to znaczy, że nie był zasadą moralną, tylko tradycją administracyjną.

A jeśli po dyspensie trzeba jeszcze „odrobić” duchowe punkty,
to znaczy, że problemem nie jest mięso,
tylko brak konsekwencji instytucji, która chce mieć rację i święty spokój jednocześnie.

To nie jest logika z piekła rodem.
To bardzo ziemska, bardzo ludzka logika urzędu,
który coraz częściej myli wiarę z regulaminem.

A regulamin – jak wiadomo – zawsze można zawiesić. Na święta.

Autor: Rafał Chwaliński

img 8838

Autor: Redakcja Radio DTR
Obserwuj Radio DTR w Google News

📲 Znajdziesz nas także w Google News – kliknij i obserwuj Radio DTR, aby otrzymywać nasze najnowsze informacje prosto w aplikacji!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
0

Suma