Nie każdy może być twórcą. Ale prawie każdy codziennie korzysta z czyjejś twórczości. Z muzyki, książek, filmu, teatru, fotografii, grafiki, radia, podcastu, plakatu, serialu, piosenki, tekstu, scenariusza, projektu, obrazu, melodii. I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa o tym, czy kultura jest prywatnym hobby, czy częścią wspólnego życia.
Czy artysta to tylko ktoś, komu się udało sprzedać?
Spór o ustawę o zabezpieczeniu socjalnym artystów bardzo szybko zszedł z poziomu prawa na poziom komentarza z internetu.
„Jak nie potrafi sprzedać, niech idzie do pracy”.
„Jak ludzie tego nie chcą, to niech zmieni zajęcie”.
„Ja też mam hobby, ale państwo nie płaci mi ZUS-u”.
Czytaj dalej
Powiązany temat
To brzmi prosto. Nawet kusząco prosto. Problem w tym, że kultura nigdy nie była wyłącznie towarem na półce. Gdyby była, biblioteki należałoby rozliczać jak dyskonty, muzea jak galerie handlowe, a teatr miejski jak stoisko z kebabem po remoncie rynku.
A jednak nikt rozsądny tak państwa nie buduje.
ilustracja do artykułu kto płaci za kulturę
Dlaczego ten argument tak łatwo działa?
Bo odwołuje się do doświadczenia wielu ludzi.
Ktoś prowadzi sklep. Musi płacić ZUS.
Ktoś ma małą firmę. Musi zarabiać.
Ktoś pracuje na etacie. Musi codziennie rano wstać, nawet gdy nie ma weny, natchnienia i światła idealnego do portretu.
Więc gdy słyszy, że państwo ma dopłacać artystom do składek, od razu pojawia się pytanie: dlaczego im?
To pytanie jest uprawnione. Ale odpowiedź nie może być zrobiona z samej złości.
Czym właściwie jest twórczość?
Twórczość nie zaczyna się wtedy, gdy ktoś kupi bilet, obraz albo płytę.
Twórczość zaczyna się wcześniej. W pracy, próbach, szkicach, pisaniu, ćwiczeniu, komponowaniu, montażu, poprawianiu, odrzucaniu, wracaniu do początku. To często praca niewidoczna dla odbiorcy.
Czy każdy, kto coś narysuje, jest zawodowym artystą? Nie.
Czy każdy, kto napisze rymowankę, powinien otrzymać status twórcy? Nie.
Czy każdy, kto wrzuca filmik do internetu, powinien być objęty specjalnym systemem? Też nie.
I właśnie dlatego dyskusja o ustawie powinna dotyczyć kryteriów, procedur, kontroli i przejrzystości, a nie karykatury artysty jako człowieka, który leży na kanapie, czeka na przelew i od czasu do czasu wzdycha do księżyca.
Choć przyznajmy: księżyc w tej debacie też pewnie zostałby zapytany, czy płaci składki.
Czy kultura jest tylko sprawą rynku?
Rynek jest ważny. Sprzedaż jest ważna. Odbiorcy są ważni.
Ale kultura nie zawsze daje się zmierzyć natychmiastowym zyskiem. Są książki, które sprzedają się słabo, ale zostają w języku. Są spektakle, które nie robią komercyjnej furory, ale zmieniają sposób rozmowy o problemach społecznych. Są lokalne wydarzenia, które nie przyciągają sponsorów, ale budują wspólnotę.
Gdyby jedyną miarą kultury była sprzedaż, wiele rzeczy ważnych nigdy by nie powstało.
A przecież z kultury korzystają także ci, którzy najgłośniej mówią, że nie chcą za nią płacić.
Słuchają muzyki.
Oglądają filmy.
Udostępniają grafiki.
Robią zdjęcia telefonem w przestrzeni zaprojektowanej przez kogoś.
Czytają teksty.
Cytują piosenki.
Korzystają z języka, symboli, obrazów i opowieści, które ktoś wcześniej stworzył.
Kultura jest jak powietrze w pokoju. Dopóki jest, udajemy, że nie ma tematu. Gdy zaczyna jej brakować, robi się duszno.
Co naprawdę zakłada projekt ustawy?
Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny nie zakłada rozdawania artystom pieniędzy „do ręki” za sam fakt tworzenia.
Chodzi o system dopłat do składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne dla osób wykonujących zawody artystyczne, które mają niskie i nieregularne dochody. Dopłaty mają trafiać bezpośrednio do ZUS, a nie na prywatne konto twórcy.
Według informacji resortu kultury populacja artystów zawodowych w Polsce to około 62 tysiące osób, ale z dopłat mogłaby korzystać tylko część tej grupy — około 20–21 tysięcy osób.
To istotna różnica.
Bo czym innym jest publiczne utrzymywanie artystów, a czym innym jest stworzenie mechanizmu, który pozwala osobom pracującym projektowo zachować ciągłość ubezpieczenia zdrowotnego, chorobowego, rodzicielskiego i emerytalnego.
Gdzie jest prawdziwy problem?
Największy problem nie polega na tym, że państwo chce wspierać kulturę.
Państwo już wspiera kulturę. Finansuje biblioteki, muzea, teatry, domy kultury, szkoły artystyczne, wydarzenia, festiwale, instytucje, zabytki, programy edukacyjne. Samorządy także wydają na kulturę publiczne pieniądze.
Prawdziwy problem polega na tym, czy system wsparcia będzie sprawiedliwy, przejrzysty i odporny na uznaniowość.
Kto będzie decydował, że dana osoba wykonuje zawód artystyczny?
Jakie dokumenty będą wymagane?
Czy będzie ścieżka odwoławcza?
Czy komisje nie zamienią się w środowiskowe kluby wzajemnych rekomendacji?
Czy wsparcie trafi do osób naprawdę słabszych dochodowo, a nie do tych, którzy lepiej poruszają się w systemie?
To są pytania poważne.
Znacznie poważniejsze niż internetowy okrzyk: „niech idą do roboty”.
Czy twórca powinien umieć sprzedawać?
Dobrze, jeśli umie.
Dziś twórca często musi być jednocześnie artystą, księgowym, grafikiem, montażystą, sprzedawcą, administratorem profilu, specjalistą od algorytmów i własnym rzecznikiem prasowym. W wolnej chwili może jeszcze tworzyć.
To jest absurd współczesnego rynku kultury.
Ale brak talentu marketingowego nie oznacza braku talentu artystycznego. Tak samo jak umiejętność autopromocji nie jest dowodem wartości dzieła. Gdyby było inaczej, największymi artystami świata byliby specjaliści od krótkich filmików z krzykliwym podpisem.
A jednak historia kultury jest odrobinę bardziej skomplikowana niż rolka z napisem „zostań do końca”.
Dlaczego komentarz „niech się sprzeda” jest za prosty?
Bo sprowadza kulturę do transakcji.
Jeśli ktoś kupił — wartość istnieje.
Jeśli nikt nie kupił — wartości nie ma.
Taki sposób myślenia jest wygodny, ale ubogi. Nie odróżnia kultury masowej od eksperymentu, twórczości lokalnej od globalnej rozrywki, pracy artystycznej od celebryckiej widoczności, a dorobku od zasięgu.
Nie każda twórczość zasługuje na publiczne wsparcie.
Ale nie każda twórczość bez natychmiastowego sukcesu rynkowego jest bezwartościowa.
To jest właśnie ta cienka granica, którą politycy i komentatorzy tak chętnie przejeżdżają walcem.
Co powinna zrobić dobra ustawa?
Dobra ustawa nie powinna tworzyć świętej kasty artystów.
Nie powinna rozdawać pieniędzy za deklaracje, nastroje i znajomości.
Nie powinna udawać, że każdy, kto cokolwiek stworzył, automatycznie wykonuje zawód artystyczny.
Ale dobra ustawa powinna uznać fakt, że praca twórcza bywa nieregularna, projektowa i trudna do wpisania w klasyczny model etatu. Powinna dawać minimalne zabezpieczenie tym, którzy realnie pracują w kulturze, mają udokumentowany dorobek i spełniają kryteria dochodowe.
I powinna być tak przejrzysta, by obywatel mógł sprawdzić, kto, dlaczego i na jakiej podstawie otrzymał wsparcie.
Bo kultura potrzebuje wsparcia. Ale wsparcie kultury potrzebuje kontroli.
Czy wszyscy jesteśmy twórcami?
Nie.
To popularne hasło, ale nieprawdziwe.
Nie każdy jest twórcą zawodowym. Nie każdy wykonuje pracę artystyczną. Nie każdy ma dorobek, warsztat, kompetencje, odpowiedzialność i publiczną praktykę twórczą.
Ale prawie każdy jest odbiorcą kultury.
I dlatego pytanie nie brzmi: „czy mamy utrzymywać każdego, kto nazwie się artystą?”.
Pytanie brzmi: „czy państwo, które codziennie korzysta z kultury, języka, symboli, muzyki, książek, filmu, teatru, obrazów i narracji, może udawać, że twórcy są potrzebni tylko wtedy, gdy sami się sprzedadzą?”.
To byłaby wygodna odpowiedź.
Tylko że wygodne odpowiedzi rzadko budują mądre państwo.
Co zostaje po tej debacie?
Zostaje zdanie, które powinno zatrzymać tę rozmowę na chwilę dłużej:
Twórcą nie może być każdy. Ale każdy z twórczości korzysta.
I właśnie dlatego ta dyskusja nie powinna być ani festiwalem pogardy wobec artystów, ani bezkrytycznym klaskaniem każdemu projektowi ministerstwa.
Powinna być rozmową o tym, jak odróżnić zawód od hobby, dorobek od deklaracji, wsparcie od przywileju, kulturę od politycznego hasła.
Bo kultura nie jest dekoracją państwa.
Jest jednym z języków, w których państwo mówi, kim jest.
A gdy ten język ubożeje, nie robi się ciszej.
Robi się po prostu głupiej.
Źródła informacji: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Sejm RP, PAP, publiczna debata wokół projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny.
Magazynu Radio DTR 6/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
