Gmina może przeinwestować swoją przyszłość. Najtrudniejsza reforma samorządowa dopiero przed nami

Oceń materiał

Nowa hala, droga, szkoła, basen, świetlica, urząd, kanalizacja. Przecięta wstęga, zdjęcia, przemówienia i komunikat: gmina się rozwija.

Tyle że prawdziwy rachunek za inwestycję bardzo często zaczyna się dopiero następnego dnia.

Bo wybudować to jedno.

Reklama
Reklama

Utrzymywać przez następne 20, 30 albo 40 lat — to zupełnie inna historia.

I właśnie tego elementu w samorządowej dyskusji o rozwoju ciągle jest za mało.

Nie wystarczy policzyć, czy gminę stać na wybudowanie obiektu. Trzeba policzyć, czy będzie ją stać na jego ogrzewanie, energię, pracowników, remonty, ubezpieczenie, obsługę techniczną, wyposażenie i kolejne modernizacje.

Do tego trzeba dodać wszystko, co samorząd wybudował wcześniej.

Dopiero wtedy poznajemy prawdziwy koszt rozwoju.

Rozwój nie kończy się wraz z przecięciem wstęgi

Samorządy przez lata były oceniane przede wszystkim według liczby inwestycji.

Kto wybudował więcej dróg?

Kto pozyskał więcej dotacji?

Kto stworzył nową halę, boisko albo centrum kultury?

Kto wykorzystał najwięcej środków unijnych?

Tyle że procent dofinansowania nie mówi jeszcze nic o przyszłym obciążeniu budżetu.

Można dostać 80 procent pieniędzy na budowę obiektu i jednocześnie stworzyć sobie 100 procent jego przyszłych kosztów utrzymania.

Dotacja kończy się wraz z realizacją projektu.

Rachunki zostają.

I będą przychodziły przez dziesięciolecia.

Dlatego inwestycja nie powinna być oceniana jedynie poprzez koszt budowy.

Powinien istnieć drugi rachunek:

ile ta inwestycja będzie kosztowała mieszkańców każdego roku po jej otwarciu?

Można rozwijać się aż do momentu, kiedy zabraknie pieniędzy na rozwój

To paradoks, który w samorządach może być coraz bardziej widoczny.

Każda kolejna inwestycja zwiększa majątek gminy.

Ale bardzo często zwiększa również jej stałe wydatki.

Nowa droga wymaga remontów.

Nowe oświetlenie zużywa energię i wymaga konserwacji.

Nowa hala sportowa musi być ogrzewana i obsługiwana.

Nowe przedszkole oznacza personel i bieżące wydatki.

Rozbudowany wodociąg trzeba utrzymywać niezależnie od tego, czy liczba mieszkańców rośnie, czy maleje.

Jeżeli takich decyzji podejmuje się wiele, zaczyna powstawać coraz większy koszt stały.

Budżet wygląda jeszcze dobrze.

Gmina nadal funkcjonuje.

Tylko coraz większa część dochodów zostaje przeznaczona na utrzymywanie tego, co już powstało.

A coraz mniej pozostaje na kolejne inwestycje.

W pewnym momencie rozwój zaczyna finansować własną przeszłość.

Kredyt nie znika razem z inwestycją

Dochodzi do tego drugi mechanizm: zadłużenie.

Kredyt czy obligacje same w sobie nie są niczym złym.

Jeżeli samorząd finansuje dzięki nim inwestycję, która zwiększa jego potencjał gospodarczy albo poprawia jakość usług publicznych, dług może być racjonalnym narzędziem.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy kolejne zobowiązania przestają finansować przyszłość, a coraz bardziej służą obsłudze wcześniejszych decyzji finansowych.

Jeżeli trzeba emitować nowe obligacje, refinansować stare zobowiązania albo przesuwać spłatę zadłużenia dlatego, że bieżący budżet jest coraz mocniej obciążony, powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

Bo nie chodzi już tylko o wysokość długu.

Chodzi o pytanie:

ile swobody finansowej samorząd pozostawia sobie na przyszłość?

Można mieć drogę, halę, szkołę i piękny budynek.

Można też mieć kredyt na ich budowę, koszty ich utrzymania i niewielką przestrzeń do finansowania następnych potrzeb.

I wtedy każde kolejne „rozwijamy gminę” powinno być poprzedzone kalkulatorem.

Najpierw wybudowaliśmy. Teraz musimy to wszystko utrzymać

To właśnie może stać się jednym z największych problemów następnej dekady samorządowej.

Pierwsze trzy dekady polskiego samorządu były okresem nadrabiania ogromnych zaległości infrastrukturalnych.

Budowaliśmy kanalizacje, wodociągi, oczyszczalnie, drogi, szkoły, hale, boiska, świetlice i obiekty administracyjne.

W wielu przypadkach były to inwestycje konieczne.

Ale po ponad 35 latach samorządu trzeba zacząć zadawać inne pytanie.

Nie:

co jeszcze możemy wybudować?

Tylko:

ile będzie nas kosztowało utrzymanie wszystkiego, co już wybudowaliśmy?

Prof. Jacek Sierak zwraca uwagę właśnie na ten mechanizm: liczba mieszkańców może się zmniejszać, natomiast drogi, szkoły, wodociągi, transport i budynki nadal trzeba utrzymywać.

To fundamentalna zmiana sposobu myślenia o finansach lokalnych.

Demografia tylko przyspieszy rachunek

Problem będzie jeszcze poważniejszy tam, gdzie zacznie ubywać mieszkańców.

Koszt infrastruktury nie maleje bowiem proporcjonalnie do liczby ludności.

Jeżeli w gminie mieszka 20 procent mniej osób, droga nie robi się o 20 procent krótsza.

Szkoła nie traci automatycznie jednej piątej powierzchni.

Sieć wodociągowa nadal ma tę samą długość.

Budynek urzędu nadal trzeba ogrzewać.

A autobus nadal musi pokonać tę samą trasę.

Dlatego spadek liczby mieszkańców oznacza, że coraz mniejsza grupa ludzi finansuje coraz większy zasób infrastruktury w przeliczeniu na mieszkańca.

Prof. Sierak opisuje mechanizm pułapki rozwojowej bardzo wyraźnie: mniej mieszkańców prowadzi do słabszej bazy dochodowej, wzrostu kosztu usług na mieszkańca, ograniczenia inwestycji, spadku atrakcyjności i dalszego odpływu ludności.

I właśnie tutaj spotykają się dwie rzeczy:

demografia oraz wcześniejsze decyzje inwestycyjne.

To warto zobaczyć także blisko nas

Ten problem nie jest abstrakcyjną dyskusją profesorów ekonomii.

W naszym regionie również warto już dziś patrzeć na budżety samorządów nie tylko poprzez inwestycje, lecz także poprzez strukturę długu, harmonogram jego spłaty i rosnące koszty utrzymania majątku.

W naszej ocenie szczególnej obserwacji wymagają Oborniki Śląskie.

To gmina, w której przez lata powstawała infrastruktura, realizowano kolejne przedsięwzięcia i sięgano po finansowanie dłużne.

Dlatego pytanie nie powinno już brzmieć wyłącznie:

co jeszcze powstanie?

Powinno brzmieć:

ile kosztuje utrzymanie tego, co już powstało, ile kosztuje obsługa wcześniejszych zobowiązań i jaka część przyszłych dochodów jest już faktycznie zarezerwowana na decyzje podjęte kilka czy kilkanaście lat wcześniej?

Reklama

Podobne pytania powinny być stawiane także w Trzebnicy i Prusicach.

Nie dlatego, że inwestowanie jest błędem.

Dlatego, że inwestycja bez policzenia przyszłych kosztów może zamienić się w wieloletnie obciążenie.

Obligacja nie jest dodatkowym dochodem

W debacie publicznej szczególnie myląco wyglądają obligacje.

Gdy samorząd emituje obligacje, w budżecie pojawiają się pieniądze.

Ale to nie jest nowy dochód gminy.

To zobowiązanie do spłaty w przyszłości.

Jeżeli nowe obligacje służą finansowaniu inwestycji, trzeba pytać o przewidywaną wartość, jaką ta inwestycja stworzy.

Jeżeli natomiast pieniądz z nowego długu zaczyna służyć przesuwaniu albo refinansowaniu wcześniejszych zobowiązań, pytanie powinno być jeszcze prostsze:

czy samorząd nadal finansuje rozwój, czy zaczyna kupować sobie czas?

To zasadnicza różnica.

Bo odroczenie spłaty nie oznacza zniknięcia długu.

Przesuwa jedynie rachunek na kolejne lata.

Budżet może się bilansować, a gmina może tracić zdolność działania

I tutaj dochodzimy do najważniejszego elementu całej dyskusji.

Samorząd nie musi być bankrutem, żeby mieć poważny problem.

Może terminowo płacić faktury.

Może wypłacać pensje.

Może mieć formalnie poprawny budżet.

A jednocześnie coraz mniejszą możliwość samodzielnego decydowania o nowych wydatkach.

Bo pieniądze zostały wcześniej związane:

spłatą długu,

utrzymaniem obiektów,

kosztami energii,

wynagrodzeniami,

transportem,

oświatą,

gospodarką komunalną.

Wtedy samorząd nadal działa.

Ale jego pole manewru gwałtownie się kurczy.

To właśnie różnica pomiędzy wypłacalnością a zdolnością do rozwoju, na którą zwraca uwagę prof. Sierak.

Każda inwestycja powinna mieć drugi kosztorys

Być może jedna z najważniejszych zmian w myśleniu o samorządzie powinna być banalnie prosta.

Każda duża inwestycja powinna być przedstawiana mieszkańcom razem z dwoma kosztorysami.

Pierwszy:

ile kosztuje jej wybudowanie.

Drugi:

ile będzie kosztowało jej utrzymanie w ciągu najbliższych 10, 20 i 30 lat.

Do tego należałoby pokazać:

przewidywane koszty energii,

zatrudnienia,

remontów,

ubezpieczeń,

obsługi technicznej,

oraz źródło finansowania tych wydatków.

Dopiero wtedy mieszkańcy naprawdę wiedzieliby, co oznacza decyzja rady gminy.

Dziś najczęściej widzą koszt budowy oraz wysokość pozyskanej dotacji.

Najważniejsza część rachunku pozostaje na później.

Dotacja może być tania. Inwestycja już niekoniecznie

Samorządy bardzo często chwalą się wysokością pozyskanych środków zewnętrznych.

I słusznie — pozyskanie pieniędzy może być sukcesem.

Ale samo otrzymanie dotacji nie oznacza jeszcze, że projekt jest ekonomicznie rozsądny.

Jeżeli gmina otrzyma 15 mln zł na inwestycję wartą 20 mln zł, można powiedzieć:

„Dostaliśmy 75 procent dofinansowania”.

Świetnie.

Ale jeżeli późniejsze utrzymanie obiektu kosztuje milion złotych rocznie, po piętnastu latach pojawi się kolejny rachunek na 15 mln zł.

Bez żadnej dotacji.

Dlatego prawdziwa cena inwestycji to nie koszt uroczystego otwarcia.

To koszt całego jej życia.

Reforma samorządu powinna zacząć się od kalkulatora

Najtrudniejsza reforma samorządowa może więc nie polegać przede wszystkim na tym, jak podzielić kolejne miliardy między gminy.

Może polegać na zmianie filozofii.

Z:

budujmy, skoro można dostać pieniądze

na:

budujmy wtedy, kiedy będziemy w stanie to później utrzymać.

Z:

ile mamy inwestycji

na:

ile kosztuje nas cały majątek, który już posiadamy.

Z:

ile możemy jeszcze pożyczyć

na:

jaką przestrzeń finansową pozostawiamy mieszkańcom i władzom następnej kadencji.

To znacznie mniej efektowne niż przecinanie wstęgi.

Ale właśnie od takich pytań zaczyna się odpowiedzialne zarządzanie.

Bo samorząd może zbudować bardzo dużo.

Może nawet wyglądać na niezwykle dynamicznie rozwijający się.

A potem przez następne dwadzieścia lat płacić za własny sukces.

I dlatego przed każdą kolejną inwestycją powinno paść pytanie, którego wciąż słychać za rzadko:

nie tylko czy stać nas na to, żeby to wybudować, ale czy będzie nas stać, żeby to mieć?

Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry