Prawo do informacji publicznej jest bezpłatne. Burmistrz Brzeska postanowił jednak policzyć, ile może kosztować urząd obywatel, który pyta zbyt dużo. W zarządzeniu pojawiło się 50 zł za roboczogodzinę pracownika. Dokument zastrzega wprawdzie kilka razy, że cennikiem nie jest. Problem w tym, że wygląda jak cennik, zawiera konkretne kwoty i każe posługiwać się nimi przy kalkulacji. Najciekawsze pytanie brzmi jednak inaczej: dlaczego obywatel ma płacić za czas urzędnika, którego wynagrodzenie już finansuje?
Sprawa Brzeska jest znacznie poważniejsza niż internetowy spór o to, czy 50 zł to dużo, czy mało. Dotyczy bowiem sposobu myślenia o jawności administracji.
Czy dostęp do dokumentów jest normalnym elementem funkcjonowania urzędu? Czy może dodatkową usługą, która zaczyna generować rachunek, gdy obywatel okaże się zbyt dociekliwy?
17 lipca 2026 roku burmistrz Brzeska Tomasz Latocha podpisał Zarządzenie nr 186/2026 w sprawie zasad ustalania wysokości opłat za udostępnienie informacji publicznej. Jako podstawę wskazano m.in. art. 7 ust. 2 oraz art. 15 ustawy o dostępie do informacji publicznej.
I trzeba od razu powiedzieć coś, czego w sensacyjnym materiale łatwo byłoby nie zauważyć.
To zarządzenie nie wprowadza opłaty za każde pytanie do burmistrza.
Przeciwnie. Dokument wyraźnie mówi, że informacja publiczna jest co do zasady bezpłatna, a opłata może dotyczyć rzeczywistych, dodatkowych kosztów wykraczających poza zwykłe funkcjonowanie urzędu.
I właśnie dlatego dalsza część dokumentu jest tak interesująca.
Cennik, który cennikiem nie jest
Burmistrz zastrzegł w § 1, że zarządzenie ma charakter wewnętrzny i:
„nie stanowi aktu prawa miejscowego ani cennika opłat” oraz nie wprowadza generalnych stawek, taryf ani ryczałtów.
Potem dochodzimy do załącznika.
A tam znajduje się tabela.
Wydruk lub kserokopia A4 czarno-biała — 20 groszy za stronę. Kolorowa — 40 groszy. Skan do PDF — 15 groszy za stronę. Płyta CD — 3 zł.
Pendrive — 30 zł.
I wreszcie:
roboczogodzina pracownika — 50 zł.
W rubryce „Uwagi” zapisano:
„Stawka oparta na kosztach wynagrodzenia pracownika”.
Dokument ponownie zastrzega, że nie jest to taryfa ani cennik. Kwoty mają być jedynie orientacyjnymi wartościami służącymi wewnętrznym kalkulacjom.
Możemy więc nazwać tabelę „orientacyjnym zestawieniem jednostkowych kosztów dodatkowych”. Możemy dopisać trzy razy, że nie jest cennikiem.
Ale obywatela interesuje coś znacznie prostszego:
czy na podstawie liczby godzin pomnożonej przez 50 zł może zostać obciążony opłatą?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, dyskusja o nazwie tabeli staje się drugorzędna.
Kiedy godzina urzędnika staje się dodatkowym kosztem?
I tutaj pojawia się najciekawsza sprzeczność dokumentu.
Z jednej strony zarządzenie mówi, że do dodatkowych kosztów nie zalicza się ogólnych wynagrodzeń pracowników ani rutynowych czynności biurowych.
Z drugiej strony pozwala zaliczyć do nich pracę pracownika „w zakresie wyraźnie przekraczającym zwykłe obowiązki”, wskazując m.in. szczególnie pracochłonną anonimizację czy przygotowanie dużej liczby dokumentów. Koszt ma być ustalany według roboczogodziny.
A załącznik mówi już konkretnie:
50 zł.
Powstaje zatem pytanie, którego w dokumencie nie rozwiązano:
Kiedy czas staje się kosztem?
Załóżmy, że pracownik urzędu od godziny 8.00 do 13.00 wyszukuje i anonimizuje dokumenty objęte wnioskiem.
To pięć godzin pracy.
Ale pracownik i tak otrzyma miesięczne wynagrodzenie. Urząd nie zatrudnił dodatkowej osoby. Nie zapłacił nadgodzin. Nie kupił zewnętrznej usługi.
Gmina poniosła niewątpliwie koszt organizacyjny — pracownik nie wykonywał w tym czasie innych obowiązków.
Tylko czy poniosła dodatkowy koszt, o którym mówi ustawa?
To już zupełnie inne pytanie.
Obywatel nie zamawia analizy
W tej dyskusji łatwo stworzyć obraz mieszkańca, który w poniedziałek rano wpada do urzędu z walizką pytań i oczekuje, że pół magistratu przez tydzień będzie prowadziło dla niego prywatne śledztwo.
Tymczasem bardzo wiele wniosków o informację publiczną wygląda zupełnie inaczej.
Proszę o kopię umowy.
Proszę o fakturę.
Proszę o protokół.
Proszę o zarządzenie.
Proszę o dokumentację postępowania.
Wnioskodawca nie zamawia felietonu, ekspertyzy ani opracowania ekonomicznego.
Chce zobaczyć dokument, który urząd już posiada.
I tutaj dochodzimy do problemu znacznie większego od Brzeska.
Po coś wymyślono BIP
Biuletyn Informacji Publicznej nie jest dekoracją strony internetowej urzędu.
Im więcej dokumentów urząd publikuje z własnej inicjatywy, tym mniej obywateli musi o nie występować.
Rejestry umów, zarządzenia, protokoły, wydatki, zamówienia, konkursy, dotacje, dokumentacja sesji, wyniki głosowań — im łatwiej je odnaleźć, tym mniej czasu urzędników pochłania odpowiadanie na indywidualne wnioski.
Co ciekawe, nawet lokalna publikacja analizująca konflikt w Brzesku wskazuje zwiększenie zakresu dokumentów publikowanych w BIP jako jeden ze sposobów ograniczenia liczby wniosków.
I tutaj perspektywę można odwrócić.
Zamiast pytać:
„Dlaczego obywatel zadaje tyle pytań?”
warto czasami zapytać:
„Dlaczego musi o to pytać?”
Jeżeli w jednym urzędzie dokument można znaleźć w BIP w trzydzieści sekund, a w drugim jego odnalezienie wymaga wniosku, korespondencji i kilku godzin pracy pracowników, to problem niekoniecznie znajduje się po stronie mieszkańca.
Transparentność urzędu, nie grzeczność obywatela
Prawo do informacji publicznej ma szczególną konstrukcję właśnie dlatego, że relacja między obywatelem a władzą nie jest równorzędna.
To urząd dysponuje dokumentami.
To urząd wydaje publiczne pieniądze.
To urząd zawiera umowy.
To urząd podejmuje decyzje.
Obywatel ma prawo patrzeć mu na ręce.
Oczywiście prawo również może być wykorzystywane nieracjonalnie. Można wysyłać setki powtarzających się pytań. Można żądać skomplikowanych zestawień. Można próbować uczynić urząd bezpłatnym zapleczem analitycznym prywatnego przedsięwzięcia.
Ale państwo prawa ma instrumenty pozwalające rozróżniać takie przypadki.
Nie trzeba przy okazji zmieniać filozofii jawności.
Brzesko stworzyło całkiem rozbudowany mechanizm
Trzeba też oddać burmistrzowi to, co w zarządzeniu zrobiono prawidłowo.
Nie ma tutaj mechanizmu: „najpierw wykonujemy pracę, a później wysyłamy obywatelowi rachunek”.
§ 5 przewiduje wcześniejsze zawiadomienie. W ciągu 14 dni wnioskodawca ma poznać wysokość opłaty, jej składniki i sposób obliczenia. Ma również zostać pouczony o możliwości zmiany sposobu udostępnienia informacji albo wycofania wniosku.
To istotne.
Problem nie polega więc na tym, że mieszkaniec ma zostać zaskoczony fakturą.
Problem brzmi:
czy kwota, o której zostanie wcześniej poinformowany, została obliczona z elementów, które w ogóle wolno uznać za dodatkowy koszt?
Teraz zapytamy wojewodę
Radio DTR przygotowuje wystąpienie do Wojewody Małopolskiego o zbadanie legalności Zarządzenia nr 186/2026.
Nie będziemy domagali się zakazania pobierania wszystkich opłat. Ustawa w określonych sytuacjach na nie pozwala.
Pytamy o coś bardziej konkretnego:
czy normalnie opłacany czas pracy pracownika może stać się „dodatkowym kosztem” tylko dlatego, że realizacja konkretnego wniosku zajęła mu dużo czasu?
Chcemy również wiedzieć, czy tabela zawierająca konkretne kwoty jednostkowe przestaje być taryfą tylko dlatego, że napisano nad nią, iż taryfą nie jest.
I wreszcie zapytamy sam urząd o dokumenty pokazujące, skąd wzięło się dokładnie 50 zł.
Bo zarządzenie wymaga dokumentowania kalkulacji. W aktach mają znajdować się elementy kosztowe, ich ilość, koszt jednostkowy, sposób jego ustalenia oraz łączna kwota.
Skoro więc 50 zł jest „oparte na kosztach wynagrodzenia pracownika”, powinna istnieć odpowiedź na bardzo proste pytanie:
jak to policzono?
Jawność kosztuje. Ale kogo?
Burmistrz Brzeska niewątpliwie ma problem organizacyjny, jeżeli do urzędu rzeczywiście wpływają ogromne ilości rozbudowanych wniosków.
Tylko że administracja nie może rozpoczynać dyskusji o jawności od pytania:
„ile kosztuje nas obywatel?”
Najpierw powinna zapytać:
„czy zrobiliśmy wszystko, żeby obywatel nie musiał nas pytać?”
Czy dokumenty są publikowane?
Czy BIP jest kompletny?
Czy można je znaleźć?
Czy urząd ma sprawny elektroniczny obieg dokumentów?
Czy dokument istniejący cyfrowo można udostępnić cyfrowo?
Dopiero później można uczciwie rozmawiać o przypadkach rzeczywiście nadzwyczajnych.
Bo urząd nie jest przedsiębiorstwem sprzedającym dostęp do własnej dokumentacji.
A mieszkaniec, dziennikarz czy społecznik pytający, na co wydano publiczne pieniądze, nie jest klientem magistratu.
Jest jednym z tych, przed którymi magistrat ma być jawny.
I właśnie dlatego sprawdzimy, czy 50 zł za godzinę w Brzesku jest rzeczywistym kosztem jawności, czy ceną wystawioną za dociekliwość obywatela.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






